Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2019-03-20 19:16:00
Newsletter

Artur Lewandowski - Skazany Nr 0021

Autor: Maciej Dobrowolski Fot. Jacek Prondzynski, Archiwum prywatne; Video: Tomasz Sejbuk; Grafika: Tomasz Grzybek
Przed Wami 21. odcinek kultowego cyklu pt. ''Skazani na Legię'', który niegdyś ukazywał się na łamach Tygodnika Kibiców ''Nasza Legia''. Tym razem gościem Maćka Dobrowolskiego jest Artur Lewandowski - fan Legii, a także piłkarski trener, który swoją przygodę z Ł3 rozpoczął na początku lat 90. Z kibicowania najbardziej lubi wyjazdy, których na swoim koncie ma całkiem pokaźną liczbę. Zapraszamy!

 

 

Tradycja rodzinna

Kibicem stałem się bardzo naturalnie. Właściwie to wszystko wyjaśnia fakt, że mój tata był zagorzałym legionistą i to on zaraził mnie tą pasją. Tematy związane z Legią przewijały się w domu od dziecka, w każdym aspekcie życia, a żeby dopełnić całości etapu przesiąkania Legią dodam, że sąsiad, który mieszkał „drzwi w drzwi” z nami, też był fanem Wojskowych. Nie musiałem więc używać żadnych tajemnych sposobów, ani zbytnio kombinować, żeby trafić na stadion. Mając siedem lat tata zabrał mnie ze sobą. Zapamiętałem dokładnie z kim wtedy graliśmy, bo już sama nazwa drużyny rywala - Stal Stalowa Wola - brzmiała tak oryginalnie i egzotycznie, że wbiła się w głowę. To było w 1991 roku, siedzieliśmy na trybunie krytej, a Legia... przegrała 1:2.

 

 

Jednak wynik wobec tego, co wówczas widziałem pierwszy raz w życiu, nie miał żadnego znaczenia. Bardzo duże miał natomiast fakt gry w Legii Wojtka Kowalczyka. Jestem z Bródna i dla nas – wtedy małolatów – Kowalczyk był idolem. To był chłopak z naszej dzielnicy, z naszych bródnowskich bloków. Jaraliśmy się tym, że ktoś taki reprezentuje Legię. Wielu z nas chciało być piłkarzem takim jak on. I ja na fali tej fascynacji zacząłem trenować piłkę w drużynie Poloneza Warszawa.

 

 

Przeklęty program z podpisem 

Przez kilka kolejnych lat jeździłem na Łazienkowską z tatą czy wujkiem w miarę regularnie. Wiele spotkań utkwiło mi w pamięci. Najbardziej zapamiętałem mecz, na którym... nie byłem. Zanim do tego doszło z wypiekami na twarzy oglądałem w telewizji pierwszą nieudaną próbę „ataku” na Ligę Mistrzów i porażkę z Hajdukiem Split. Rok później z jeszcze większymi emocjami śledziłem dwumecz z IFK Goeteborg i upragniony awans do piłkarskiej elity. Mówię o piłkarskiej elicie, ponieważ to były początki „tworu” o nazwie Liga Mistrzów i w przeciwieństwie do tego jak wygląda to dziś – wtedy grały w niej wyłącznie drużyny, które w swoich krajach zdobywały tytuły mistrzowskie. Udało się awansować, była nieopisana radość, nadzieje i perspektywa obejrzenia wielkich meczów.

 

 

Na spotkanie z Rosenborgiem nie udało się kupić biletów, natomiast na kolejny mecz z Blackburn Rovers tata kupił wejściówki dla siebie, mamy i mnie. Nie mogłem się doczekać tego meczu. Na Łazienkowską przyjeżdżał w końcu mistrz Anglii z gwiazdami takimi jak: Alan Shearer, Ian Pearce, Chris Sutton czy Henning Berg, który później trenował Legię. To były czasy, kiedy byłem - nazwijmy to - niepokornym małolatem... Coś tam przeskrobałem w szkole i za karę nie poszedłem na mecz. Pamiętam jak dziś, gdy rodzice wrócili do domu z programem meczowym na którym podpisał się Krzysztof Ratajczyk, a ja z wściekłości rzuciłem nim o ziemię...

 

 

Maluch i komandosi

W 1997 roku Legia grała finał Pucharu Polski z GKS-em Katowice w Łodzi. Wujek odpalił więc swojego malucha i pojechaliśmy z tatą na pierwszy wyjazd. Samochód zostawiliśmy w centrum miasta i ze schowanymi szalikami poszliśmy na stadion. Wiadomo, pierwszy wyjazd to zawsze jest przeżycie. Wszystko jest nowe, dziwne, jednak od tamtej pory, a byłem już na 149 wyjazdach, pierwszy raz brałem udział w takim, na którym były cztery różne grupy kibiców. To, że byliśmy my ze zgodami oraz GKS, nie było niczym nadzwyczajnym. Ale fakt, że pojawili się tam fani ŁKS-u i Widzewa - już tak. Legia wygrała wtedy 2:0, a ja jeszcze zapamiętałem, jak organizatorzy tego wydarzenia w przerwie meczu zaserwowali wszystkim zgromadzonym pokaz ekipy komandosów, rozbijających głowami cegłówki i wykonujących jakieś inne ewolucje.

 

 

Regularnie zacząłem jeździć na wyjazdy od 1999 roku i od razu zaczęło się od „mocnego uderzenia”, bo pojechałem razem z około 40. kibicami pociągiem do Wronek. Pod każdym względem było ciekawie więc załapałem bakcyla. Starałem się jeździć wszędzie nie patrząc na okoliczności. Zresztą gdyby w tamtych latach ktoś chciał jeździć dla wyników, to szybko by zrezygnował. Legia przegrywała wiele meczów i to na pewno nie zachęcało do podróżowania. Jednak nie patrzyło się na wyniki, tabele, tylko wsiadało w pociąg i jechało. Pamiętam taki mecz w Lubinie, mieście do którego w tamtych czasach dojazd pociągiem był sporym wyzwaniem. Razem z dwoma kolegami pojechaliśmy i po wielu godzinach jazdy, przesiadek i tułaczki, dojechaliśmy w... 70 minucie meczu. Po 20 minutach czekała nas więc taka sama droga. Legia wkręciła mnie jednak na tyle, że przestałem trenować piłkę, a zacząłem jeździć i kibicować. Przez kilka sezonów nie opuściłem żadnego meczu.

 

 

Jedno miasto - jeden klub

Od małolackich czasów miałem jeszcze jedną pasję, której poświęcałem sporo czasu. Pisałem teksty do hiphopowego składu, którego byłem również założycielem - „Napalm Grupa”. Początkowo było nas trzech : ja, „Kanar” i „Rudy”, później dołączył „Karat”. Nagrywaliśmy różne kawałki, klasycznego ulicznego hip–hopu i naturalną koleją rzeczy było, że w utworach zaczęły przewijać się legijne motywy. Takim najbardziej rozpoznawalnym kawałkiem stał się „Jedno miasto–jeden klub”, który nagraliśmy do spółki z „Dixonami”. Każdy z nas miał swoją zwrotkę. To były fajne czasy, robiliśmy muzykę, jeździliśmy na wyjazdy.

 

 

Graliśmy sporo koncertów w Warszawie, na które przychodziło mnóstwo legionistów. W tych czasach poznałem się też z „Bonusem”, który rozkręcał „Ciemną Strefę”, a która miała skupiać różnych wykonawców. Przystąpiliśmy do tego, ale z czasem nie wyobrażałem sobie jeżdżenia na koncerty do innych miast. Poza tym ciężko to było pogodzić z wyjazdami i meczami u siebie. Wiązało się to z zajętymi weekendami, a jak wiadomo najwięcej koncertów odbywa się właśnie wtedy. I tym sposobem znowu wygrało kibicowanie. Najpierw zamiast piłkarzem stałem się kibicem, a później bycie muzykiem przegrało z Legią.

 

 

Kibic trenerem, trener kibicem

Życie potrafi jednak pisać nieoczekiwane scenariusze. Nie udało się być piłkarzem, nie zostałem muzykiem, ale... zostałem trenerem. Oglądając setki spotkań polskiej piłki na różnych szczeblach, często zastanawiałem się, czy potrafiłbym sam pokierować zespołem. Jak bym się zachował w jakiejś konkretnej sytuacji na boisku, kogo bym wprowadził, a kogo zdjął. Poza aspektem kibicowskim piłka nożna zawsze mnie interesowała też pod względem czysto sportowym. W końcu w głowie zaczęła kiełkować myśl, że może by tak spróbować coś zrobić i zająć się tym na poważniej. Poszedłem do Wyższej Szkoły Edukacji w Sporcie. Akurat tak się złożyło, że na jednym roku wylądowałem z Robertem Lewandowskim, a z żoną Roberta w jednej grupie. Studia trwały trzy lata, zakończyłem je licencjatem - z papierem instruktora piłki nożnej. Taki papier upoważnia do prowadzenia zespołów A–klasowych. Od razu zostałem trenerem drużyny Legionów Warszawa – klubu założonego przez kibiców Legii. Wszystko się zazębiało, ja coraz bardziej się wkręcałem. Zdałem sobie sprawę, że trzeba dalej iść w tym kierunku i rozwijać swoją wiedzę.

 

 

Z czasem zacząłem jeździć na staże. Najpierw do ŁKS-u, później zaliczałem kolejne w klubach ekstraklasy. Byłem w Lechii Gdańsk u Probierza, w Paście Gliwice u Latala, w Koronie Kielce i Podbeskidziu. Byłem też u Heninga Berga w Legii, któremu zresztą opowiedziałem moją historię z nieobejrzanym meczem, kiedy on grał w Blackburn. Cały czas się uczyłem i dziś mam papier UEFA A – czyli przedostatni stopień, po którym jest już tylko UEFA PRO. Jestem teraz trenerem PKS-u Radość, zespołu A-klasowego. Nie wybiegam myślami za daleko i cieszę się tym co jest, ale gdyby kiedyś udało się pracować przy Legii, niewątpliwie byłoby to spełnienie marzeń. Niemniej podchodzę do tego bardzo spokojnie i z dystansem. Liczę siły na zamiary. Faktem jednak jest, patrząc przez pryzmat tego wszystkiego co mnie w życiu spotkało, że zawsze motywem łączącym była piłka nożna i Legia. Teraz mój młodszy brat godnie reprezentuje Legię jako kibic, ja patrzę już z kilku perspektyw, ale Legia jest w naszych sercach, genach, jest spoiwem łączącym wszystko. Jest chyba największym szczęściem w życiu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

gunner
Kapitan
2019-03-20 20:18:48
Kolejny knot albo autora cyklu albo Skazanego na Legię. Legia nie mogła przegrać ze Stalą Stalowa Wola w 1991 w Warszawie 1:2 bo Stal nie grała wtedy w Ekstraklasie. Zresztą Stal jak była w lidze to też z Legią w Warszawie nie wygrała.
Wolski
Podporucznik
2019-03-21 10:38:25
Jeżeli pierwsza wizyta na Ł3 miała miejsce w roku 1991 to musiał to być mecz że Stalą Mielec (jesień), natomiast jeżeli był to mecz ze Stalą Stalowa Wola to odbył on się na wiosnę 1992. Oba przegrane 1:2. Niestety pamięć jest zawodna

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 159
PLN
Cena 69,90
PLN
Cena 249
PLN