Legia Warszawa
vs KuPS Kuopio
Czas do meczu
Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2018-11-21 19:16:00
Newsletter

Cezary Drozdowicz - Skazany nr 0005

Autor: Maciek Dobrowolski Fot. Janusz Partyka, Archiwum CD; Video: Jakub Goliński; Grafika: Tomasz Grzybek
Kolejnym bohaterem kultowego cyklu pt. ''Skazani na Legię'', który niegdyś ukazywał się na łamach Tygodnika Kibiców ''Nasza Legia'', jest Cezary Drozdowicz, który swoją przygodę z Ł3 rozpoczął prawie 45 lat temu. W rozmowie z Maćkiem Dobrowolskim opowiada o swojej pasji, którą zaraził swoje dzieci, a także przygodzie życia, która całkiem niewinnie zaczęła się w Warszawie, a skończyła na lodowcu w dalekiej Islandii.

 

 

Standardowy początek

Z jednej strony zaczynałem jak większość kibiców, czyli starsi koledzy, opowieści na podwórku itd. Z drugiej trenowałem hokej w drużynie Legii. Połączenie tych dwóch czynników sprawiło, że nie mogło być inaczej. Wielokrotnie, nie tylko przy okazji jakichś meczów razem z chłopakami z hokejowej drużyny chodziliśmy na stadion. Czasami na treningi, czasami na mecze, a czasami tak po prostu - posiedzieć sobie na stadionie. Nie będę wymyślał i opowiadał jakiś szczególnych meczów, które wywarły na mnie wtedy wrażenie. Po prostu chodziło się na wszystko i zawsze było to wielkie przeżycie. Oczywiście, były wielkie mecze z Górnikiem czy innymi rywalami, ale dla mnie w sumie tak samo były ważne spotkania z Szombierkami Bytom, Motorem Lublin czy Odrą Opole.

 

 

Za małolata tak samo przeżywało się chyba wszystkie wizyty na Łazienkowskiej. Nie skłamię mówiąc, że tak mam do dziś. Zaczynałem jako kilkunastoletni chłopak i w sumie bardziej z tych pierwszych lat zapamiętałem przejazdy ze Śródmieścia - gdzie się wychowywałem - na stadion i powroty, niż same mecze. Pomimo bliskiej odległości domu od stadionu powroty były o tyle ciekawsze, że nie jeździły już trolejbusy i wracało się na piechotę. A takie spacery, często nie wiedzieć czemu, nie podobały się milicji, która tylko czekała, żeby jakoś utrudnić życie.

 

 

Helikopterem na wyjazd

Pierwszy raz na wyjazd pojechałem do Częstochowy w 1980 roku. I nie była to pielgrzymka, tylko finał Pucharu Polski z Lechem. O wydarzeniach towarzyszących temu finałowi do dziś powiedziano już wiele. I pewnie wielu rzeczy też się już nigdy nie dowiemy, bo ówczesna władza zadbała o to, żeby niektóre fakty nie wyciekły „do ludu”. Pomijając to wszystko, piłkarze Legii rozegrali bardzo dobry mecz i wygrali z Lechem 5:0. Czy będąc na takim wyjeździe mogłem narzekać? Jechałem wtedy do Częstochowy i wracałem tak, jak wszyscy kibice Legii, rejsowymi pociągami i pomimo tego, że dziś taka trasa nie robi na nikim żadnego wrażenia, wtedy to była prawdziwa podróż. Od tamtego czasu oczywiście nie było tak, że od razu zacząłem jeździć wszędzie, ale z roku na rok stawało się to wszystko bardziej systematyczne.

 

 

Od kilkunastu nie pytam już „kto jedzie”, tylko „gdzie teraz jedziemy”. Rzadko kiedy zdarza mi się coś opuścić, a jeżeli już, to zazwyczaj muszą być jakieś naprawdę poważne powody. Było kilka wyjazdów, które wybijały się ponad przeciętność i ciężko któreś szczególnie wyróżniać, chyba, że przez wzgląd na środek transportu... Za czasów, kiedy prezesem Legii był Andrzej Zarajczyk, do Wronek i Lubina polecieliśmy... helikopterem. Pamiętam, że ten drugi przelot dłużył się niemiłosiernie, gdyż będąc już w przestworzach uświadomiliśmy sobie, że na pokładzie... nie ma toalety, a poczęstunek był na wysokim poziomie.

 

 

Wyjazd życia

Zarówno w codziennym życiu, jak i tym kibicowskim, często zdarza się tak, że najlepsze przygody dzieją się przypadkowo. Ja taką przeżyłem w 2006 roku. Około 9. rano jadąc do pracy odebrałem telefon. „Lecisz na Islandię” – zapytał kolega Andrzej, tonem takim, jakbyśmy właśnie mieli umówić się na śniadanie. „Lecę” – odparłem. „To bądź za godzinę na lotnisku, o 12 odlatujemy” - zakończył rozmowę. Wróciłem do domu i zacząłem się szybko pakować. „A ty gdzie się wybierasz” – zapytała żona. „Do Reykjaviku, na mecz”- usłyszała. Tak to mniej więcej wyglądało. Stwierdziła, że nie do końca jestem normalny, ale to już nie miało wypływu na dalsze losy wyjazdu. Na lotnisku spotkaliśmy się z całą 18-osobową ekipą i ruszyliśmy w nieznane. Podróż, jak to podróż, lecieliśmy jakimiś chorwackimi liniami razem z drużyną. Wiadomo, że w takich miejscach nie bywa się często, więc postanowiliśmy podejść do zagadnienia turystycznie. Były dwa dni do meczu, więc dość sporo czasu, żeby nie siedzieć w hotelu. Tym bardziej, że takowego nie mieliśmy...

 

 

Część naszej ekipy miała już zarezerwowany samochód i bardziej sprecyzowany plan, my natomiast dalej działaliśmy na pełnym spontanie. Najpierw odwiedziliśmy odkryty basen olimpijski, gdzie wzbudziliśmy spore ożywienie wśród kąpiących się tubylców. Tam też powstał pomysł podróży w inną część Islandii, aby zobaczyć kratery i inne okoliczności przyrody tego odległego kraju. Kolega „Harcerz” wynajął większego busa i po kilku zmianach kierowcy pojechaliśmy przed siebie. Nie było obawy o nadkomplet w pojeździe i o jakieś mandaty, gdyż przez kilka godzin jazdy minęliśmy się może z trzema samochodami. Pod względem widoków, były to naprawdę niesamowite wrażenia. Zaliczyliśmy wspomniane kratery i prawie wszystko co się dało, bo ekipa z pierwszego pojazdu podeszła do sprawy poważniej i dotarli aż na lodowiec. Klimat miejsc, które odwiedzaliśmy, bardziej przypominał scenerią jakąś inną planetę. Opary mgły, bulgoczące wulkany wodne, wszystko otoczone mchem. Zakończyliśmy dzień „gdzieś lecz nie wiadomo gdzie”. Jego zakończenie jest umownym określeniem, gdyż w czasie naszego pobytu panowały tam akurat „białe noce” i gdyby nie zegarki - na które i tak mało kto patrzył - nikt nie wiedziałby czy to dzień, czy noc.

 

 

„Koncert” Staśka Wielanka

Ostatecznie jednym z celów naszej wyprawy był mecz, więc ostatecznie zjawiliśmy się na stadionie dużo przed pierwszym gwizdkiem i mocno zdziwiły nas pełne sektory polskich kibiców. To byli Polacy mieszkający w Islandii, pochodzący z różnych miast, którzy w przypływie patryiotyzmu chcieli siedzieć razem z nami. Po ustaleniu, kto gdzie siedzi, zajęliśmy miejsca na samym środku stadionu, rozwiesiliśmy flagi i podziwialiśmy to, co wyprawiali piłkarze. Naprawdę niewiele dobrego można było o tym powiedzieć. Naprzeciwko naszym zawodnikom stanęli bankierzy, kelnerzy i przedstawiciele innych zawodów niezwiązanych z piłką i reprezentujących klub, którego nazwy i tak nikt nie umiał wymówić. Skończyło się 1:0 dla Legii, a gola strzeliliśmy pod koniec meczu. Konkretnie strzelił go brazylijski napastnik Elton, ale to już musiałem sprawdzić w kronikach.

 

 

Następnego dnia rano mieliśmy samolot powrotny, a że „białe noce” zacierały margines czasowy i nikomu nie spieszyło się do spania, postanowiliśmy uczcić zwycięstwo w jednym z większych pubów. Jedną z atrakcji tego miejsca była muzyka na żywo, jednak prawdziwy show stał się poniekąd moim udziałem, gdyż po jakimś czasie przejąłem gitarę i dałem występ, grając kilka kawałków Staśka Wielanka. O tym, że trzeba już kończyć dowiedzieliśmy się słysząc dzwonek, który oznajmiał ostatnie zamówienia. Zakończenie miało miejsce w hotelu, a rano - dzięki determinacji kilku kolegów - w komplecie stawiliśmy się na autobus, który zawiózł nas na lotnisko. Z tylu wyjazdów, które przez te lata zaliczyłem, ten był zdecydowanie jednym z najlepszych. A przecież początkowo wcale się tam nie wybierałem...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 89
PLN
Cena 114,50
PLN
Cena 119
PLN