Legia Warszawa
vs Raków Częstochowa
Czas do meczu
Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2019-07-23 19:16:00
Newsletter

Artur Subocz - Skazany Nr 0031

Autor: Maciek Dobrowolski Fot. Mateusz Kostrzewa, Archiwum AS
Przed Wami 31. odcinek kultowego cyklu pt. ''Skazani na Legię'', który niegdyś ukazywał się na łamach Tygodnika Kibiców ''Nasza Legia''. Tym razem gościem Maćka Dobrowolskiego jest Artur Subocz - fan Legii z warszawskiego Żoliborza, który swoją przygodę z Ł3 rozpoczął w drugiej połowie lat 70. Od początku solą kibicowania są dla niego wyjazdy, których dziś nie potrafi już zliczyć. Zapraszamy!

 

 

Legioniści z Zatrasia 

Wychowywałem się na Żoliborzu - na osiedlu Zatrasie. Traf i zarazem szczęśliwy zbieg okoliczności sprawił, że na tym samym osiedlu mieszkało dwóch starszych kibiców, którzy jak w przyszłości się okazało mieli największy wpływ na to, że zostałem legionistą. „Czacha” i „Edi” - bo tak nazywali się wspomniani koledzy, przede wszystkim posiadali szaliki „barwówki”, co w połowie lat 70. nie było tak powszechne. Już samo to wzbudzało chęć dowiedzenia się czegoś więcej na temat kibicowania, natomiast ich opowieści z meczów sprawiały, że człowiek pomimo młodego wieku chłonął to wszystko i chciał jak najszybciej dołączyć. Całą wiedzę na temat klubu z Łazienkowskiej czerpałem więc od nich. Oczywiście, były jakieś szczątkowe relacje telewizyjne albo wzmianki w gazetach, ale to wszystko nie równało się z ich opowieściami. Naturalnym biegiem rzeczy było, że któregoś razu zabrałem się z nimi na stadion. To było w 1977 roku, jednak dziś niestety już nie pamiętam jaki to był mecz, ani też tego, jakim wynikiem się zakończył. Dla małolata, jakim wtedy byłem, sprawy rywalizacji sportowej zeszły na dalszy plan. Liczyło się, że wreszcie mogłem na własne oczy zobaczyć trybuny, kibiców, usłyszeć śpiewy i co najistotniejsze, stanąć na słynnej Żylecie. To był przełom. Zakochałem się w tym wszystkim i naprawdę wiedziałem, że od tej pory życie będzie wyglądało inaczej.

 

 

Dalej sprawy potoczyły się błyskawicznie, bo jeszcze w tym samym roku pojechałem na pierwszy wyjazd. Legia grała z ŁKS-em. Na podwórku któryś z kolegów powiedział: „Cygan, dawaj z nami” i to wystarczyło. Nie patrzyłem na wielce prawdopodobne konsekwencje takiej samowolnej i spontanicznej decyzji. Chwilę później ze wszystkimi, a było nas z 60-70 osób, stałem na peronie w oczekiwaniu na pociąg... „byle do Łodzi”. Po drodze dowiedziałem się o różnych możliwościach postojów w Koluszkach czy Skierniewicach... Na miejscu ci, którzy mieli szaliki, przewiązywali je sobie pod bluzami, kurtkami i rozbijali się na mniejsze grupki. Na stadion każdy docierał na własną rękę. Jedni z przygodami, inni nie. Tak samo na trybunach - wszyscy siedzieliśmy w różnych miejscach. Ponownie, cała ta otoczka i świadomość, że uczestniczę w czymś wyjątkowym sprawiły, że sam mecz był sprawą drugorzędną. Nawet lanie, które dostałem od mamy po powrocie, jakoś za bardzo nie bolało. Wyjazdowy debiut miałem za sobą...

 

 

W pogoni za Topolskim

Pasja kibicowania rozkręciła się na dobre. Chodziłem na wszystkie mecze w Warszawie i w miarę regularnie jeździłem. Praktycznie każda podróż po Polsce wiązała się z przygodami. Bardzo miło wspominam wyprawę w 1981 roku do Kalisza - na finał Pucharu Polski. Graliśmy wówczas z Pogonią Szczecin. Zanim dotarliśmy na stadion milicja urządziła „łapankę” na dworcu, gdzie pod byle pretekstem zatrzymywała kibiców. Tak naprawdę do zatrzymania wystarczał fakt, że ktoś posiadał szalik i był z Warszawy. Funkcjonariusze MO czuli się w tamtych czasach bardzo pewnie i naprawdę nie trzeba było robić czegoś złego, żeby zostać zatrzymanym. Fakt faktem, mnie i większości kolegów szczęśliwie udało się przejść te wszystkie przeszkody i trafić na stadion. Legia wygrała 1:0, a bramkę w ostatniej minucie dogrywki zdobył Adam Topolski. Postanowiłem sobie, że muszę mu za to osobiście podziękować. Kiedy sędzia odgwizdał koniec meczu, razem z innymi kibicami przeskoczyłem przez ogrodzenie i goniłem naszego zawodnika po całej murawie. Ostatecznie udało się go złapać i wyściskać - co zresztą zostało uwiecznione na jakiejś fotografii, która ukazała się w jednej z gazet.

 

 

Przez długi czas miałem też pamiątkę z tamtego wydarzenia w postaci chorągiewki oznaczającej róg boiska. Powrót do Warszawy odbywał się w szampańskich nastrojach. Legia zdobyła puchar, a ja pierwszy raz widziałem to wszystko na własne oczy. Wyjazdy w tamtych latach były niepowtarzalne. Jeździło znacznie mniej ludzi niż obecnie, ale wszyscy się znali. Wiedzieliśmy, że możemy liczyć na siebie. Nie mówię, że teraz pod tym względem jest zupełnie inaczej, tylko mam na myśli to, że wtedy jak się jechało do Krakowa, Łodzi czy Poznania, to praktycznie oczywistym były jakieś przygody. Każdy miał tego świadomość i każdy wiedział na co się pisze. Bywało różnie i nie zawsze udawało się obejrzeć mecz.

 

 

Pokolorowana rzeczywistość 

W latach 80., czyli czasach stanu wojennego, komuny i tej całej otaczającej „szarzyzny”, Legia była totalną odskocznią. Tutaj czuło się wolność i specyficzny klimat. Pomimo wszechobecnych nakazów, zakazów, restrykcji - na trybunach, w drodze na mecze, człowiek wiedział, że jest w otoczeniu kolegów o podobnych poglądach, gdzie jeden stanie za drugim, jeżeli będzie taka potrzeba. Zapominało się o wszystkich niedogodnościach życia codziennego - liczyła się tylko Legia. Jak zbliżał się mecz, to człowiek tym żył już kilka dni wcześniej i nieważne było, czy przeciwnikiem był Górnik, Odra Opole czy Szombierki Bytom. Czekało się na spotkanie kolegów, na żarty, na ten cały rytuał, zaczynający się od wspólnego przejazdu zapełnionym autobusem, na przedmeczowe biesiadowanie w barze „pod rurą”, a później na doping z Żylety... Wszyscy cieszyli się tym, że właśnie na meczach można zapomnieć o problemach i cieszyć się ze spędzania czasu razem. Jedni byli lepiej sytuowani, inni gorzej, ale była jedność i nigdy nie miało to większego wpływu na relacje koleżeńskie. Jak się jechało gdzieś w Polskę, to potrafiliśmy razem pobalować, ale jak trzeba było, to w siedmiu zjeść z jednego talerza zupę. Można powiedzieć, że te wszystkie przygody, które razem przeżywaliśmy kibicując Legii, kolorowały nam szarą rzeczywistość.

 

 

Spełnione marzenie 

Już dawno marzyło mi się, żeby moja kochana Legia zagrała kiedyś z Realem Madryt. W końcu marzenie się spełniło, a mnie nie mogło zabraknąć na meczu w Madrycie. To było dla mnie niesamowite uczucie, bo Legia - klub który kocham od dziecka - grała z jednym z najlepszych klubów świata. Moim drugim marzeniem jest zobaczyć Legię w finale Ligi Mistrzów UEFA... i chociaż może wydaje się to nieosiągalne, ja wierze że i tego doczekam. Wcześniej mówiłem dużo o zaletach tamtych lat, ale to nie jest tak, że teraz jest źle. Każdy okres ma swoje dobre strony. Kiedyś te wyjazdy rzeczywiście były inne, ale tak po prostu było i tyle. Fajnie, że pozostaną świetne wspomnienia. Natomiast obecnie wiele spraw musi wyglądać inaczej i też trzeba się tym umieć cieszyć. Każde pokolenie ma swoje prawa. Kiedyś człowiek był bardziej niepokorny, pozostaną wspomnienia. Natomiast teraz kolej na was - młodszych. Korzystajcie z tego i czasu, który szybko ucieka. Najważniejsze, że wszystkich nas łączy Legia - to się nie zmieniło i nigdy nie zmieni.

 

 

 


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Wigraszek
Wigraszek
Starszy żołnierz
2019-07-23 19:59:13
Cześć Cygan! lata 70-e na Zatrasiu to najlepszy okres w moim życiu. Pamiętasz Gilusia z pod 18. Edek z Brykalem - 16C. Ty z Dziadkiem pod 16. Czaszka to już inny adres. Pamiętam, że zawsze byłeś wyjazdowy, a ja tylko Ł3 od 69' Edek siedzi niedaleko mnie na 200, ale nie poznaje mnie :( (32 lata temu wyprowadziłem się z Zatrasia). Legijnie pozdrawiam Giluś
wooda
Starszy żołnierz
2019-07-24 23:17:17
Podstawówka nr 92 w I klasie byłem na Zatrasiu. W następnym roku przenieśli mnie na drugą stronę Broniewskiego do 267. I tak straciłem kontakt z Piotrusiem, chyba późniejszym Czachą. Pół klasy wtedy nas wyjęli tych z Sadów. Pozdrawiam pana Artura. Maskę kojarzę z osiedla.

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 89
PLN
Cena 114,50
PLN
Cena 119
PLN