Legia Warszawa
vs Termalica
Czas do meczu
Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2017-10-13 12:00:00
Newsletter

Broź: Nie z takich kryzysów się podnosiliśmy

Autor: Jakub Jeleński Fot. Mateusz Kostrzewa, Jacek Prondzynski, Janusz Partyka
- Nikt tutaj nie ma w głowie innego celu niż mistrzostwo Polski. Sytuacja jest trudna, ale nie beznadziejna. Nie z takich kryzysów już się podnosiliśmy. Głowa do góry, zaciśnięte pięści i walczymy dalej. W tamtym roku też śmiali się z nas ludzie w całej Polsce, a potem to my patrzyliśmy na nich z wysokości podium, trzymając w rękach puchar i medal za mistrzostwo - mówi obrońca Legii Łukasz Broź.

Legia.com: Nie udzielasz się zbytnio w mediach, jesteś skrytym człowiekiem?

 

Łukasz Broź: Chyba tak. Nie lubię za dużo mówić czy chwalić się pewnymi rzeczami. Bardzo szanuję swoje życie prywatne i jak najmniej staram się go pokazywać. Wydaje mi się zresztą, w określeniu „życie prywatne” słowo „prywatne” zawiera się nie bez powodu.

 

Jedyne co dało się o tobie wyczytać to fakt, że jesteś bardzo rodzinnym facetem.

 

Dokładnie. Każdy wolny czas spędzam z moją żoną i dziećmi. Lubię posiedzieć z nimi w domowym zaciszu, ale też urwać się, nawet na chwilę, w rodzinne strony. Nie ma chyba lepszej regeneracji po treningu niż powrót do Emilki i córek. 

 

 

Na domatora raczej nie wyglądasz.

 

Bo wcale nim nie jestem (śmiech). Uwielbiam po prostu spędzać czas z bliskimi, a miejsce nie ma tu nic do rzeczy. Sam pochodzę z Giżycka, gdzie w domu raczej trudno jest usiedzieć. Za dzieciaka cały czas biegałem z kolegami po boisku, a jak trochę podrośliśmy, to oprócz wypadów na piłkę, pojawiły się wyprawy w teren. Może i miasto jest małe, ale dookoła niego są naprawdę fantastyczne rzeczy: lasy, jeziora. Kręciłem się wokół tego przez cały czas, uwielbiałem przebywać poza domem. Tak jest zresztą do dziś, grunt by była przy mnie rodzina. 

 

Rodzinę masz nie tylko w sercu, ale też na rękach.

 

Można tak powiedzieć. Na lewej ręce mam tatuaże poświęcone narodzinom dzieci, wspólnie z żoną i bratem również wytatuowaliśmy sobie ważny dla nas obojga wzór. 

 

 

Ta cichość z życia prywatnego przekłada się na postawę w szatni?

 

Zawsze wolałem więcej robić niż mówić. Wiesz, z drugiej strony to też nie jest tak, że jestem milczkiem i patrzę tylko co robią chłopaki dookoła mnie. Jasne, lubię pożartować, pośmiać się, kiedy mam coś do powiedzenia, to też robię to bez ogródek. Zanim jednak zacznę ruszać językiem, to najpierw wolę nogami. Kiedy przyszedłem do Legii przyjąłem rolę obserwatora, musiałem nauczyć się życia w takim wielkim klubie. Wcześniej nie miałem z czymś takim do czynienia. W Łodzi praktycznie ciągle graliśmy o utrzymanie, brak wielkiego ciśnienia, atmosfera była rodzinna, wszystko funkcjonowało na innych zasadach. Tutaj tak wiele rzeczy musiałem nauczyć się zupełnie od nowa, w końcu mamy do czynienia z największym klubem w Polsce w największym mieście. To europejska stolica, szybko się rozwija, ludzie gonią za wszystkim dookoła i mimo, że żyję tutaj od czterech lat, to nadal nie mogę się do tego przyzwyczaić. Jestem chłopakiem z małego miasta, całe życie funkcjonowałem inaczej. Choć nie rozumiem tego pędu codziennego życia, to od razu doskonale zrozumiałem na jakich zasadach funkcjonuje Legia. To wielki klub, inaczej po prostu się nie da. Tutaj wszyscy jesteśmy po to, by wygrywać. 

 

W Legii presji ostatnio macie aż nadto.

 

Racja, mnóstwo rzeczy się na to złożyło. Ale tak już jest, że każdy zespół czy to w Polsce czy na świecie przeżywa trudne momenty. Jeśli jednak chcesz grać w Legii, to musisz trzymać ciśnienie, innego wyjścia nie ma. Na każdym kroku musisz sobie z tym radzić. Bardzo dużo dają mi wypady na Mazury, lubię tam pojechać nawet na kilka godzin, żeby zaraz wrócić. Wrócić i znowu dawać z siebie maksa, bo w takim klubie jak Legia inaczej nie można. Wszyscy oczekują od zawodników nie tylko dobrej gry, ale przede wszystkim zwyciężania i to nie po wymęczonym 1:0, ale meczu, w którym wygrywasz z rywalem kilkoma bramkami. Kiedy przyzwyczaisz do tego kibiców, normalnym jest, że później oczekują tego cały czas. 

 

 

Parę tygodni temu w #Ł3FM gościliśmy Deobsona i Miro Radovicia. Pierwszy z nich powiedział, że ostatnie sukcesy trochę rozpieściły kibiców, „Rado” natomiast przyznał, że nie inaczej jest z piłkarzami.

 

Pewnie, że po sukcesach łatwo wpaść w zadowolenie na każdym polu, ale najważniejsze jest to, by nie spocząć na laurach. W piłce jedną z najważniejszych rzeczy jest dyscyplina, a skoro w szatni jest dwudziestu paru facetów, każdy z innym temperamentem, to ktoś musi nad tym wszystkim trzymać pieczę. Nie będzie chyba odkrywcze jeśli powiem, że zupełnie inaczej podchodzi się do meczu z Lechem, Wisłą czy Lechią - o Lidze Mistrzów UEFA nawet nie wspominając - a inaczej do rywalizacji z drużynami z dołu tabeli. Wtedy paradoksalnie musisz zmotywować się jeszcze bardziej i niekiedy przychodzi to ciężko. Jeśli wychodzisz na mecz w rozgrywkach o europejskie puchary i grasz przeciwko drużynie, której plakaty wieszałeś sobie nad łóżkiem za dzieciaka, to nogi niosą cię same. W Polsce, zwłaszcza w konfrontacji z dolną ósemką ligi, tak kolorowo już nie jest. Ktoś może nazwać to rozpieszczeniem, ale wydaje mi się, że to raczej zrozumiała sprawa.

 

Przed niedzielnym meczem odczuwasz chyba trochę dysonans poznawczy, bo z jednej strony znów pewnie wybiegniesz w pierwszym składzie, z drugiej zaś to wszystko kosztem kontuzji kumpla.

 

Zawsze powtarzam, że niezależnie od tego czy łapiesz się do składu czy też nie, to musisz zasuwać na sto procent, bo - jakkolwiek śmiesznie to nie zabrzmi - nie znasz dnia ani godziny. Możesz zagrać za tydzień, za miesiąc, ale także i jutro, w piłce jest naprawdę mało rzeczy pewnych. Jasnym jest, że nie życzę nikomu - zwłaszcza koledze z drużyny - urazu, ale z drugiej strony cieszę się, że dostanę szansę gry. Dzisiaj ja kogoś zastępuję, jutro ktoś zastąpi mnie. Zresztą mnie również trochę ominęło z powodu kontuzji.

 

 

Tak przepadła ci szansa na grę w reprezentacji. Ligę Mistrzów UEFA też oglądałeś z ławki.

 

Zawsze sobie powtarzam, że będąc kiedyś w Giżycku nawet nie spodziewałem się tego, co osiągnę w Polsce. Gram w największym klubie w kraju, zdobyłem trzy mistrzostwa i dwa puchary, mam co postawić na półce. Z drugiej strony nie jestem też minimalistą i zdaję sobie sprawę z tego, że gdyby nie urazy w kluczowych chwilach, mógłbym osiągnąć jeszcze więcej. Nie lubię jednak gdybać, koncentruję się wyłącznie na momencie, w którym jestem.

 

Ten moment jest dla ciebie najtrudniejszy odkąd jesteś w Legii?

 

Myślę, że tak. Nie ma co gadać i mydlić oczu, że jest inaczej, bo widać gołym okiem, że dużo rzeczy nie poszło po naszej myśli. Z drugiej jednak strony nie jesteśmy na straconej pozycji. Ja wiem, że wszyscy mówią, że jest źle, nie ma atmosfery i wszystko naokoło się spieprzyło, ale sześć punktów straty to jeszcze nie wyrok, a w rozgrywkach o Puchar Polski wszystko idzie zgodnie z planem. Do końca sezonu jest jeszcze mnóstwo meczów i wszystko przed nami. 

 

 

Krytyka kibiców mocno na ciebie wpływa?

 

Szczerze? Bardzo mało o tym czytam. Nie potrzebuję patrzeć na ocenę mojej gry przez innych, bo naprawdę sam doskonale zdaję sobie sprawę z tego czy zagrałem dobrze, czy źle. Kiedy słabo się ustawię i coś zawalę, siedzi mi to w głowie ze dwa dni i cały czas o tym myślę. Staram się przeanalizować na spokojnie cały mecz, jeszcze raz przetworzyć popełnione błędy. Naprawdę nie potrzebuję do tego publiki. Mam swoich kolegów, mamy trenera, który jest od tego, by analizować naszą grę. Kiedy jest ona dobra chwali, kiedy jest zła krytykuje. Prasa nigdy nie wie wszystkiego, przecież dziennikarze nie znają taktyki na mecz. Czasem na przykład zamiast grać więcej z przodu, muszę zostać i asekurować tyły. A potem wszyscy krzyczą, że za mało mnie w ofensywie. Mnóstwo jest takich sytuacji, nie ma co sobie tym zaprzątać głowy.

 

Podobno żona jest twoim najsurowszym krytykiem?

 

Rzeczywiście tak jest. Żona jak to żona, nie boi się krytykować swojego męża (śmiech). Emilka nigdy mnie w tych sprawach nie oszukuje. Kiedy zagram dobre spotkanie, to rzecz jasna cieszy się razem ze mną, natomiast jeśli coś zawalę, wówczas bez ogródek mi to powie. Tego zresztą od niej oczekuję - nie lubię być klepany po plecach jeśli na to nie zasługuję. 

 

 

Krytyka krytyką, czasem jest bardziej słuszna, czasem mniej. Ale jak działa na ciebie hejt?

 

Serio, mam ciekawsze rzeczy niż zajmowanie się tym, co tam na klawiaturze wyklepał piętnastolatek (śmiech). Ludziom w internecie wydaje się, że wszystko wiedzą najlepiej, trudno, mają prawo pisać co chcą. Ja mam prawo tego nie czytać i się nie przejmować.

 

Co roku czytamy, że to już ostatni twój sezon w Legii.

 

No, a ja co roku zostaję i tak już niedługo stuknie mi w Warszawie pięć lat (śmiech). Widzisz, to kolejny dowód na to, że ludzie piszą różne rzeczy, mające mało wspólnego z rzeczywistością. Będę w Legii tak długo, jak klub będzie mnie potrzebował. 

 

 

Rok temu wyszliście z dołka właśnie po meczu z Lechią. Teraz też wystarczy mocny impuls, by ruszyć naprzód?

 

Wygrana jest nam bardzo potrzebna, ale jedna niczego nie zmieni. Potrzebujemy regularnych zwycięstw, bo jak wygrasz pierwszy, drugi i trzeci mecz, to nagle wszystko zaczyna się układać. Musimy wygrać z Lechią i pójść za ciosem tak, jak zrobiliśmy to rok temu. Nikt tutaj nie ma w głowie innego celu niż mistrzostwo Polski. Sytuacja jest trudna, ale nie beznadziejna. Nie z takich kryzysów już się podnieśliśmy. Głowa do góry, zaciśnięte pięści i walczymy dalej. W tamtym roku też śmiali się z nas ludzie w całej Polsce, a potem to my patrzyliśmy na nich z wysokości podium, trzymając w rękach puchar i medal za mistrzostwo.


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 229
PLN
Cena 299
PLN
Cena 99
PLN