Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2019-02-28 16:00:00
Newsletter

Astiz: Polskę mam w sercu, nie na papierze

Autor: Jakub Jeleński Fot. Jacek Prondzynski, Mateusz Kostrzewa, Janusz Partyka, Archiwum IA
Teraz lubi obejrzeć serial na Netfliksie, ale w latach młodości w wolnym czasie biegał z bykami po ulicach Pampeluny, co zresztą przypłacił urazem… pośladka. W Warszawie czekały na niego inne przygody, ale przede wszystkim zupełnie inna kultura. Jego poczynania na boisku oceniała i ocenia mama, ale w polską rzeczywistość Inaki Astiz musiał zanurzyć się sam.

Legia.com: - Zdajesz sobie sprawę, że przez Ciebie prawie nie obroniłem licencjatu?

Inaki Astiz: - Dlaczego? (śmiech)

 

- Bo dwa dni przed obroną poleciłeś mi „Dom z papieru”.

- Jak zamiast się uczyć oglądałeś seriale, to już nie moja wina! Poza tym to wszystko przez Radka Cierzniaka, bo on opowiedział mi o nim na zgrupowaniu, a ja się strasznie wciągnąłem. Potem rozmawialiśmy jakoś pod koniec obozu i faktycznie, powiedziałem ci, że koniecznie musisz go obejrzeć. Tę część winy biorę na siebie, ale wszystko zaczęło się od Radka (śmiech).

 

- A co poleciłbyś teraz?

- Teraz akurat oglądam „Ty”, taki nowy serial z 2018 roku. Fajny i nie zajmuje zbyt dużo czasu, bo ma jakoś z osiem odcinków. Został mi do obejrzenia ostatni, więc jak skończymy rozmawiać to pewnie się za niego zabiorę.

 

 

- Prawdziwy z Ciebie ambasador hiszpańskiej kultury w Polsce. Jakie stereotypy dotyczące Polaków miałeś w głowie, gdy po raz pierwszy przyjechałeś do Warszawy i jak miały się one do rzeczywistości?

- Pamiętam, że kiedy przyjechałem do Polski, była przepiękna pogoda. Mam wrażenie, że gdy jest ciepło i świeci słońce, to ludzie są bardziej uśmiechnięci i przyjaźnie nastawieni do siebie. Zdecydowanie gorzej wyglądały takie szare, ciemne i zimne dni, bo wtedy wszyscy wydawali mi się trochę bardziej zamknięci niż w Hiszpanii. Wtedy mieszkałem na osiedlu z Kibu Vicuną, asystentem trenera Urbana. Wiesz jacy są Hiszpanie – uśmiechnięci, kulturalni, zawsze staramy się zamienić słowo z ludźmi dookoła, gdzieś w sklepie, czy na poczcie. Więc bardzo często zagadywaliśmy do ludzi jakimś „dzień dobry”, „jak się masz”, „jak minął dzień” i zdarzało nam się nie dostać żadnej odpowiedzi! (śmiech). Wtedy to był dla mnie szok, bo u mnie w kraju takie pogawędki są na porządku dziennym. Potem z Kibu pytaliśmy jeden drugiego, ile kto dostał odpowiedzi na „dzień dobry” (śmiech). Zdecydowanie bardziej zamknięte były starsze osoby, widać, że mają zdecydowanie inną mentalność niż młodzi.

 

- Dużo się Polacy i Polska zmienili przez te 12 lat?

- Polska na pewno. Infrastruktura rozwinęła się niesamowicie, kraj bardzo poszedł do przodu. Całe miasto wygląda lepiej, o drogach nawet nie wspominając. Pamiętam, że kiedyś każdy wyjazd z drużyną oznaczał wiele godzin w autokarze, drogi – delikatnie mówiąc – nie były w najlepszym stanie, autostrad nie było prawie wcale. Wszystko bardzo się rozwinęło, zresztą nie trzeba daleko szukać, wystarczy popatrzeć na polskie stadiony. Prawie każda drużyna gra teraz na fajnym obiekcie. Sami Polacy chyba niespecjalnie się zmienili. Młodzi byli i są otwarci, uśmiechnięci, w klubie cały czas otaczają mnie bardzo fajne osoby. Zmianę o której pytałeś doskonale widać na przykładzie kraju, ale jego mieszkańcy pozostali tacy sami.

 

 

- Co to znaczy, że – cytuję – „Jestem Hiszpanem, ale myślę jak Polak”?

- Czasem, gdy po roku w Warszawie wracam na święta do domu, zdarza mi się zacząć mówić do mojej mamy po polsku. Najgorzej jest wtedy, kiedy jesteśmy we trójkę z mamą i moją żoną, bo kiedy rozmawiam z nimi dwoma naraz, to bankowo w końcu się pomylę (śmiech). Najśmieszniejsze jest to, że jestem tego nieświadomy i dopóki Dominika albo mama nie zwrócą mi uwagi, że kompletnie mnie nie rozumieją, to cały czas tak do nich nawijam (śmiech). Zawsze przez pierwsze dni po zmianie kraju mam takie problemy.

 

- A jak porozumiewacie się z córką?

- Ja mówię do niej po hiszpańsku, moja żona po polsku. Staramy się z nią rozmawiać w obydwu językach, żeby równolegle się ich uczyła, a w żłobku ma jeszcze zajęcia z angielskiego, więc ma dziewczyna trochę namieszane (śmiech).

 

- Do tego samego przedszkola chodzi razem z dzieckiem Kaspera, więc może podłapie jeszcze trochę fińskiego?

- Jego syn jest trochę starszy i chodzi do innej grupy, ale wydaje mi się, że razem mają przerwy i wychodzą na plac zabaw. Może rzeczywiście niedługo wróci do domu i zacznie do mnie mówić w języku, którego w życiu nie zrozumiem (śmiech).

 

 

- Próbowaliście z Kasperem zeswatać swoje dzieci?

- Jeszcze nie, aczkolwiek zdarzyło się nam wspólnie z dzieciakami chodzić po domach na Halloween i zbierać cukierki. Przedszkole zorganizowało taki wyjazd i wszyscy rodzice wzięli w tej zabawie udział razem z dzieciakami.

 

- Do Polski dotarła moda na Halloween, ale w Hiszpanii przebieracie się też na Święta. Ty byłeś wilkiem, siostra czerwonym kapturkiem, a kuzyn myśliwym.

- Dokładnie tak! W Hiszpanii rzeczywiście mamy tradycję przebierania się na Sylwestra. Tam wygląda to trochę inaczej niż w Polsce, bo tutaj zbieracie się ze znajomymi i albo bawicie się w Warszawie, albo organizujecie wspólny wyjazd. W Hiszpanii najpierw jemy kolację wspólnie z rodziną i dopiero po jej zakończeniu ruszamy na imprezę z przyjaciółmi. Każdego roku staramy się wykombinować jakiś nowy strój, żeby wyjść w nim na miasto.

 

- Najsłynniejszą tradycją z Twojego regionu są jednak gonitwy z bykami. Jak to wygląda od środka?

- U nas corrida potrafi być połączona z futbolem. Czasami na zakończenie sezonu niektóre zespoły całą drużyną wyjeżdżają do takiego ośrodka położonego pół godziny, może godzinę drogi od Pampeluny. Na miejscu obiadek i arena, na której biegają małe byki. No i który z chłopaków ma jaja, to wskakuje na arenę i robi dryblingi wokół byka (śmiech).

 

 

- To dlatego jesteście tacy techniczni.

- Szkoła techniki prosto z Pampeluny! Osasuna co roku jeździła tam zarówno pierwszą, jak i drugą drużyną. Żarty żartami, ale tam naprawdę trzeba uważać. Kilka razy zdarzyło się, że któryś z chłopaków zerwał sobie w ten sposób więzadła. W moim klubie nie było takiego przypadku, ale miały one miejsca w przypadku drużyn z niższych lig. Czasami pijesz jedno, drugie, trzecie piwo, myślisz, że jest okej, a nagle tracisz równowagę, noga omsknie ci się na piasku i nieszczęście gotowe.

 

- A jak na to wszystko reagują władze klubu?

- Nijak, bo same takie wyjazdy organizują. Oczywiście mówimy o arenie, na której biegają małe byki, bardzo często niemające jeszcze rogów. W Hiszpanii traktowane jest to jako forma zabawy. Pamiętam, że wspólnie z kolegami zdarzyło się nam przebierać za torreadorów i biegać po arenie w takich strojach (śmiech).

 

- Jest w Polsce takie powiedzenie, że jak ma się miękkie serce, to trzeba mieć twardą d… W Hiszpanii jej twardość sprawdzacie inaczej.

- Kiedy biegasz razem z bykiem, to masz bardzo duży przypływ adrenaliny, bo chociaż to małe zwierzęta, nie chcesz żeby w jakikolwiek sposób cię trąciły. Po jednym z takich wypadów wstałem rano i mówię: Kurde, strasznie boli mnie tyłek, co mi się stało?! A potem zobaczyłem nagranie kolegi i tam faktycznie byk trącił mnie rogiem w pośladek. W tamtym momencie nic nawet nie poczułem, ale musiał mnie uderzyć naprawdę mocno, bo przez cały następny dzień nie mogłem normalnie usiąść. Zobacz, tutaj też było blisko, ale udało mi się wymknąć. Jakby co, to na filmie nie moje piski tylko Dominiki (śmiech).

 

 

 

- A zdarzyło Ci się brać udział w gonitwie po ulicach?

- Tylko raz, bo to już naprawdę jest niebezpieczne. Wiesz, arena to tak naprawdę zabawa. Tam biegają małe byki, które nie zrobią ci wielkiej krzywdy. Czasami z kolegami zdarzało nam się przed wpuszczeniem na plac byka, ustawiać na jego środku krzesła. Siadaliśmy na nich, a byk biegał wokół nas, bo dopóki się nie poruszysz, to zwierzę cię nie zauważy. Oczywiście prędzej czy później któryś nie wytrzymywał i zaczynała się ucieczka (śmiech). Gonitwy na ulicach to jednak co innego. Tam ściga cię dorosły byk, ważący po 600-700 kilogramów. Najgorsze, że nie wszystko zależy od ciebie, bo przecież w tłumie ktoś może cię potrącić, ty stracisz równowagę, upadniesz i za chwilę nadciąga byk, który może po prostu cię zmiażdżyć. Zdarza się, że tam giną ludzie. Ja brałem w tym udział tylko raz i wrażeń już mi wystarczy.

 

- Mamie te Twoje gonitwy się chyba nie podobały.

Niekoniecznie, ona rozumiała, że to jest część naszej kultury. Gonitwa z bykami to tylko jeden dzień, a w Hiszpanii festyny trwają przez całe lato, co tydzień w innym miasteczku. Tam organizowane są z kolei gonitwy z dorosłymi krowami, co również jest niebezpieczne, bo to naprawdę wielkie zwierzęta. Jak chcesz się w to bawić, to naprawdę musisz znać się na rzeczy. Ja raz pojechałem na taki festyn do babci. Miałem może z 16 lat, a mimo to postanowiłem się do tego przyłączyć. Jak mama przyszła na miejsce i zobaczyła co robię, to – delikatnie mówiąc – nie była zachwycona (śmiech).

 

 

- Mama to podobno Twój prywatny analityk.

- Tak, jak w tamtym sezonie graliśmy z Wisłą, to powtarzała mi: „Synku, musisz bardzo uważać na Carlitosa. Trzymaj go blisko, bo to bardzo niebezpieczny i techniczny zawodnik, musisz go pilnować przez cały czas”. Mama stara się oglądać każdy nasz mecz, śledzi też całą ligę i zawsze mówi mi swoje uwagi a propos gry mojej i całego zespołu. Czasem oczywiście się z nią nie zgadzam, ale zawsze wysłuchuję jej zdania (śmiech). Ona naprawdę zna się na piłce. Nie skupia się tylko na mnie, ale na całym zespole. Kiedy zagramy słaby mecz, to zawsze wskazuje na błędy jakie popełniliśmy. Dużo razem rozmawiamy o futbolu.

 

- Na pewno jest z Ciebie dumna. A Ty, jesteś spełnionym piłkarzem? 

- Tak, jestem bardzo szczęśliwy, że to co zacząłem robić jako dzieciak, robię do tej pory. Muszę tutaj podziękować swoim rodzicom, bo bardzo dobrze mnie wychowali. Zawsze byli blisko mnie, a to było dla mnie bardzo ważne. Wydaje mi się, że dzięki nim i charakterowi jaki we mnie ukształtowali, jestem dzisiaj tu gdzie jestem. Za wszystko co dobrego zrobiłem w swoim życiu można dziękować moim rodzicom.

 

- Nie chcę żeby to źle zabrzmiało, ale do końca kariery masz raczej bliżej niż do jej początku.

- Wiadomo, wiadomo, ja też się z tym zgadzam (śmiech). Jasne, że myślę o tym co będę robił po skończeniu gry w piłkę, ale nie chciałbym o tym teraz rozmawiać, bo do czerwca mam ważny kontrakt, a potem zobaczymy jak będę się czuł fizycznie. Jeśli będę mógł grać dalej, to na pewno zechcę kontynuować, ale mam też coś na boku i powoli zaczynam myśleć o tym co będę robił później.

 

 

- Może kariera naukowa? W końcu jesteś panem inżynierem.

- No właśnie jeszcze nie jestem, bo kiedy Legia wykupiła mnie z Osasuny, to nie udało mi się zakończyć studiów. Teraz trudno byłoby mi do tego wrócić, bo po tylu latach na pewno zmieniły się przedmioty na Inżynierii Elektrycznej. Szczerze mówiąc nie wiem, czy mógłbym skończyć te półtora roku, jakie mi zostało, czy raczej musiałbym zaczynać od początku. Kiedy grałem w Hiszpanii to nie miałem problemu z tym, żeby połączyć studia i granie, a schody tak naprawdę zaczęły się po transferze do Warszawy. No ale w życiu tak jest, czasem musisz podjąć decyzję – grać w piłkę, czy studiować dalej. Ja wybrałem piłkę i absolutnie nie żałuję, to była bardzo dobra decyzja.

 

- A myślałeś o tym, by zapukać do drzwi ambasady i poprosić o polski paszport?

- Nie, bo tak naprawdę obywatelstwo niczego wyjątkowego by mi nie dało. Jesteśmy w Unii Europejskiej, więc po całym kontynencie można podróżować bez jakichkolwiek ograniczeń. Poza tym z polskim paszportem potrzebowałbym wizy do Stanów, a będąc Hiszpanem nie ma takiej konieczności. Mam żonę Polkę, moja córka jest Polką, nie potrzebuję nikomu nic udowadniać. Polskę mam w sercu, a nie na papierze.


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Więcej na temat

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 159
PLN
Cena 69,90
PLN
Cena 249
PLN