Legia Warszawa
vs Raków Częstochowa
Czas do meczu
Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2019-07-16 19:16:00
Newsletter

Artur Tomaszewski - Skazany Nr 0030

Autor: Maciej Dobrowolski Fot. Janusz Partyka, Mateusz Kostrzewa, Jacek Prondzynski, Adam Polak/Archiwum Legii; Grafiki: Tomasz Grzybek
Zapraszamy na 30. odcinek kultowego cyklu pt. ''Skazani na Legię'', który niegdyś ukazywał się na łamach Tygodnika Kibiców ''Nasza Legia''. Tym razem gościem Maćka Dobrowolskiego jest Artur Tomaszewski - fan Legii, na co dzień pracownik klubu, którego oczkiem w głowie jest murawa głównego boiska przy Łazienkowskiej. Artur opowiada o swojej pracy i życiu, którego nieodłączną częścią była, jest i będzie Legia Warszawa.

 

 

Prawdziwa Liga Mistrzów

Jak byłem dzieckiem, to o Legii opowiadał mi tata i on wpajał mi, że to jedyny słuszny klub. Nie mogłem nie wierzyć, musiałem zaufać słowom taty. Z czasem to zainteresowanie pogłębiało się. W tamtym okresie nie było internetu, ani innych wynalazków, dziś powszechnych i ułatwiających kontakt ze światem. Zresztą co tu mówić o internecie, skoro meczów ligowych - poza skrótami puszczanymi przez kilka minut - nie było w telewizji, a komputery służyły bardziej do grania, niż do czerpania informacji. Wiadomo, tamtych lat nie da się w żaden sposób porównać z dzisiejszymi. Oczywiście miało to swoje plusy, ponieważ człowiek chcący dowiedzieć się czegoś musiał zadać sobie trochę trudu. Większość wiadomości dotyczących naszego klubu czerpałem z prasy sportowej, a że nie było tego zbyt wiele, chłonęło się wszystko - wyniki, składy, tabele, zdjęcia drużyny i poszczególnych zawodników.

 

 

Pierwszy mecz, który bardziej zapadł mi w pamięci, to było spotkanie Legii z IFK Goeteborg w eliminacjach do Ligi Mistrzów. Oglądałem go w telewizji i pamiętam jak męczyliśmy się w Warszawie, ostatecznie wygrywając po golu strzelonym z rzutu karnego. Później niezapomniany rewanż w Szwecji i pierwszy historyczny awans do tych rozgrywek. Wtedy to był naprawdę znaczący sukces. W Lidze Mistrzów grali faktyczni mistrzowie swoich krajów. Jak wiadomo od tamtego czasu bardzo dużo się zmieniło w tej kwestii i nawet interesując się piłką, czasami ciężko się połapać, kto z kim gra i w jakiej jest grupie. Nie mówiąc o tym, że niektóre kraje reprezentowane są przez kilka klubów. Co prawda ten „problem” nie dotyczy polskich drużyn, ale według mnie taka formuła wpłynęła na zmniejszenie prestiżu tych rywalizacji. Niemniej wracając do tamtych lat, radość z awansu była ogromna. Legia jako pierwszy polski klub dostała się do tego elitarnego grona i pomimo, że nie należała do potentatów, grała wyśmienicie. Wygrane z Rosenborgiem, Blackburn Rovers i wyjście z grupy, to do dziś chyba jedne z bardziej znaczących sukcesów. Bez wątpienia, te sukcesy wzmogły chęć pójścia na mecz, bo stadion pierwszy raz odwiedziłem w 1989 roku.

 

 

W centrum wydarzeń

Pewnego razu dowiedziałem się, że jest opcja podjęcia pracy na Legii. Nie było powiedziane w jakim charakterze, ale szczerze mówiąc sama perspektywa pracowania dla klubu, któremu kibicowałem, była wystarczającym magnesem. To był 2004 rok - w tym czasie wymieniano murawę starego stadionu i okazało się, że właśnie potrzeba kogoś do dbania o nową nawierzchnię. Zgodziłem się tym zająć. Najpierw, razem z kolegą, wyjechaliśmy do Leverkusen na szkolenie, gdzie na stadionie Bayeru zapoznawano nas ze standardami tej pracy. Po dwóch tygodniach wróciliśmy do Warszawy i tak zacząłem swoją przygodę z Legią. Wiadomo jak to bywa na początku... sam fakt możliwości oglądania tego wszystkiego od środka, był dla mnie dużym przeskokiem. Kibice żyjący Legią, chodzący na mecze, jeżdżący po Polsce i Europie, przejawiają swoją pasję w najróżniejszy sposób, jednak dla mnie to wszystko było dodatkowo spotęgowane, bo poniekąd stałem się cząstką tego klubu i zacząłem robić coś dla Legii. Z chwilą, kiedy zacząłem pracę na Legii, wszystkie mecze zacząłem oglądać z płyty boiska.

 

 

Przez tyle lat oglądania tego wszystkiego zdarzało się naprawdę wiele historii. Ciężko przypomnieć sobie szczegóły, bo wszystko zlewa się ze sobą. Niemniej pamiętam takie zdarzenie, kiedy graliśmy jeszcze na starym stadionie z Jagiellonią Białystok. Kibice z Białegostoku wywiesili kilka swoich flag, ale jedna z nich nie przypadła do gustu obserwatorowi. Mecz trwał w najlepsze, tymczasem delegat nakazał przerwanie i zdjęcie kontrowersyjnej według delegata flagi. Fani Jagiellonii nie mieli zamiaru tego zrobić i sytuacja stała się patowa. Ktoś z klubu wpadł na pomysł, żebyśmy pobiegli pod sektor gości i zasłonili wspomnianą flagę... stojącą na murawie bramką treningową. Padło na mnie i kolegę. Pamiętam jak biegaliśmy z tą bramką i przestawialiśmy ją z miejsca na miejsce tak, żeby zasłoniła barwy kibiców z Białegostoku. Decyzja delegata wydawała się absurdalna, ale w innym przypadku mecz zostałby przerwany, dlatego uznano, że w równie absurdalny sposób trzeba było temu zaradzić. Jeżeli miałbym wybierać najlepsze mecze jakie widziałem, to bez wątpienia były to spotkania z Celtikiem Glasgow i Sportingiem Lizbona. Jak dla mnie, mieliśmy wtedy najlepszą „pakę”, jaka grała tutaj za czasów mojego kibicowania. Pamiętam jak trenerem Legii był Jan Urban. Miał on zwyczaj, któremu był wierny i konsekwentny. Mianowicie w każdy dzień na Łazienkowskiej, niezależnie od tego czy był to dzień meczowy, czy dzień zwykłego treningu, pierwsze co robił, to szedł na murawę stadionu i patrzył jak przygotowana jest płyta boiska. Czasami nawet śmialiśmy się z tego, ale naprawdę przez cały okres pobytu na Łazienkowskiej sztywno trzymał się tego nawyku. Tym bardziej czuliśmy się nobilitowani do pracy, tak żeby nie było żadnych zastrzeżeń. Często słyszy się od zawodników grających na różnych obiektach – najczęściej drużyn, które w danym meczu przegrywają - że słabo grali, bo murawa była nie taka jak być powinna. Słuchając pomeczowych wywiadów czekam, czy będą jakieś narzekania na legijne boisko i szczerze muszę przyznać, że nie przypominam sobie takich skarg. 

 

 

Żeby łatwiej się wygrywało

Po murawie tego stadionu przejechałem i przechodziłem tysiące kilometrów, można powiedzieć że znam każdy centymetr boiska. To wszystko pochłonęło mnie na tyle, że jak miałbym uczciwie przyznać, to stadion dosłownie stał się moim drugim domem. Sam mecz ogranicza się do 90 minut gry w piłkę i ludzie przychodzący na stadion nie zwracają uwagi na samą murawę, tylko na piłkarzy, którzy po niej biegają. Tymczasem żeby mogli dobrze biegać, strzelać, podawać, to także nasze zadanie – czyli ludzi od płyty. Dla tych wszystkich, którzy nigdy nie zwracali na to uwagi, mogę powiedzieć, że dla mnie mecz nie zaczyna się od pierwszego gwizdka sędziego. To cały cykl czynności, których sam mecz jest tylko przerywnikiem. Na każdej murawie odgórnym wymogiem są pasy, naprzemiennie ułożone „trawą jaśniejszą i ciemniejszą”. Każdy taki pas, w zależności od stadionu, ma od pięciu do sześciu metrów szerokości. Jednak to nie jest tak, że trawa sobie w taki sposób rośnie. Każdego dnia musimy ją odpowiednio podcinać. Nawierzchnia jest codziennie podlewana i pielęgnowana, wykonuje się szereg zabiegów o których można by długo opowiadać, ale nie ma co zanudzać czytelników. Po skończonym meczu, kiedy wszyscy opuszczają stadion, my na szybko poprawiamy efekty eksploatacji. Siedzimy do późna w nocy, zazwyczaj nie wracam do domu, tylko śpię w klubie, bo od wczesnego rana na nowo zaczyna się odnawianie boiska.

 

 

Wiadomo, każdy ma swoje zajęcia i swoją pracę. Ja dodatkowo mam to szczęście, że kochając Legię mogę dbać o to, żeby legionistom grało się jak najlepiej i aby mieli idealne warunki do wygrywania. I chociaż ostatecznie każdy patrzy na wynik i grę, to ja mając Legię w sercu z tyłu głowy muszę pamiętać, żeby legijna murawa podcięta była na 2,5 cm.

 

 

 

 

 

 

 

 


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 89
PLN
Cena 114,50
PLN
Cena 119
PLN