Legia Warszawa
vs Termalica
Czas do meczu
Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2015-12-01 06:28:00
Newsletter

Artur Haluch: Legia? To jest kozak życie!

Autor: Szymon Bartnicki Fot. Jacek Prondzynski
- Jestem w najlepszym Klubie, robię to co kocham, w miejscu, które kocham. Spędzam przy Łazienkowskiej kilka godzin dziennie. To jest kozak życie! - przekonuje Artur Haluch, bramkarz Legii Warszawa od 12 lat. - Pasję kibicowania zaszczepił we mnie dziadek, który przynosił mi do domu ''Naszą Legię''. Nie bez znaczenia była rola taty. To on zadbał o to, bym został bramkarzem Legii, bo jako napastnika mnie odpalili - wspomina.

- W domu mam stos numerów "Naszej Legii". Dziadek brał ją od Maćka Dobrowolskiego, który pracował wówczas w jej redakcji. Moja przygoda z Legią na dobre rozpoczęła się jednak od testów w Akademii. Miałem 7 lat i chciałem być piłkarzem. Rodzice mnie w tym wspierali, a tata jeździł ze mną na treningi - rozpoczyna swoją opowieść Artur Haluch. - Marzyłem o tym, by być napastnikiem, dlatego przez tydzień lub dwa trenowałem jako zawodnik z pola. Po jednych z zajęć, będący wówczas trenerem mojego rocznika Dariusz Banasik, podszedł do taty i stwierdził, że nic z tego nie będzie. Tata nie dał za wygraną. Opowiedział trenowi, by postawił mnie na bramce. Z bramkarzami pracował trener Marcin Muszyński, który sprawdził mnie i powiedział „bierzemy go!”. Tak oto zostałem bramkarzem Legii. 

- Tata od zawsze jeździł na wszystkie moje mecze. Rodzice Olka Jagiełły nagrywali nasze występy i przekazywali je reszcie drużyny. Mieliśmy nawet swoją flagę: „Młode Wilki 95”. Tata chciał żebym grał w piłkę, ale ganiał mnie do nauki, bo zależało mu na tym, abym miał zapasową furtkę. Zdanie taty zawsze było dla mnie bardzo ważne. Może nigdy nie byłem wzorowym uczniem, lecz potrafiłem pogodzić treningi z obowiązkami szkolnymi - zapewnia Haluch.

 



- Na pierwszy turniej pojechałem do Krasnegostawu. Graliśmy z rok starszymi chłopakami i zajęliśmy chyba szóste miejsce na szesnaście drużyn, a ja dostałem nagrodę dla najlepszego bramkarza. Byłem bardzo szczęśliwy, ale zdarzało się też, że płakałem. Kilka dni przed Legia Cup zachorowałem. Miałem kaszel, gorączkę i beczałem, bo nie wyobrażałem sobie tego, że miałbym w tym turnieju nie zagrać, a rodzice nie chcieli mnie puścić. I nagle, dzień przed turniejem, wyzdrowiałem. To był jeden z moich najlepszych występów. Pamiętam, że w finale graliśmy z Polonią Warszawa i wygraliśmy 2:1.

Bramkarz, który od początku swojej piłkarskiej przygody jest związany z Akademią Legii przyznaje, że miewał też trudne momenty. - Podczas przygody z Legią miałem swoje wzloty i upadki. Bardzo dużo zawdzięczam trenerowi Muszyńskiemu, który zawsze się za mną wstawiał. Będąc w juniorach byłem praktycznie najstarszy, bo większość moich rówieśników grała w drugiej drużynie. Gdy przychodziły mecze ligowe do juniorów schodził Dawid Leleń albo Mikołaj Smyłek, więc ja siedziałem na ławce. Po zakończeniu sezonu pojechałem na obóz z drugą drużyną i nowy sezon rozpocząłem jako jej pierwszy bramkarz.

- Przez 12 lat, które spędziłem przy Łazienkowskiej było też wiele zabawnych momentów. Jeden z trenerów za spóźnienie na trening kazał nam robić pompki, a zawodnikom wymyślał nowe ksywki jak np. „Drewnopulos”. O dobrą atmosferę dbaliśmy także sami. Jak byliśmy w gimnazjum chodziliśmy na trening z wielkimi torbami. Czasem dorzucaliśmy tam cegły i jeden czy drugi koleżka dźwigał je na Ł3. Gdy otwierał torbę w szatni było dużo śmiechu. Z chłopakami, z którymi byłem w Legii dalej utrzymuję kontakt. Jedni grają w piłkę, inni już nie grają, ale wszyscy kibicują Legii. 

 



- Odkąd trafiłem do Legii chodziłem na wszystkie jej mecze. Moim idolem był Artur Boruc. Rodzice załatwili mi nawet jego rękawice z autografem i dedykacją „od Artura dla Artura”. Obecnie nie mam nikogo, na kim bym się wzorował. Jest wielu świetnych bramkarzy, których lubię i cenię, ale chcę mieć swój styl - tłumaczy wychowanek APLW.

- Na pierwszy trening z I zespołem poszedłem jak miałem 16 lat. Był Dusan Kuciak, Wojciech Skaba i ja. Nie wiedziałem, że najmłodszy zawodnik nosi piłki, czym „Duszi” się nieco oburzył. Trener Dowhań powiedział wówczas: „Dusan, Artur ma w Legii taki staż, że nie musi piłek nosić”.

- Moje treningi z „jedynką” na dobre rozpoczęły się na poprzedzającym obecny sezon obozie w Austrii. Na początku było trudno, bo intensywność zajęć była bardzo duża, ale później radziłem sobie dobrze. Nie czuję się gorszy od Dusana i Arka. Gdyby było inaczej to nie przychodziłbym na treningi i nie grałbym w piłkę. Bycie częścią pierwszego zespołu daje mi dużą satysfakcję. A że byłem wówczas trzecim bramkarzem? Wielu chciałoby być na moim miejscu. Nikomu źle nie życzę, ale wystarczy jedna kontuzja i już jesteś na ławce rezerwowych. Potem znów coś się stanie i nagle wchodzisz.

Po przyjściu Kuby Szumskiego stałem się czwartym bramkarzem i sytuacja się skomplikowała. Nie wiem, co wydarzy się zimą. Żal byłoby rozstawać się z Legią, ale może jeszcze kiedyś tu wrócę? Póki co jestem w najlepszym Klubie, robię to co kocham, w miejscu, które kocham. Spędzam przy Łazienkowskiej kilka godzin dziennie. Żyć, nie umierać. To jest kozak życie!


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 229
PLN
Cena 299
PLN
Cena 99
PLN