Legia Warszawa
vs Termalica
Czas do meczu
Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2016-01-21 09:00:00

''Bez Legii życie byłoby dla mnie ciężarem nie do zniesienia''

Autor: Maciej Prusiński Fot. legia.com
Z Legią związany jest od niemal pół wieku. Widział setki jej meczów, poznał setki piłkarzy, trenerów i działaczy, a wśród nich m.in. Lucjana Brychczego i Kazimierza Deynę, o których napisał książki. W 2006 roku otworzył Muzeum Legii Warszawa, a dziś pracuje nad Księgą Stulecia. Zapraszamy do lektury wywiadu z Wiktorem Bołbą!

legia.com: Ile lat jesteś już związany z Legią? Kiedy i jak się to wszystko zaczęło?

Wiktor Bołba: Myszką trąca wspomnienie, jak w kwietniu 1970 roku za sprawą naszego trenera grupy trampkarzy warszawskiego Orła, przedwojennego piłkarza Warszawianki Zygmunta Sochana, znalazłem się na meczu półfinałowym PEMK Legia - Feyenoord. Oprócz tego, że pan Sochan był naszym trenerem, był także wieloletnim kierownikiem lodowiska Torwar. Zabierał nas często na lodowisko, obdarowując przy tym zużytymi - dla zawodników, ale nie dla nas - kijami hokejowymi Smolenia. Co na podwórku znaczyło posiadanie takiego kija, nie muszę chyba tłumaczyć. To dzięki niemu poznaliśmy smak hokeja. Pan Zygmunt zabierał nas, czeredkę swoich młodych piłkarzyków, na mecze rozgrywane przy Łazienkowskiej. Dzięki takiej wyprawie byłem świadkiem jednego z najbardziej historycznych wydarzeń Legii. To czego doznałem, zasiadając na trybunach Stadionu Wojska Polskiego, zawładnęło moim sercem do tego stopnia, że zapomniałem o bożym świecie.

 

Zamów Księgę Stulecia Legii i zapewnij sobie w niej miejsce

 

Z pierwszej wyprawy na Łazienkowską wróciłem przekonany, że wreszcie znalazłem swoje miejsce na ziemi. Potem, kiedy nieco podrosłem, był sektor „Pod Żyletą”. To był piękny świat. Kupowaliśmy „Brytanię” - jedyne pismo, gdzie publikowali zdjęcia kibiców angielskich, na których się wzorowaliśmy. Na fotografiach było widać, jak ozdabiali się kibice. Dlatego staraliśmy się wykonywać podobne rzeczy. Stąd pamiętne legijne cylindry w meczu z Atletico Madryt, podpatrzone od kibiców Feyenoordu. To wtedy red. Grzegorz Aleksandrowicz, organizując spotkania w świetlicy klubu, wygłaszał pogadanki na temat kibicowania. To wtedy powoli tworzył się zorganizowany doping. Pamiętam piosenki, które rodziły się nagle z potrzeby chwili. Cieszy mnie, że istnieją też utwory przekazywane z pokolenia na pokolenie. Z przekazów ówczesnej prasy można było sądzić, że opisy naszych zachowań na sektorze „Pod Żyletą” dotyczyły Bronksu po zmierzchu, tak wielu widziano tam bandziorów. To były czasy, że za noszenie szalika Legii na szyi można było oberwać pałą. To były czasy, kiedy na mecze wyjazdowe jeździliśmy bez eskorty milicji, a w obcych miastach na dworcach z reguły pierwszym zderzeniem z rzeczywistością były oczekujące na nas „komitety powitalne”. W takich okolicznościach trzeba było jeszcze dotrzeć na stadion, na którym nie było specjalnych sektorów dla przyjezdnych, a wprost przeciwnie - zionęło od nienawiści do Legii. Obecnie młodzi kibice mają o wiele łatwiej, niż miało moje, już lekko wapniejące pokolenie.

 

Obejrzałeś setki, o ile nie tysiące meczów, które na pewno odcisnęły na Tobie piętno. Czym jest dla Ciebie piłka nożna, czym jest Legia?

- Trudno mi powiedzieć, za co tak kocham piłkę nożną. Najprostsza odpowiedź brzmi: za wszystko. Za ogromne emocje przez całe 90 minut, za walkę, za presję wyniku. Strach pomyśleć, jaka szara i monotonna byłaby nasza codzienność, gdyby nie dreszcz emocji, z jakim wyczekujemy każdego meczu naszej ukochanej drużyny. Legia to dla mnie przygoda, niekończąca się historia. Bez Legii życie byłoby dla mnie ciężarem nie do zniesienia.

 

Do dziś jeździsz też na niemal wszystkie wyjazdy.

- Teraz już nie, choć faktycznie bywały takie sezony, że nie opuściłem żadnego wyjazdu. Prawda jest jednak taka, że kibicując Legii, jesteśmy jednocześnie wielkimi podróżnikami. Czas, który spędziłem w podróży, można byłoby przeliczyć na lata. 

 

Legitymacja członkowska sekcji Piłki Nożnej CWKS Legia - Wiktor Bołba

 

Jakie jest Twoje najmilsze wspomnienie z tych wszystkich lat?

- Miłych wspomnień związanych z Legią mam bez liku. Jedna z zabawniejszych historii związana jest z basenami Legii. To było w czasach rozkwitu młodzieńczego zainteresowania wdziękami kobiet. Choć w Polsce o studiach piękności jeszcze nie było mowy, to na dachu budynku przebieralni na basenach Legii działało jedne z pierwszych solariów, gdzie modne wśród pań z wyższych sfer, aktorek znanych z plakatów i ekranu telewizora, było opalanie się bez bikini. Gdy szczęście dopisało, można było podziwiać wdzięki Beaty Tyszkiewicz, Kaliny Jędrusik czy Poli Raksy. To działało na młodą wyobraźnię i było przyczyną naszej wspinaczki na jupiter. Gdy byliśmy na odpowiedniej wysokości na maszcie jupitera, a widok opalających się nagich kobiet zapierał z wrażenia dech w piersiach, nagle z dołu dotarł do nas ryk: „Złazić stamtąd smarkacze. Chcecie, żeby was prąd popieścił?!”. To byli żołnierze pełniący służbę na obiektach Legii. Do dziś pamiętam tego kopniaka i to, że za karę musieliśmy posprzątać wszystkie papierki wokół stadionu.

 

PWN wyda Księgę Stulecia Legii Warszawa

 

Z perspektywy czasu śmieszy mnie wspomnienie pewnego wypracowania szkolnego. Jakoś tak w klasie szóstej mieliśmy opisać ulubione miejsce w Warszawie. Wiadomo, że nauczycielce chodziło o opis Łazienek, Starówki czy innych popularnych turystycznie zakątków miasta. Ja zgodnie z prawdą w swoim wypracowaniu przyznałem, że moim ulubionym miejscem w Warszawie jest stadion Legii, ponieważ niepowtarzalna atmosfera tumultu trybun, jak i oglądania meczu na żywo, wzbudzają we mnie trudne do opisania emocje. Niestety, jak się okazało, całkiem inne spostrzeżenie na moją pracę miała pani polonistka. Moje wypracowanie uznała za wygłup, więc energicznym ruchem machnęła na nim dwóję. Puenta tej opowiastki jest zaskakująca. Minęło kilkadziesiąt lat i dziś na stadionie Legii mogę spędzać czas do woli. Więcej - mam swoje królestwo, czytaj: muzeum. A nawet swoje biurko.

 

A to najgorsze wspomnienie?

- My kibice Legii wciąż czekamy, kiedy wreszcie historia zatrzymana w stop-klatce w deszczowy, czerwcowy dzień 1993 roku, znów ruszy. Za najgorsze wspomnienie uważam odebranie Legii przez PZPN mistrzowskiego tytułu z 1993 roku, tym bardziej, że działanie to nie było poparte żadnymi dowodami. Przeżywam to mocno do dziś.

 

Poznałeś wielu piłkarzy, trenerów, pracowników klubu. Jest ktoś, kogo darzysz szczególnym szacunkiem? Zawiązały się jakieś przyjaźnie?

- Gdy patrzę na zdjęcia, których w domu mam wiele, zauważam, że praktycznie rzecz biorąc, począwszy od sekretarzy generalnych klubu płk. Edwarda Potorejko, płk. Kazimierza Konarskiego, lekarza dr. Henryka Soroczko, szefa propagandy płk. Romana Sandomierskiego, który z ramienia klubu opiekował się kibicami, aż do obecnego prezesa Legii Bogusława Leśnodorskiego, znałem osobiście wszystkich najważniejszych działaczy naszego Klubu. Najwybitniejszych trenerów: Henryka Niedźwiedzkiego, Bolesława Dubickiego, Wacława Wójcika, Ryszarda Koncewicza. Wielkich mistrzów Stanisława Królaka, Jerzego Pawłowskiego, Jana Szczepańskiego, Wojtka Kaczorka, piłkarzy pierwszej wielkiej Legii - mistrzów Polski 55/56: Jerzego Woźniaka, Longina Janeczka, Stanisława Fołtyna, Edmunda Zientarę, Henryka Grzybowskiego. Nasze pierwsze spotkanie z panem Heniem stało się początkiem przyjaźni, był dla mnie wielkim autorytetem. Wciąż wspierał mnie, pomagając poznać kulisy tej wspaniałej drużyny. Również ogromną wiedzę przekazywali mi nieco młodsi Jacek Gmoch, Ignacy Ordon, Tadek Nowak, Robert Gadocha, Antoni Trzaskowski, Felek Niedziólka, nieżyjący już Bernard Blaut, Władysław Stachurski i Wiesiek Korzeniowski.

 

Przez jakiś czas opiekowałem się Kazimierzem Górskim, z którym wspólnie jeździliśmy na mecze Legii. Bardzo dobre relacje miałem z Władkiem Grotyńskim. Był panem życia. Chodziły słuchy, że gdy wchodził do szatni, ściany pociły się ze strachu. Dziś nasze przygody i perturbacje traktuję z życzliwym przymrużeniem oka. Mam stały kontakt z kolonią kanadyjską, na czele z Januszem Żmijewskim, Bogdanem Kwapiszem i Jurkiem Jagiełłą. Bardzo szanuję Aleksandara Vukovica, którego od ery Leszka Pisza uważałem za kandydata do tytułu: „Następcy Deyny”. To właśnie Vuko wyprzedzał innych kandydatów o kilka długości. Obecnie śledzę jego karierę trenerską ze szczególną sympatią. Z młodszego pokolenia bardzo bliski jest mi Artur Boruc. Ciągle siedzi w nim niepokorny chłopiec, który w każdej chwili może spakować manatki, wsiąść do samolotu i przylecieć na… mecz Legii. Ogromny szacunek mam dla Darka Wdowczyka, który po wpadce korupcyjnej zachował się jak trzeba i w przeciwieństwie do innego „wielkiego kozaka” polskiej piłki nie szukał tanich usprawiedliwień, tym bardziej współpracy z prokuraturą. W swoim archiwum posiadam tysiące metrów nagranych wywiadów i dykteryjek dotyczących historycznych wydarzeń naszego Klubu. Żałuję, że odkładając to na później, nie zebrałem się do spisania wspomnień jednego z byłych szefów Legii, płk. Kazimierza Konarskiego, o co zabiegał sam pułkownik. No dobrze, skończmy z tym imiennym wymienianiem, bo ci, których pominąłem, mogą się poczuć urażeni. Oczywiście darzę wielkim szacunkiem każdego, kto w jakimś stopniu dołożył swoją cegiełkę do budowy potęgi i sławy Legii.

 

Członkowie Komitetu Obchodów jubileuszu 90-lecia istnienia Legii w towarzyswie najwybitniejszych piłkarzy w historii Klubu. Wiktor Bołba drugi od lewej w dolnym rzędzie.

 

Nie obce są Ci też inne sekcje, jak boks i znajomość m.in. z Krzysztofem Kosedowskim.

- Z rodziną Kosedowskich mam w swoim życiu następujący epizod: w grudniu 1979 roku byłem w jednej z praskich restauracji „Wisła”. Już dokładnie nie pamiętam, ale wówczas w Warszawie odbywał się jakiś pięściarski turniej w bardzo mocnej obsadzie, dlatego zjechało do Warszawy wiele pięściarskich sław. Na dancingu doszło do groteskowej sytuacji, ponieważ pewien z gości, wmawiając mi wprost, że jestem… Leszkiem Kosedowskim, usilnie zapraszał do stolika, który zajmował wraz z rozbawionym towarzystwem. Co ciekawe, kiedy próbowałem wytłumaczyć mu, że jest w błędzie, mrugnął tylko porozumiewawczo okiem, mówiąc: „Mistrzu, rozumiem, jesteś incognito”. W takiej sytuacji co miałem zrobić? Potem już była piękna zabawa, gdzie „Kobiety, wino i śpiew” królowały do bladego świtu. Później pod okiem Krzyśka zacząłem trenować boks. Żałuję tylko, że tak późno, bo zabawa jest przednia, głównie dzięki mojemu trenerowi. Skoro jesteśmy przy osobie Krzysztofa Kosedowskiego, koniecznie muszę podkreślić, że bardzo dużo pomaga mi w pracach przy muzeum. Jest jakby jego wolontariuszem. Dzięki jego zabiegom i znajomościami wśród olimpijczyków, nasza placówka wzbogaciła się o kilka ciekawych eksponatów.

 

Wiceprezes Legii Jakub Szumielewicz o Księdze Stulecia Legii

 

Kiedy zacząłeś pisać o Legii i do „Naszej Legii”? Jakie historie są z tym związane?

- Prawie od początku istnienia gazety, chyba gdzieś od piątego numeru w 1997 roku. Najpierw prowadziłem satyryczną rubrykę: „Z teki Wiktora”, potem po śmierci red. Bogdana Bańki, który miał autorską rubrykę „Wspomnienia Seniora”, Robert Piątek - będący wówczas najważniejszą osobą w redakcji - zaproponował, bym w zastępstwie Bogdana zaczął pisać „Wspomnienia Kibica”. Trwało to kilkanaście lat. Tego co przeżyłem i co opisywałem, wystarczyłoby na kilka pokoleń kibiców Legii. Dziś nieśmiało wspomnę, że była to jedna z najbardziej popularnych pozycji w tygodniku. Bo ja nie opowiadałem bajek tysiąca i jednej nocy, tylko operowałem konkretami. Miło było słyszeć, jak ludzie zaczepiali mnie na ulicy mówiąc, że lekturę „Naszej Legii” zaczynali właśnie od „Wspomnień”. Poza tym miałem już kilka propozycji od różnych wydawnictw, by „Wspomnienia” wydać w formie książkowej. Skutecznie jednak odmawiałem, uważając, że nie będę handlował swoją kibicowską przeszłością.

 

Skąd wzięło się zainteresowanie historią i chęć opieki nad muzeum?

- Żeby tak naprawdę pokochać, poczuć i zrozumieć Legię, trzeba interesować się też jej historią, wdrożyć się w życie Klubu. Nie wystarczy tylko kupić popcorn, przyjść na stadion, zrobić sobie fotkę, usiąść spokojnie i oglądać mecz. Co do drugiej części pytania - pomyliłeś trochę pojęcia. Ja nie wyrażałem chęci opieki nad muzeum. Ja je stworzyłem od podstaw. Na dzień dzisiejszy mogę powiedzieć, że muzeum Legii to moja misja.

 

Były bokser Legii, medalista olimpijski Krzysztof Kosedowski i Wiktor Bołba

 

Masz też swoje prywatne zbiory - co się w nich znajduje i ile czas temu poświęciłeś?

- Tworzenie kolekcji zaczęło się, gdy w 1970 roku dostałem od kibiców Feyenoordu pocztówkę ze zdjęciem drużyny oraz metalowy znaczek. To była nowość. Na Legii nie było jeszcze czegoś takiego jak sprzedaż pamiątek klubowych. Dopiero nieco później, na początku lat 70-tych, pewien jegomość przed stadionem rozstawiał swój kramik składający się ze stoliczka i sprzedawał proporczyki. Pamiętam go doskonale, zawsze miał na sobie zieloną bluzę dresową z napisem LEGIA i zachęcał do kupna, mówiąc: „Proszę obejrzeć, można kupić”. To właśnie u niego dokonałem zakupu pierwszego legijnego proporczyka, który zresztą przechowuję do dziś. Jest dla mnie bardzo sentymentalną pamiątką. Później, jako uczeń, wydawałem większość swojego kieszonkowego na coś, co już stało się dla mnie czymś więcej niż tylko kolekcją. Chodziłem na pierwszy warszawski Pchli Targ na Mariensztacie, na giełdy kolekcjonerów. Początkowo w Warszawie, potem w całej Polsce. Należałem też do krakowskiego Klubu Kolekcjonera Pamiątek Sportowych. Tam "łapałem" kontakty z innymi kolekcjonerami. Wkrótce zdobyłem wiele cennych pamiątek. Wiele z eksponatów udało mi się nabyć za symboliczne pół litra, za inne zaś słono buliłem. Kupowałem osobiste pamiątki od piłkarzy, sporo przy tym przepłacając.

 

Wśród najrzadszych okazów posiadam medal z 1926 roku, kiedy Legia wygrała turniej Towarzystwa Eugenicznego. To był efekt mojej znajomości z synem byłego przedwojennego piłkarza Legii Pawła Akimowa. Dosłownie bezcenne są wszystkie pamiątki po Kazimierzu Deynie. Na przykład „Złote Buty” katowickiego „Sportu” dla Kazimierza Deyny, najlepszego piłkarza Polski w 1977 roku. Pamiętam, jak przed meczem z ŁKS- em, ówczesny selekcjoner reprezentacji Polski Jacek Gmoch z naczelnym śląskiej gazety wręczali Kazikowi tę nagrodę. Gdyby ktoś wtedy podczas dekoracji powiedział mi: „Zobaczysz, jeszcze kiedyś te buty będą twoje", to uśmiechnąłbym się z politowaniem. A jednak…

 

Przez lata ukrywałem swoją kolekcję, ale cały czas myślałem o założeniu klubowego muzeum, gdyż zgromadzone przeze mnie pamiątki i eksponaty dotyczące historii Legii chciałem pokazać wreszcie światu. Dlatego wielu kolejnych prezesów Klubu prosiłem o pomoc w założeniu muzeum. Niby wszyscy przyklaskiwali idei, lecz problemem było pomieszczenie. Udało się dopiero w 2006 roku, na jubileusz 90-lecia Klubu za czasów prezesa Piotra Zygo. Początkiem ku temu było odsłonięcie tablicy Kazimierza Deyny - wówczas to chłopaki z grupy „Deynowcy” zwrócili się do mnie, bym zrobił wystawę pamiątek związanych z tym wielkim piłkarzem. Ponieważ wystawa wywarła bardzo dobre wrażenie na prezesie, podchwyciłem temat mówiąc, że podobnych rzeczy związanych ze sportowcami Legii mam setki i moglibyśmy zrobić muzeum. Prezes Zygo zapalił się na ten pomysł i po niedługim czasie uruchomiłem muzeum. A zatem spełniło się moje marzenie. Jestem dumny z tego, że dzięki mojej pasji powstało na Legii pierwsze w Polsce tego typu muzeum. Klubowe muzeum może dać nam pewność, że pamiątki po sportowcach Legii nie będą tułały się od właściciela do właściciela, tylko wcześniej czy później staną się ozdobą naszej placówki.

 

Wiem jednak, że niektórych tajemnic dotyczących Legii nigdy nie wyjawisz. Dlaczego?

- Odpowiem w stylu Artura Boruca - pomidor.

 

Jakie wydałeś już publikacje związane z Legią?

- Jeszcze w „Naszej Legii” zrobiłem z panem Lucjanem Brychczym cykl: „Wspomnienia Kiciego”. Przez kilka lat metodycznie prowadziliśmy rozmowy. Spisywałem je, po czym redagowałem, nadając kształt opowieści. Następnie wspólnie z Grzegorzem Kalinowskim namówiliśmy pana Lucjana na wywiad rzekę, który ukazał się w formie książki: „Kici”. Jestem autorem biografii Kazimierza Deyny pt: „Deyna geniusz futbolu, książę nocy”. Cieszą mnie świetne recenzje tej książki oraz to, że została uznana za najlepszą wśród czterech, które dotychczas napisano o tym piłkarzu. Kolejną pozycją mojego autorstwa jest książka: „Legia Warszawa - droga do chwały”. Jestem też autorem wydawnictwa jubileuszowego „Legia 95- lat”, współautorem albumu: „Warszawa i Legia 90- lat razem”. Służyłem swoją pomocą kolegom z „Przeglądu Sportowego”, autorom albumu „Legia Warszawa”. Współpracowałem także z autorami albumu: „Kazimierz Górski i jego orły”. Tak więc trochę się już tego nazbierało.

 

Były piłkarz Wielkiej Legii Antoni Trzaskowski i Wiktor Bołba

 

Deyna i Brychczy to symbole tego Klubu, których miałeś możliwość poznać na płaszczyźnie prywatnej.

- To byli Panowie Piłkarze przez wielkie „P”. Oczywiście jak Brychczy czy Deyna się do człowieka odezwali, to było zachwycające. Takie nabożne. Krótko mówiąc, tak byłem szczęśliwy, że przez resztę dnia chodziłem półprzytomny. Kazimierz Deyna to przecież największy piłkarz Polski XX wieku. Nigdy nie dopuszczę do tego, żeby został zaliczony do zapomnianych, będę zawsze na wszelkie sposoby przypominał tę wielką postać, ikonę Legii. Delikatnie mówiąc, miał swoje słabości, jednak kto ich nie ma? Pan Lucjan to prawdziwa legenda polskiej piłki, znak firmowy Legii i niedościgniony wzór dla całych pokoleń piłkarzy. Niezwykle skromny człowiek, chociaż nigdy o to nie zabiegał. Pozostaje największą gwiazdą w stuletniej historii naszego Klubu.

 

Zajmijmy się Twoim kolejnym projektem - powiedziałeś, że tworzenie Księgi Stulecia Legii Warszawa to dla Ciebie zaszczyt. Mógłbyś to rozwinąć?

- Powtórzę to raz jeszcze, że uczestnicząc w dziele tworzenia Księgi Stulecia czuję dumę, że tworzę coś stałego dla Klubu, któremu poświęciłem większą część życia. Obecnie kompromisowo i mozolnie łączę dwa style życia. Zajmując się muzeum dbam o ekspozycję, penetruję rynek w poszukiwaniu wszelkich pamiątek Legii, tworzę kronikę Klubu. Po kolacji zajmuję się twórczą pasją pisania Księgi Stulecia. To powoduje, że sypiam zaledwie parę godzin. Trudno o bardziej wymowny obrazek.

 

Miroslav Radović i Wiktor Bołba. "Rado" przekazał swoje nagrody Muzeum Legii

 

Jakim okresem historii się zajmujesz?

- Dokładnie od roku 1950 do 1979. Jest to czas wielkich sukcesów, jak i dużych przemian. Ciężki okres stalinizmu, kiedy dekretem politycznym pozbawiono Legię jej nazwy, przekształcając na CWKS. Potem, w 1957 roku, powrócono do starej nazwy. To jest przedział czasowy, kiedy w historii Klubu funkcjonowały dwie „Wielkie Legie” - ta z lat 1955-56 i ta z lat 1969-70. Jest to czas piłkarskiego rozkwitu największych legend Klubu: Lucjana Brychczego, spinającego klamrą te dwie wielkie drużyny, oraz Kazimierza Deyny.

 

Jak zbierałeś materiały i z jakich źródeł korzystałeś?

- Z bardzo różnych. Teczki Centralnego Archiwum Wojskowego trawię od kilku miesięcy i czytam z ogniem w oczach, tak jakbym czytał dobry kryminał. Kilka tomów nieznanej dotąd historii Legii.

 

Jakie znajdziemy tam ciekawostki?

- Trzeba kupić, żeby się o tym dowiedzieć. W swoich tekstach walczę o każdą prawdę. Dążąc do niej wypruwam z siebie flaki, ponieważ nie interesuje mnie piep… koszałków-opałków, żeby było ładnie i żeby wszyscy byli zadowoleni. To nie dla mnie. Ja w trosce o czytelnika, o to, że nie chce on być oszukany, tworzę teksty w oparciu o znajomość tematu.

 

1993 rok, Kraków. Kibice Legii z historyczną flagą "Żyleta". Wiktor Bołba w kaszkiecie czwarty od lewej


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

eRGie7
eRGie7
Szeregowiec
2016-01-21 20:36:13
Pozdrowienia dla pana Wiktora! Oraz zaproszenie do śledzenie mojego foto-blogu: http://legiawarszawa1916-2016.blogspot.com/ Pozdrawiam

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 229
PLN
Cena 299
PLN
Cena 99
PLN