Legia Warszawa
vs Raków Częstochowa
Czas do meczu
Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2019-06-18 20:15:00
Newsletter

Aleksandar Prijović odwiedził Łazienkowską!

Autor: Jakub Jeleński Fot. Jacek Prondzynski
Przerwa po zakończeniu sezonu to świetna okazja by zrobić rzeczy, na które nie miało się czasu w trakcie jego trwania. Aleksandar Prijović postanowił odwiedzić Warszawę i wybrać się na Łazienkowską, by powspominać jedne z najpiękniejszych chwil w swojej karierze. Usiedliśmy żeby porozmawiać kilka chwil, ale wspomnień zebrało się na cały wywiad. Sprawdźcie jak Prijo wspomina półtora roku w stolicy!

 

- Prijo, jakie było twoje pierwsze wspomnienie po tym jak weszliśmy na stadion?

- Od razu przypomniało mi się jak przyjechałem podpisać kontrakt (śmiech). Wyglądało to wszystko bardzo podobnie, wydaje mi się nawet, że z Żewłakiem i Dominikiem siedzieliśmy dokładnie w tym samym pokoju co teraz. Także to są same dobre wspomnienia. 

 

- A pamiętasz co wtedy powiedziałeś? „Jestem osobą, która lubi dominować. Jeżeli zagram w klubie, który dominuje, to zamieciemy ligę.”

- No i myślę, że się nie pomyliłem. Dwa razy wygraliśmy Ekstraklasę, raz Puchar, graliśmy w Lidze Europy i Lidze Mistrzów. Nieźle, co? 

 

- Mówiłeś jeszcze, że wybierasz 99, bo to największy numer dla największego piłkarza. Byłeś najlepszym zawodnikiem grającym w tamtej ekipie?

- Oczywiście, że tak, dlatego zresztą nadal mam na plecach to samo(śmiech). Nie no, rzecz jasna trochę sobie żartuję, to po prostu była konkretna wiadomość dla kibiców – chcę tu u Was zrobić duże rzeczy. I chyba się zresztą udało. 

 

- Przychodziłeś tutaj cztery lata temu. Jak przez ten czas się zmieniłeś?

- W ogóle. Nadal jestem tym samym gościem z taką samą pewnością siebie, ale i z taką samą pokorą. Zawsze staram się dawać z siebie tyle ile mogę. Oczywiście przybyło mi trofeów, z czego jestem bardzo zadowolony. Legia dała mi coś takiego jak kropla krwi, która wpuszczona do wody sprawiła, że rekin zgłodniał się przebudził. Trzy trofea z Legią, cztery trofea z PAOK-iem, a teraz pracuję nad nowymi sukcesami w Al Ittihad. 

 

 

- Potrzebowałeś występów pod prawdziwą presją?

- Dokładnie tak. Legia była pierwszym naprawdę ambitnym klubem, w jakim przyszło mi zagrać, a ambicja to coś najważniejszego dla mnie jako piłkarza i jako człowieka chyba zresztą też. Jestem kimś, kto nawet na treningu nie lubi przegrywać. A kiedy grałem w klubach, gdzie nie było takiego specyficznego głodu wygrywania, wtedy nie potrafiłem się tam odnaleźć. W końcu jednak trafiłem do Legii, gdzie poczułem co to jest presja, co to jest ambicja – popatrz sobie na ściany w klubie, na gabloty i od razu widzisz o co się tutaj gra. Trofea, historia, kibice – każdy oczekuje od ciebie, że od pierwszego dnia będziesz dawał z siebie absolutne maksimum. Oczekiwania są wysokie i zawsze kiedy wychodzisz tu na boisko, to tuż przed wejściem na murawę czujesz jakby przepływał przez ciebie prąd. To było coś co mnie szalenie nakręcało. Kiedy klub przeżywał najtrudniejsze momenty, kiedy mecze toczyły się o największą stawkę, wtedy ja zawsze grałem najlepiej. To dowód na to, że doskonale nadaję się do drużyn, które mają w sobie ogromną ambicję. 

 

- Bywało zresztą, że potrafiłeś spudłować w prostej sytuacji, żeby zaraz strzelić z trudnej do wyobrażenia pozycji. Pamiętasz mecz z Lechem na wiosnę 2016?

- Ze szczegółami. Miałem wtedy jakieś cztery sytuacje bramkowe, których za nic nie potrafiłem zamienić na gola. Czułem, że jestem od krok od zdjęcia mnie z boiska i wtedy uderzyłem sprzed pola karnego. Miałem jakieś jakieś 20% szans, że piłka wpadnie do siatki… no i wpadła. A wcześniej potrafiłem zmarnować okazje, gdzie na bramkę można by dać mi prawdopodobieństwo rzędu 85, 90%. Wygraliśmy wtedy 1:0 i stadion się strasznie odpalił, przeszedłem drogę od zera do bohatera. Zapamiętałem ten mecz jako psychicznego rollercoastera – od chęci rozpłakania się doszedłem do momentu, gdzie prawie dostałem ataku serca po golu. To jedna z najfajniejszych bramek jakie zdobyłem dla Legii. 

 

 W sumie było ich 24…

- …26!

 

Sprawdzałem przed rozmową i było 24. 

- Dobra, to umówmy się na 25! (śmiech) Piękne momenty przeżyłem też w finale Pucharu Polski z Lechem, pamiętam, że Lechowi w ogóle strzeliłem sporo goli, strasznie mnie te mecze nakręcały. Ten rywal mi leżał, jak zresztą całemu zespołowi, bo często z nimi wygrywaliśmy. Gra tutaj była prawdziwą przyjemnością.

 

 

- W takim razie nie czujesz się trochę słabo z tym jak została rozegrana sprawa twojego odejścia?

- Czuję. To był trudny moment, klub awansował z grupy w Lidze Mistrzów do Ligi Europy, Niko odszedł do Stanów, a mi też trafiła się bardzo dobra oferta z Grecji. Podjąłem błyskawiczną decyzję, wszystko stało się tak szybko, że nawet nie zdołałem pożegnać się z kibicami. Wiedziałem jednak, że zostawiam klub w dobrej sytuacji. Co prawda nowi napastnicy nie strzelili niestety zbyt wielu goli, ale drużyna i tak wygrała ligę. 

 

- Wspominałeś kiedyś, że w Szwajcarii społeczeństwo ogranicza zbyt dużo zasad, że zdecydowanie łatwiej żyje się w Serbii. Jak w takim razie żyło ci się w Polsce?

- Łatwo i bardzo fajnie. Spędziłem tutaj półtora roku, w Warszawie urodziła mi się córka, więc mam stąd dobre nie tylko piłkarskie wspomnienia. Miasto jest piękne, jego standardy bardzo wysokie – tu naprawdę macie wszystko czego potrzeba. 

 

- Saloniki też były takim miastem?

- Tak, chociaż nie są taką metropolią jak Warszawa. Mają jednak inną zaletę, bo są przepięknie położone – znajdują się tuż nad morzem. Klimat jest świetny, ludzie przemili, a atmosfera znakomita. Dwa lata spędzone w tym mieście również były dla mnie znakomite. 

 

- Skoro tam było tam tak sielankowo, to co powiesz o sytuacji, kiedy w marcu 2018 roku wasz mecz z AEK Ateny został przerwany, a na boisko wbiegł prezes klubu uzbrojony w pistolet?

- (Śmiech). W poprzednim meczu graliśmy z Olympiakosem, byliśmy na pierwszym miejscu w tabeli i czuliśmy, że nasi rywale boją się konfrontacji z nami. PAOK-Olympiakos to wielkie derby, im zawsze cholernie ciężko gra się z Salonikach, nam z kolei w Pireusie. To był kluczowy mecz i zwycięstwo mogłoby nas bardzo przybliżyć do tytułu. I wtedy ktoś czymś rzucił z trybun w trenera Olympiakosu, ten się przewrócił, my musieliśmy zejść z boiska, a oni dostali walkowera. W następnym meczu graliśmy z AEK, strzeliliśmy gola w doliczonym czasie, którego anulował sędzia. Wszyscy się wściekli, ludzie wbiegli na boisko i w tej grupie był też prezes PAOK-u, który nosił przy sobie broń, miał zresztą na nią pozwolenie. Ktoś zrobił zdjęcie, które poszło w świat, ale ono zdecydowanie wyolbrzymia to co naprawdę się stało. Nikt nie był w żadnym niebezpieczeństwie, całość rozdmuchały media. Prezes potem przeprosił, i życie potoczyło się dalej.  

 

 

- PAOK w końcu jednak wygrał mistrzostwo. Z Legią wygrałeś tytuł, którego nie mogłeś świętować, podobnie w przypadku PAOK-u. 

- A widzisz, z PAOK-iem świętowałem! (śmiech) Koledzy zaprosili mnie na fetę, natomiast z Legią rzeczywiście nie dane było mi cieszyć się tytułem. Przyznaję, że Warszawę zostawiłem w trudniejszej sytuacji, bo Legia nawet nie prowadziła w tabeli kiedy wyjechałem do Grecji – chociaż trzeba dodać, że był podział ligi i podział punktów. Z kolei PAOK opuściłem mając ośmiopunktową przewagę nad drugą drużyną. Swoje więc zrobiłem, na jesieni nastrzelałem tyle, że i tak zostałem królem strzelców (śmiech). PAOK dał mi wiele, ale i ja wcale nie dałem mu mało. 

 

- A jak ci się żyje w Arabii Saudyjskiej?

- Całkiem dobrze. Jest owiana trochę złą sławą, bo kiedy na przykład chcesz się o niej dowiedzieć czegoś w Internecie, to faktycznie nie ma w nim zbyt wielu informacji. To jednak bardzo rozwinięty i bogaty kraj, masz tam wszystkie marki sklepów czy restauracji, na jakie natrafisz w Londynie, Nowym Jorku czy metropoliach Europy. Standard życia jest bardzo wysoki, ale są też niezwykle restrykcyjne zasady. Zanim tam pojedziesz musisz się na to przygotować. Na przykład wielkim szacunkiem darzy się króla. Wiesz, że kiedy graliśmy finał krajowego pucharu i prowadziliśmy po pierwszej połowie, to w przerwie z okazji jego przybycia zrobili takie show, że trwała ona 55 minut?! Ma to jednak swój klimat, absolutnie nie narzekam na kraj, w którym żyję. 

 

- Czego Legia ma życzyć tobie, a czego z kolei ty chciałbyś życzyć Legii?

- Możecie mi życzyć żebym strzelił więcej goli niż w tamtym sezonie, bo chcę w końcu przekroczyć granicę 30 bramek. Chciałbym też wygrywać trofea i tego samego zresztą życzę Legii – mam nadzieję, że klub wróci na europejskie salony i znów nada sobie dawnego blasku, którym świecił w czasie, kiedy ja tutaj grałem. W ostatnich dwóch sezonach zespół nie grał w Europie, ale mam nadzieję, że to jak najszybciej się zmieni. 

 

- Oglądasz jeszcze nasze mecze?

- Jasne! Ale muszę powiedzieć, że w ostatnim sezonie trafiałem tylko na te złe. Widziałem porażkę z Dudelange, przegrany mecz z Lechem, oprócz tego było jeszcze cztery czy pięć spotkań, które udało mi się zobaczyć. Mam nadzieję, że odtąd będzie tylko lepiej, a Kulenović zacznie strzelać na poważnie, bo w końcu nosi na plecach wielki numer (śmiech). Musi się do niego dostosować, bo jak nie, to do niego zadzwonię i będę musiał powiedzieć, żeby wybrał sobie inny (śmiech). Ale już poważnie mówiąc – wracajcie jak najszybciej na właściwe tory! 

  


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 89
PLN
Cena 114,50
PLN
Cena 119
PLN