Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2013-08-19 10:00:00
Newsletter

'Lepiej być gwiazdeczką niż cwaniakiem'

Autor: Krystian Grzelak, fot. Mateusz Kostrzewa
- Pamiętam, że już od najmłodszych lat, kiedy grałem w juniorach Legii i jeździliśmy na turnieje do innych miast albo na zgrupowania reprezentacji, goście z Łodzi, z Poznania czy Krakowa startowali do nas. Nie przypominam sobie sytuacji, żebyśmy choć raz to my zaczepiali ich. Słyszeliśmy hasła w stylu "warszawiaczki-cwaniaczki", "gwiazdeczki"... Widać było, że mają kompleksy. Zraziłem się i do Krakowa, i do Łodzi, i do Poznania - opowiada w obszernym wywiadzie z legia.com Dominik Furman. Wspomina także o swoich początkach w Legii i obrażonym "Kosie".

Kim w tym momencie jest Dominik Furman?
- Świeżo upieczonym 21-latkiem. Przede wszystkim chłopakiem, który chce Ligi Mistrzów. Nie chodzi o to, by znów mówiono, że było blisko. Zależy mi na tym, aby spełnić swoje marzenia i walczyć z najlepszymi, grając na wspaniałych stadionach w Europie. Liczyłbym też na udane występy. Do Champions League nie wchodzi się tylko po to, aby pozwiedzać, ale głównie po to, by zaprezentować się z jak najlepszej strony. Wiadomo - łatwo by nie było, bo przecież naszymi rywalami byliby tak naprawdę najlepsi na świecie, ale warto próbować. Chcę również, żeby moja kariera rozwijała się w dobrym kierunku.

To ciągle chłopak z Szydłowca, który z kolegami z podwórka wyszedł na pierwsze piwo, czy może już facet, który ma za sobą debiut w reprezentacji Polski i wiele występów w lidze.
- Wiadomo, gdzieś we mnie wciąż jest cząstka chłopaka z Szydłowca, ale wydaje mi się, że teraz jest mi bliżej do legionisty z Warszawy, który skupił się wyłącznie na piłce nożnej. Stolica nauczyła mnie, jak powinno się postępować w życiu prywatnym i zawodowym.

Co masz na myśli?
- Chodzi o to, by przede wszystkim nie popaść w samozachwyt. Żeby nie sądzić, że jest się - powiedzmy - piłkarzem i można wszystko, że jest się lepszym od innych... Nauczyłem się, że należy zachowywać się tak, jakby nie było się zawodnikiem takiego klubu jak Legia. Do wszystkiego należy podchodzić po ludzku i przede wszystkim za bardzo nie odlatywać w przestworza, bo tak naprawdę nie ma jeszcze ku temu powodów.

Nie chcesz mi chyba powiedzieć, że zupełnie spłynęło po Tobie to, że zrobiłeś tak duży krok do przodu i że nie korzystasz z tego, gdzie się znalazłeś.
- Na pewno w pewien sposób korzystam, ale nigdy nie dopuszczę do sytuacji, w której odmówiłbym zdjęcia czy autografu, tłumacząc się brakiem czasu lub czymś równie błahym. Trzeba być w tym wszystkim człowiekiem. Wiadomo, są gorsze dni, są różne nastroje, humory, ale do wszystkiego staram się podchodzić ze spokojem. Uważam, że osiągnąłem dużo, bardzo się z tego cieszę, ale nie mam wątpliwości, że stać mnie na wiele więcej.

Gdybyś miał porównywać te dwa etapy w Twoim życiu - nazwijmy to, Szydłowiec i Warszawa - dostrzegasz kolosalną różnicę?
- W Szydłowcu miałem przede wszystkim o wiele mniej obowiązków czysto piłkarskich, dzięki czemu miałem dla siebie więcej wolnego czasu. W Warszawie najpierw była szkoła, później trening, następnie nauka, a weekendy jeszcze mecze. W liceum świadomość, że jest się bliżej pierwszej drużyny, sprawiała, że do wszystkiego przykładaliśmy się jeszcze dokładniej. To był moment, w którym musieliśmy zadecydować - albo wszystko stawiamy na futbol, albo od niego odchodzimy. Piłka jest dla mnie jednak najważniejsza i zawsze byłem skupiony na dążeniu do celu.

Już w Szydłowcu marzyłeś o Legii, czy może była ona tylko jednym z większych klubów, do którego mógłbyś trafić?
- Przede wszystkim, będąc w Szydłowcu, nie oglądałem polskiej ligi, bo najzwyczajniej w świecie nie miałem gdzie. Wiedziałem, że jest Legia, Widzew, Wisła Kraków - te najmocniejsze zespoły. Dużo bardziej na bieżąco byłem z Ligą Mistrzów i mistrzostwami świata albo Europy. Od czasu przyjazdu do Warszawy Ekstraklasa stawała się dla mnie coraz ważniejsza. Chodziłem prawie na każdy mecz Legii i w pozytywnym sensie zarażałem się tym klubem. Teraz nie wyobrażam sobie, bym mógł być gdzieś indziej niż przy Łazienkowskiej.

Szydłowiec to miasto, w którym dominuje kibicowsko jakaś drużyna?
- Sympatie klubowe są tam podzielone. Można spotkać fanów Legii, ale raczej większość mieszkańców jest przeciwko niej. Nie spotykam się jednak z przykrymi sytuacjami w związku z tym, że reprezentuję barwy tego klubu. Jeśli już, to raczej ludzie popierają to, co robię i mnie wspierają. Jestem jednak taką osobą, która nie zwraca uwagi na krytyczne opinie dotyczące przejścia do Legii, jeżeli już takie pojedyncze się pojawiają. Wiem, że zrobiłem dobrze i jestem przeszczęśliwy, będąc legionistą.

Ty w dzieciństwie jednak sympatiom klubowym nie uległeś i byłeś neutralny?
- Szydłowianka sympatyzowała z Radomiakiem, który oczywiście również nie występował w najwyższej klasie rozgrywkowej, ale powiedzmy, że w wieku 11-12 lat miałem tę nazwę w głowie. Pamiętam sytuację, że będąc zawodnikiem Legii i mając 15 lat, wracałem z Warszawy i w dresie klubowym wstąpiłem na mecz, na którym było około 600 sympatyków zespołu z Radomia. Kiedy się przekonałem o tym na własne oczy, musiałem wyjść ze stadionu, żeby nie narazić się na jakieś nieprzyjemności.

Coś się wówczas zaczęło dziać?
- Nie, na szczęście nie zdążyło. Wszedłem, przywitałem się z kolegami i po "zbadaniu sytuacji" stwierdziłem, że najlepiej będzie pójść do domu. Będąc samemu naprzeciw kilkuset kibicom, zbyt wiele bym nie zrobił (śmiech).

Do Warszawy trafiłeś niedługo po Przemku Mizgale i po przeprowadzce zamieszkałeś z nim i jego ojcem. Musieliście mieć świetny kontakt.
- Tak, Przemek był dla mnie jak siódmy brat, a jego ojciec był moim drugim tatą. Wiadomo jednak, jak to jest u młodzieńców. Zbyt częste przebywanie ze sobą może prowadzić do konfliktów - dom, szkoła, trening... Po pewnym czasie mieliśmy siebie dosyć. Pamiętam jednak, że gdy się od nich wyprowadziłem, od razu i w Legii, i w szkole znów złapaliśmy świetny kontakt. Nie czuliśmy przesytu swoją obecnością, tylko znów staliśmy się dobrymi przyjaciółmi. Teraz jesteśmy nawet sąsiadami, bo on mieszka w wieży B, ja w wieży C i czasami wpadamy do siebie na FIFĘ. Nie powiem, kto zawsze przegrywa, bo Przemkowi zrobi się przykro.

A w rzeczywistości może być lepszy od Ciebie?
- Gdyby nie te kontuzje, mógłby być teraz tu, gdzie ja jestem albo nawet wyżej, bo ma chyba większy talent. Kiedy jeszcze Rafała Wolskiego nie było w Legii, zawsze twierdziłem, że Przemek ma od niego lepsze piłkarskie pokrętło w nodze. Po przybyciu "Wolaka" obaj udowodnili, że są nieprzeciętnymi zawodnikami. Moim zdaniem - mają największy talent, choć może nie do końca też chęci do pracy (śmiech).

Co poczuł chłopak, który w wieku trzynastu lat dostał zaproszenie na treningi z Legią?
- Z niektórymi chłopakami z Legii znałem się już wcześniej. To dzięki zgrupowaniom kadry Mazowsza. Na pewno czułem lekki strach - co będzie, jak rozwinie się sytuacja, czy warszawiacy nie będą na mnie krzywo patrzeć? Jak się później okazało - zupełnie niepotrzebnie. Już na pierwszym treningu chłopaki świetnie mnie przyjęli i już wtedy podjąłem decyzję, że jeśli tylko ówczesny trener Jacek Mazurek będzie mnie chciał, to na pewno zostanę w Legii.

Nie było żadnych problemów z przeprowadzką do Legii?
- Wtedy byłem już jedną nogą w Piasecznie, w tamtejszej szkółce. Trenerzy obu zespołów się jednak znali i dogadali się, że lepiej będzie mi w Legii. Nie ma co porównywać obu akademii. Między szkoleniowcami nie było żadnych wojen. To była naturalna kolej rzeczy.

Naprawdę wystarczyły tylko jedne zajęcia, abyś przekonał trenerów w Legii, że warto Cię zatrzymać?
- Wydaje mi się, że byłem już wcześniej obserwowany właśnie na zgrupowaniach reprezentacji Mazowsza. Szkoleniowcy podczas meczów podpatrywali, jak zachowuję się i na boisku, i poza nim. Myślę, że to też miało duże znaczenie.


Jak zareagowali Twoi znajomi, gdy powiedziałeś im, że idziesz do Legii?
- Ta decyzja została podjęta bardzo szybko i o tym, że wybieram się do Warszawy, wiedzieli tylko najbliżsi znajomi. Czułem od nich wsparcie, ale jednak z nutką zazdrości. Nie ma się jednak czemu dziwić. Mieli prawo zastanawiać się, "dlaczego on, a nie ja". Większość jednak nie wiedziała, gdzie jestem. Kiedy pierwszy raz przyjechałem do stolicy, do Szydłowca wróciłem dopiero po miesiącu, bo tak mi się tutaj spodobało.

Popularność sprawia Ci przyjemność?
- Jasne, jest fajna, ale ta popularność wynika z faktu, że Legia jest bardzo medialnym klubem. Mi to odpowiada - lubię, kiedy się coś dzieje wokół drużyny. Wydaje mi się, że to jest w piłce potrzebne. Bez szumu medialnego mogłoby zabraknąć w futbolu atrakcyjności.

Czyli nie masz problemów z tym, że na przykład legia.com nie odstępuje Was praktycznie na krok?
- Nie, mi to zupełnie nie przeszkadza. To może być męczące dla starszych zawodników, którzy przyzwyczaili się, że jeszcze niedawno czegoś takiego w piłce nie było. Kiedy ja wchodziłem do zespołu, taka sytuacja już miała miejsce, więc jestem do niej przyzwyczajony. Zawsze jednak starałem się unikać częstego udzielania wywiadów. Nie lubię mówić tego samego, a gdy pojawiły się pierwsze rozmowy ze mną, wszyscy zadawali te same pytania, bo nikt mnie nie znał. Bywało więc nudnawo.

Jak zaczęła się Twoja fascynacja piłką?
- Jak przez mgłę pamiętam, że gdy miałem 4-5 lat, biegałem z wielką, gumową, kolorową piłką za blokiem, w którym mieszkałem. Nieco później dołączyłem do grupy dzieciaków, które spotykały się na dużym boisku, na którym rosło trochę trawy, ale głównie było one pokryte ziemią i piachem. Nie brakowało też kamieni i szkła. Najważniejsza była jednak piłka i dwie bramki. Było tam więcej starszych chłopaków, bo moi rówieśnicy woleli inne rozrywki. Mnie jednak ciągnęło do piłki, więc zazwyczaj grałem ze starszą ekipą. Pamiętam, jak chodziliśmy na inne osiedla i graliśmy różne "blokowce", "osiedlowce", dzięki którym mogliśmy poczuć nutkę rywalizacji.

Już wtedy było widać, że wyróżniasz się na tle rówieśników?
- Myślę, że tak, bo ci starsi nie bez powodu zawsze wołali właśnie mnie, żebym z nimi pograł. Wydaje mi się, że z czymś takim trzeba się urodzić. Wiadomo jednak, że starsi koledzy byli szybsi, silniejsi i wówczas na pewno byłem gorszy od nich. Potrafiłem jednak prosto kopnąć piłkę. Do dziś, kiedy widuję się z nimi w Szydłowcu, wspominają nasze mecze i śmiejemy się, że byli ode mnie lepsi.

Rodzice wspierali Cię w przygodzie z piłką?
- Zawsze pozostawiali mi wolną rękę. Pamiętam, jak piłką do tenisa grałem w mieszkaniu, robiąc często dużo hałasu. Wyobrażałem sobie wówczas, że jako Raul albo Ronaldo biegam po największych futbolowych europejskich arenach. Rodzice ostrzegali mnie wówczas, że przeszkadzam sąsiadce, która pewnego razu aż przyszła do nas z pretensjami. Dziś się z tego wspólnie śmiejemy i nie ma między nami żadnych nieporozumień.

Wspomniałeś wcześniej, że masz sześciu braci. Zdążyliście jeszcze załapać się na wewnątrzrodzinne mecze?
- Nie ze wszystkimi. Trzech z nich ma ponad trzydzieści lat, więc oni raczej trzymali się ze sobą, grali w piłkę czy chodzili na imprezy. Ja byłem bliżej z braćmi, którzy mają obecnie 24 i 19 lat. Najmłodszy ma 9 lat i jestem pewien, że będzie najlepszy. Mama opowiada mi, że szaleje z piłką po domu, ma obcykane różne FIFY, chodzi do szkółki piłkarskiej i stara się oglądać każdy mój mecz. Dzwonił do mnie wczoraj ze skargą, że chce wyjść na podwórko, by pograć w piłkę, ale mama mu nie pozwala, bo nie ma nikogo z jego rówieśników. On i tak uparcie chciał wyjść grać sam. Skoro już tak myśli, to na pewno będzie wiele potrafił.

Czemu nie jest jeszcze w Warszawie pod Twoją opieką w Młodych Wilkach?
- Musiałbym tu być dla niego zarówno ojcem, jak i matką. To dobry wiek, żeby zacząć tu treningi, ale pod warunkiem, że miałby ze sobą rodziców. Przeprowadzka do Warszawy byłaby sporym problemem, więc jeszcze trochę poczekajmy. Kiedy jednak zdecydujemy się na ten krok, on na pewno zawita na Łazienkowską.

I w przypadku awansu do Młodej Legii, i do pierwszej drużyny musiałeś uznać pierwszeństwo Twoich kolegów. Co czułeś, kiedy oni robili krok do przodu, a Ty zostawałeś tam, gdzie byłeś?
- Wiadomo, że pojawiła się myśl "kurczę, czemu oni, a nie ja?". Michał Efir, Rafał Wolski czy Michał Żyro dużo wcześniej niż ja chodzili na treningi z Młodą Ekstraklasą. Czułem lekką złość, ale nazwałbym ją sportową. Później przyszła pora i na mnie. Trafiłem do Młodej Legii, a oni niedługo później... awansowali do pierwszej drużyny. Znów poczułem tę sportową złość, więc za wszelką cenę chciałem grać jak najlepiej. Doznałem jednak poważnej kontuzji i wróciłem dopiero po kilku miesiącach. Na szczęście po powrocie do gry bardzo szybko przeszedłem do "dorosłego" zespołu. A tam... znów ktoś z rówieśników grał w pierwszej jedenastce, a dla mnie nie było miejsca nawet na ławce. Nigdy nie byłem więc tym, który przecierał kolegom szlaki. Dziś się jednak wszystko wyrównało i jestem zadowolony.

Co Ci siedziało w głowie, gdy np. Michał Żyro grał, a Ty patrzyłeś na wszystko z trybun albo sprzed telewizora?
- Przede wszystkim miałem przekonanie, że ja też dałbym sobie radę. Graliśmy ze sobą tyle lat, więc wiedziałem, że nie ma między nami przepaści. Oczywiście za Michałem przemawiały warunki fizyczne. Będąc młodym chłopakiem, w seniorskiej piłce to jest ogromny atut. Ja tych warunków nigdy nie miałem. Do tej pory jestem chyba najszczuplejszy w drużynie. Czuję się z tym dobrze, choć nie ukrywam, że powinno być lepiej. Od początku wiedziałem, czego chcę, ale nigdy się nie poddawałem. Jasne, były chwile zwątpienia, bo tego nigdy nie da się uniknąć, ale choćby ta rozmowa świadczy o tym, że mogę się cieszyć z tego, co dotychczas osiągnąłem.

Przypomnij sobie moment, w którym pierwszy raz wszedłeś do szatni "dorosłej" Legii. Jak się zachowywałeś?
- Cichutko, w ogóle się nie odzywałem. Siedziałem obok "Żyrka" i słuchałem każdego, kto się odzywał. Teraz, gdy dołączają do nas zawodnicy z Akademii, staram się do nich zagadywać, bo z własnego doświadczenia wiem, jak się czują.

Zrobiły na Tobie wrażenie nazwiska zawodników, którzy wówczas byli w szatni najdłużej - Kiełbowicz, Choto, Radović albo Chinyama?
- Na pewno nie byli dla mnie - powiedzmy - "bogami". Nie patrzyłem na nich jednak obojętnie. Przed szatnią Legii czuje się respekt. Kiedy już rywalizowałem z nimi na treningach, widać było duża różnicę między grą juniorską a seniorską. Przeskok w komunikacji na boisku zrobił na mnie duże wrażenie. Czasami zdarzało się, że ktoś mnie opierd...ł albo pochwalił i z takich słów starałem się wyciągać wnioski.

Po Twoim debiucie w barwach Legii (sparing z Górnikiem Łęczna, 7 października 2009) udzieliłeś legia.com pierwszego wywiadu, pod którym pojawił się jeden komentarz. Czytelnik o pseudonimie "krezus" napisał wówczas: "Czytając serie wywiadów z tymi dzieciakami, którzy wystąpili w Łęcznej, pocieszająca jest jedna rzecz: wyglądają na normalnych, zwykłych ludzi. Ambitnych, jeszcze nie zepsutych. Może przynajmniej z jednego, dwóch coś wyrośnie. A może z wszystkich? Akurat szkolenie w Legii nie jest najgorsze, więc może...?". Chyba coś wyrosło, co?
- Można tak powiedzieć. Jest "Kopa", był "Zboziu", który teraz jest w Piaście... Będąc w Legii, w gimnazjum uczono nas nie tylko, jak grać w piłkę, ale także jak się zachowywać na co dzień. Jasne, nie byliśmy uczniami, którzy siedzieli cichutko w kącie, bo - wiadomo - robiliśmy różne jaja, ale jednak stanowiliśmy grupę zrównoważoną i wiedzącą, czego chce i do czego dąży. Oczywiście nie wszyscy są teraz w Warszawie, ale niektórzy grają w innych drużynach. Jestem ja, wspomniany "Kopa", Żyro, był Wolski, w Gliwicach broni Szumski... To chłopaki, którzy mieli olej w głowie i wiedzieli, jaki jest ich cel. Nie zgubiło nas - popularnie zwane - życie warszawskie i bardzo się z tego cieszymy. Dla chłopaków, którzy teraz są w Akademii, to znak, że każdy może. Trzeba tylko chcieć i walczyć o swoje marzenia.

Nie miałeś żadnych problemów, żeby to życie warszawskie, o którym wspomniałeś, Cię nie zgubiło?
- Nie, zupełnie nie miałem z tym problemów. Pewnie teraz pojawią się głosy, że chcę zgrywać dobrego chłopca, ale serio - tak było. Nie miałem czasu na takie rzeczy. Najpierw była szkoła i trening, później odwrotnie - trening i szkoła, więc to chyba jeszcze gorszy plan dnia. Do szkoły szliśmy po treningu zmęczeni, nic nam się nie chciało, oceny były, jakie były i po prostu fajnie, że jest matura.

Pamiętam, że w jednym z wywiadów z Weszło interweniowałeś, by nie robić z Was "wielkich uczonych".
- Często na zgrupowaniach kadry Mazowsza zawodnicy innych drużyn w żartach podśmiewywali się z nas - że gwiazdeczki, że zawsze z książką w ręku. Myślę, że lepiej być taką "gwiazdeczką z Legii", aniżeli cwaniakiem z innej drużyny. Odnośnie tego wywiadu... Gdy Daniel Łukasik - też w rozmowie z nimi, tylko trochę wcześniej - wskazał siebie, mnie, Żyrę, Wolskiego, Kucharczyka i Jałochę jako tych, którzy - powiedzmy - się uczą, trochę obraził się za to "Kosa". "Kur..., niby tacy uczeni jesteście, a nawet do szkoły nie chodzicie" - pamiętam to jak dziś. Na szczęście już mu przeszło i wszystko jest w porządku (śmiech).

Po swoich pierwszych meczach w Legii szperałeś po całym Internecie i w gazetach w poszukiwaniu zdjęć i tekstów na Twój temat?
- Nie było czegoś takiego. No, może coś podobnego miało miejsce po moim pierwszym golu, tym z Podbeskidziem. Dzień po nim pojechałem na zgrupowanie reprezentacji i byłem w pokoju z Kubą Szumskim. Co chwilę odpalałem tę bramkę w Internecie, bo dopiero wtedy miałem ku temu okazję. Po piątym razie "Szumi" już nie wytrzymał i kazał mi to wyłączyć. Kilkakrotnie obejrzałem też te dwa pozostałe trafienia, ale nie było z tym jakiegoś szaleństwa.

Czyli małej, dopuszczalnej sodówki nie było?
- Przed meczem z Górnikiem strzeliłem gola w reprezentacji, w Zabrzu także trafiłem do siatki i to był chyba mój najlepszy okres. Wtedy poczułem, że robię to, co zawsze chciałem. Marzyłem, żeby odgrywać taką rolę w Legii. Może wtedy trochę... Ale też nie tak bardzo, że aż obniżyłem loty, bo runda jesienna była dla mnie udana.

Powiedziałeś kiedyś, że do Lecha nie przeszedłbyś nigdy.
- Bo to prawda.

Nawet jak w Legii by Cię nie chciano, klub wpadłby w potężne tarapaty albo został zdegradowany?
- Nigdy nie poszedłbym do Lecha.

Dlaczego?
- Pamiętam, że już od najmłodszych lat, kiedy grałem w juniorach Legii i jeździliśmy na turnieje do innych miast albo na zgrupowania reprezentacji, goście z Łodzi, z Poznania czy Krakowa startowali do nas. Nie przypominam sobie sytuacji, żebyśmy choć raz to my zaczepiali ich. Słyszeliśmy hasła w stylu "warszawiaczki-cwaniaczki", "gwiazdeczki"... Widać było, że mają kompleksy. Bardzo mnie to zastanawia. Naprawdę, my nigdy nie chodziliśmy z głową w chmurach, szpanując, że jesteśmy legionistami lub nie wiadomo kim. Zraziłem się i do Krakowa, i do Łodzi, i do Poznania.

Masz jakiś piłkarski wzorzec?
- Nigdy nie chciałem się na nikim wzorować. Rozmawiając z Tobą, mógłbym powiedzieć, że chciałbym grać tak jak Gerrard. Ale przecież będąc na boisku i mając piłkę przy nodze, nie przypomnisz sobie, jak taki Gerrard zagra crossa, poda lub pobiegnie. Skupiasz się na tym, jak powinien zachować się Dominik Furman. Znasz swoje ruchy, wiesz, jak grasz i możesz polegać tylko na sobie.

Który moment był w poprzednim sezonie kluczowy w kontekście wywalczenia mistrzostwa?
- Mecz z Lechem. Kiedy Ivica wykorzystał karnego, odjechaliśmy im na pięć punktów i nawet po spotkaniu Łukasz Trałka podszedł do "Jędzy" i pogratulował mistrzostwa. Oni wiedzieli, że nie mają szans, a my zdawaliśmy sobie sprawę, że nie da się tego przegrać. Można powiedzieć - nareszcie. Wiemy przecież, że Legia jest najlepszym klubem w Polsce, ale nie każdy się do tego przyzna, będąc kibicem Lecha czy Wisły. Szkoda tylko, że ostatecznie tytuł wywalczyliśmy przed telewizorami albo - tak jak ja - przed komputerem.

Odrobiliście sobie trochę fetą?
- Trochę. Feta była niesamowita. To, co się działo, było fantastyczne. Szkoda tylko, że niektórzy, w tym ja, musieli wyjeżdżać na reprezentację. Praktycznie od razu z imprezy musieliśmy wsiadać w pociąg, więc nie mogliśmy sobie poszaleć. Mimo wszystko tego, co działo się po zakończeniu spotkania ze Śląskiem, nie zapomnę do końca życia.

Imprezy... czemu nie wychodzicie gdzieś wspólnie, całą drużyną?
- Czemu my nie imprezujemy?

Dokładnie. Tak stwierdził w wywiadzie Ivica.
- No nie wiem... nie wiem... A co on powiedział?

Stwierdził, że tego mu brakuje. Bycia drużyną nie tylko na boisku, ale i poza nim. Na Bałkanach jest trochę inna kultura i tam cały zespół trzyma się razem również w życiu prywatnym. To z kolei jest często kluczem do sukcesu.
- Jestem jak najbardziej za. Kiedy idziemy gdzieś zespołem, jest fajna atmosfera. Nawet kiedy złapią nas paparazzi, to nie tylko ja mam przewalone, ale cała drużyna, a wszystkich przecież nie wyrzucą. To tak mówiąc pół żartem, pół serio. Wydaje mi się, że gdyby taki Ivica, będąc kapitanem, powiedział, że jest taki pomysł, to ja bym się wpisał na listę chętnych.

Podobno taka propozycja była, ale nie było pozytywnego odzewu.
- Ale po meczu, w którym Lech przegrał z Podbeskidziem, wyszliśmy i kilku nas było. Wiem, o co mogło chodzić Ivicy. To było raz na jedną rundę. Pewnie miał na myśli spotykanie się raz w miesiącu, raz na dwa miesiące. Wówczas takich wyjść byłoby pięć, a nie jedno.

Legia ma potencjał, by stać się taką jedną wielką rodziną?
- Ma, jednak należy o czymś pamiętać. W każdym kraju są wielkie kluby, a w Polsce największa jest Legia. W takich zespołach nie brakuje zawodników z różnych krajów, nacji czy nawet kontynentów. Oni różnią się od siebie zachowaniem, mentalnością czy charakterem. To wpływa na swobodę w bezpośrednim kontakcie. Wiadomo, że lepiej porozumiem się z "Kosą", niż z Dossą Juniorem. Choćby ze względu na same możliwości językowe. Co innego jest w drugiej czy trzeciej lidze, gdy wszyscy gracze są Polakami, pochodzą z tego samego miasta i często znają się od małego. Nie zmienia to faktu, że w szatni panuje świetna atmosfera. No i co... teraz muszę powiedzieć Ivicy, żebyśmy po środowym zwycięstwie ze Steauą ruszyli w miasto (śmiech).


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 89
PLN
Cena 114,50
PLN
Cena 119
PLN