Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2018-09-09 11:00:00
Newsletter

Cierzniak: Życie uczy pokory

Autor: Jakub Jeleński Fot. Jacek Prondzynski, Mateusz Kostrzewa, Janusz Partyka
Mówi o sobie, że jest szczęściarzem, ale jego piłkarska droga była niezwykle trudna. Grając na Ukrainie walczył nie tylko o miejsce w składzie, ale także z brakiem ciepłej wody i mrozem w mieszkaniu. Po powrocie do Polski grał za darmo w upadających klubach, by później wyjechać do Szkocji, gdzie podejrzewano go o... bicie żony. Radosław Cierzniak - człowiek, który nawet w wyzwiskach z trybun potrafi doszukać się pozytywów i zawsze patrzy na jasną stronę życia.

Legia.com: - Przedstawię Ci pewien cytat: Jestem szczęściarzem, gdyby było inaczej, nie byłoby mnie tu dzisiaj. Wiem jednak, że na to wszystko musiałem sobie zapracować. A teraz ta ciężka praca procentuje i mam szansę spełnić swoje kolejne piłkarskie marzenie: zagrać z orzełkiem na piersi w dorosłej kadrze Polski. Niech to będzie nauką dla młodych piłkarzy: nie zrażajcie się! Bądźcie cierpliwi i pracujcie wytrwale. Siłą charakteru, ciężką pracą i poświęceniem, będziecie w stanie osiągnąć w życiu naprawdę wiele, nie tylko w futbolu – wiesz kto to powiedział?

 

Radosław Cierzniak: - Nie mam pojęcia. 

 

- Ty dziesięć lat temu, będąc z Koroną Kielce na zgrupowaniu w USA. Coś się od tamtego czasu zmieniło, jeśli chodzi o podejście do piłki?

- Nie, bo piłka zawsze była moją pasją. Od najmłodszych lat robiłem to co kocham i nadal to robię. Moje podejście do tego w żaden sposób się nie zmieniło, pracuję z takim samym zaangażowaniem – a być może nawet większym – bo im człowiek starszy, tym mocniejsza jest jego świadomość tego, co w sporcie jest najważniejsze.

 

 

- A jak z tym byciem szczęściarzem? 

- Jestem nim, bo robię to co kocham. Nie jestem tutaj pewnie za bardzo oryginalny. Myślę, że wielu powtarza to zdanie, że piłkarz jest szczęściarzem, ale w moim przypadku to szczera prawda. Wykonujemy wbrew pozorom dość ciężką pracę, jednak kochamy ją bardzo mocno. Oby ta przygoda trwała jak najdłużej. 

 

- Podziwiam Twój optymizm – bardzo wiele osób uważa Cię za pechowca, patrząc choćby na początki Twojej kariery. Ukraina to raczej niecodzienny start. 

- Nie uważam żebym miał pecha w życiu. Cały czas uważam, że jestem szczęściarzem, z racji tego co musiałem przejść, żeby trafić tutaj, do Legii. Było to zresztą moim marzeniem. Pamiętam, że kiedy „Fabian” [Łukasz Fabiański - przyp. red.] tutaj przychodził, a ja grałem w Amice Wronki, to troszeczkę mu zazdrościłem. Z tyłu głowy miałem taką nadzieję, że być może kiedyś uda mi się tutaj trafić. Czasami życie potrafi potoczyć się różnie, ale marzenia są z nami przez cały czas. I uważam, że potrafią one w pewien sposób ukierunkować twoje życie. Jeżeli marzysz o czymś i robisz wszystko żeby to osiągnąć, to raczej życie w końcu ci to odda – takie jest moje podejście. Jeśli chodzi o Ukrainę – w tamtym momencie był duży bum na Mariusza Lewandowskiego czy Wojtka Kowalewskiego, którzy trafili do Szachtara. Nie mając wiedzy jak wygląda ta liga poza Szachtarem Donieck i Dynamem Kijów, człowiek myślał, że jest to dobry kierunek... Jednak to, czego nauczyłem się tam – nazwijmy to – życiowo, procentuje obecnie. Nie powiedziałbym więc, że straciłem czas. Z całą pewnością nie był to łatwy okres, ale ukształtował mnie jako młodego człowieka, który wyjechał do obcego kraju. Takiego naprawdę obcego. Inaczej wyjeżdża się do Anglii, a inaczej na Ukrainę. To była bardzo cenna nauka.

 

 

 

- Czego się w takim razie nauczyłeś?

- Jedziesz i praktycznie nie umiesz języka. Mimo podobieństw ukraińskiego do polskiego, to zupełnie inna para butów. Nagle spotykasz się z trudnym środowiskiem pracy, z mieszkaniem w naprawdę ciężkich warunkach i musisz dawać sobie radę. Nie masz pralki, a musisz sam uprać sobie sprzęt. Kiedy już chcesz go uprać okazuje się, że nie ma nawet ciepłej wody. Cóż mogę powiedzieć, czasy były jakie były. Pamiętam taką sytuację, gdzie wróciłem po przerwie reprezentacyjnej do Lwowa i w mieszkaniu zastałem jeden stopień Celsjusza. Nie bardzo wiedziałem jak mam to zmienić, bo jak napaliłem w piecu kaflowym, to on był gorący, a temperatura w pomieszczeniu skoczyła zaledwie do pięciu czy sześciu stopni. Były to takie skrajne sytuacje, ale uważam, że mnie wzmocniły.

 

- Mocno odetchnąłeś po powrocie do Polski?

- Po pół roku wiedziałem, że to nie jest kierunek dla mnie. Wróciłem do kraju po konsultacjach w Młodzieżowej Szkole Piłkarskiej w Szamotułach, że warto wrócić i grać. Przede wszystkim grać. Trafiłem wtedy jako młody chłopak do pierwszej ligi i zacząłem regularne występy. Powrót uważam więc za udany. Sytuacja finansowa klubu co prawda była trudna, ale w młodym wieku nie patrzy się na pieniądze. Wtedy przede wszystkim chcesz się rozwijać i łapać jak najwięcej meczów. Zawsze słuchałem moich trenerów i wychowawców, którzy radzili mi iść taką drogą.

 

 

- Nie masz wrażenia, że przyciągałeś kłopoty? Twoje kluby miały duże problemy, znajdowały się nawet na granicy upadku.

- Tak, ale to nie był przypadek, że dołączałem akurat do tych zespołów. Wiadomo, że do takich klubów nie każdy chce pójść, a mi najbardziej zależało na tym żeby grać, nawet gdyby mieli mi nie płacić – miałem tego pełną świadomość. To była taka dość mocna inwestycja w samego siebie i ja zdawałem sobie sprawę z tego, że idąc do klubu nie będę miał płacone, ale z kolei otrzymam szansę na grę. Z perspektywy czasu zrobiło mi to bardzo dobrze. Wiadomo, nie było łatwo, ale miałem blisko siebie rodziców mogących mi pomóc, ponadto otrzymywałem również wsparcie ze szkoły, z której się wywodziłem. 

 

- Kiedy wreszcie nastąpił okres, w którym pieniądze regularnie wpływały na konto i grałeś na dobrym poziomie?

- Tak na dobrą sprawę zawsze byłem takim typem człowieka, któremu wiele do szczęścia nie potrzeba. Naprawdę, nigdy nie patrzyłem na to jakim autem jeżdżę, czy gdzie mieszkam. W pierwszej kolejności dbam o bliskich, siebie zawsze stawiam na drugim miejscu. Jasne, że im więcej pieniędzy się zarabia, tym później bardziej myśli się o wygodach dla rodziny. Jeśli jednak mówimy o momencie, w którym ja mogłem trochę odetchnąć, było nim podpisanie kontraktu z Amicą Wronki. W tamtych czasach był to jeden ze stabilniejszych klubów w polskiej ekstraklasie i przede wszystkim miał super bazę, co dla mnie było najistotniejsze, bo wreszcie mogłem spokojnie trenować. Był to taki pierwszy krok w mojej dorosłej piłce.

 

 

- Wtedy też Twoim kolegą został Arek Malarz. Dużo ze sobą walczyliście?

- Przychodziłem z pierwszej ligi jako młody chłopak, Arek już bronił wcześniej w Świcie Nowy Dwór Mazowiecki. Miał tam wtedy bardzo dobry sezon, a ja trafiłem do drużyny jako zawodnik mający stanowić zaplecze na przyszłość. Mogę śmiało powiedzieć, że obecnie mamy zdecydowanie lepszy kontakt niż wtedy. Wchodząc do Amiki byłem gówniarzem, który nie wiedział jak to wszystko funkcjonuje. Teraz mamy więcej lat, jesteśmy dorośli, założyliśmy rodziny i bardzo się szanujemy. Ja od początku szanowałem Arka, a Arek mnie i nie ma żadnych nieprzyjemności między nami. Wtedy jednak byłem młody, wydawało mi się, że pewne rzeczy powinienem od razu dostać za nic, ale życie cały czas uczy. Zawsze powtarzam, że są takie lekcje, które każdy młody powinien przejść.

 

- Jako piłkarza i jako człowieka ukształtował Cię drugi wyjazd za granicę?

- Tak, z racji tego, że poszedłem tam i przez trzy lata praktycznie nie opuściłem meczu, byłem jednym z nielicznych w klubie, którym się tak udało. Przede wszystkim czerpałem wielką radość z tego, że tam jestem i mogę tych spotkań rozegrać bardzo dużo, bo graliśmy niemalże co trzy dni. Klimat wyspiarski też bardzo mi odpowiadał. Trafiłem do klubu, który w tamtym okresie był jednym z najlepszych zespołów – oczywiście poza Celtikiem i Rangersami. Biliśmy się o górne pozycje w tabeli i to przyciągało na stadion sporo kibiców, klimat wokół klubu również był bardzo fajny. Piłkarsko zaliczyłem więc bardzo fajny okres, ale życiowo również doświadczyłem wiele dobrego. Spotkałem tam fajnych ludzi – Szkoci i Brytyjczycy to ludzie, którzy mentalnie są mi bardzo bliscy. Cały czas są uśmiechnięci – nie robią problemów z powodu błahostek, a jeśli idziesz do sklepu, to pani wita cię z otwartymi ramionami. Kiedy z żoną wspominamy ten okres, to przede wszystkim tęsknimy za tym uśmiechem innych. Bo to nie był taki sztuczny uśmiech, jaki czasami widzimy w Ameryce – bo z tym też mieliśmy do czynienia – ale naprawdę szczery gest.

 

 

- Policja też się szczerze uśmiechała, gdy przyszła to Ciebie do domu?

- Wtedy akurat nie było miło i przyjemnie, tym bardziej, że podejrzewano mnie, że biję żonę (śmiech)! To była absolutnie niecodzienna sytuacja. Oglądaliśmy mecz Ligi Mistrzów, gdzie Robert Lewandowski zdobył bramkę w doliczonym czasie gry i razem z żoną cieszyliśmy się z tego niezmiernie. Trzeba tutaj dodać, że budowle w Szkocji – mówiąc oględnie – raczej nie są z kamienia, więc każdy krzyk było słychać przez ściany. A, że mam donośny głos – a wtedy wydarliśmy się obydwoje naprawdę porządnie – to pani sąsiadka zadzwoniła po policję, bojąc się, że biję żonę (śmiech). Teraz się śmieję, ale wtedy do śmiechu absolutnie mi nie było. Jedna policjantka zabrała żonę do jednego pokoju, mnie wzięto do drugiego i wypytywano, czy ja przypadkiem nie jestem sprawcą przemocy domowej. Byłem kompletnie zaskoczony, obydwoje powiedzieliśmy to samo, że po prostu oglądaliśmy mecz w telewizji. Wyjaśniliśmy całą sytuację, choć i tak zostaliśmy spisani. To była jednak jedyna niefajna sytuacja jaka nas tam spotkała. 

 

- Skoro w Szkocji było tak dobrze, dlaczego postanowiliście wrócić?

- Nie będę ukrywał, że bardzo liczyłem na pojawienie się jakiejś propozycji z Championship. Moim celem od początku było to, żeby przez Szkocję trafić do Anglii. Miałem dwa założenia – albo trafić do Celtiku bądź Glasgow Rangers, albo do ligi angielskiej. Było blisko, były zapytania, ale żeby rozmawiać o ofercie najpierw trzeba podpisać kontrakt, a mi nie wyszło. Znalazłem się w sytuacji, w której musiałem wrócić do Polski, gdzie zresztą byłem już troszeczkę zapomniany. Wiadomo – nie grasz, nie pokazujesz się, mało kto śledzi ligę szkocką, więc musiałem przypomnieć o sobie na nowo.

 

 

- I chyba nieźle się przypomniałeś. 

- Pamiętam sytuację, kiedy byłem u siebie w ośrodku i nagle dostałem telefon żeby pakować się i przyjeżdżać, bo są problemy z bramkarzami. Kiedy zobaczyłem kto dzwoni miło się zaskoczyłem, bo Wisła to na polskie warunki wielki klub, gdzie miałem i do dziś mam zresztą wielu kolegów. Na drugi dzień spakowałem walizkę i pojechałem do Krakowa. 

 

- ...gdzie dostałeś nagrodę za interwencję sezonu. Na bramkę uderzał Kasper Hamalainen, grający wówczas w Lechu. Ani jego, ani Ciebie los przy przeprowadzce do Warszawy nie oszczędzał.

- Jestem osobą, która stara się patrzeć przed siebie, zamiast żyć tym co było. W Krakowie spędziłem bardzo fajny czas. Świetnie wspominam pobyt tam i atmosferę, jaka panowała w szatni. Idąc do Legii miałem swoje oczekiwania i życie po raz kolejny nauczyło mnie, że ono lubi ludzkie plany bardzo weryfikować. Wydawało mi się, że przyjdę i od razu wskoczę do bramki za Dusana. Arek natomiast grał świetnie, a ja musiałem znowu pracować na swoją szansę, być pokornym i wierzyć, że ta szansa kiedyś przyjdzie.

 

- Ciężko jest, będąc drugim bramkarzem, utrzymać pokorę i nie stracić wiary w siebie?

- Przede wszystkim są ludzie, którzy pomagają poukładać takie sytuacje w głowie. Nie boję się powiedzieć o tym, że przez rok pracowałem z psychologiem, który starał mi się przekazać jak funkcjonuje umysł piłkarza, czy w ogóle człowieka. Nie ma co ukrywać, że praca z nim bardzo mi pomogła i rozjaśniła mnóstwo rzeczy nie tylko na polu piłkarskim, ale także rodzinnym. To było dla mnie kolejne nowe i cenne doświadczenie. Myślę, że to zadecydowało w dużym stopniu, że dalej pracowałem z taką siłą i z takim zaangażowaniem. Wydaje mi się, że niejeden by się poddał i stąd wyjechał, ale ja postanowiłem walczyć dalej. Pomagała mi również wiara we mnie i wsparcie mojej rodziny.

 

 

- Jak zachować proporcję między byciem kolegami, a rywalami w walce o skład?

- Mogę uczciwie powiedzieć, że nie zdarzyło mi się mieć z tym problemu. Może wynika to z tego, że jestem człowiekiem, który za żadne skarby nie będzie zawistny, nawet jeśli ma na tym stracić. Zawsze podchodziłem tak do życia na polu zawodowym i rodzinnym. Myślę, że jeśli Arek zobaczył, że nie chcę mu zrobić pod górkę, to on od siebie daje to samo. Atmosfera jest fajna, jestem tu 2,5 sezonu, a my zrobiliśmy trzy mistrzostwa i dwa puchary. Czuję, że po części też mam w to włożoną jakąś cegiełkę, bo atmosfera, którą stworzyliśmy na treningu i w szatni dała mu dużo pewności siebie na boisku. Jestem o tym przekonany i myślę, że Arek też o tym wie.

 

- Już nie bądź taki skromny, ostatni Puchar Polski chyba jest Twoim trofeum. 

- Tak, to była dla mnie nagroda. Różnie bywało, różni trenerzy różnie mnie postrzegali, ale w tym wypadku czułem bardzo mocne wsparcie od trenerów Dowhania i Kowalewskiego. Dostałem jasny sygnał, że w meczach pucharowych zawsze będzie grał drugi bramkarz i to była dla mnie taka dodatkowa motywacja, bo rezerwowy też potrzebuje być pod prądem. Nawet jeśli grasz tylko w pojedynczych meczach, to i tak bardzo dużo pomaga. To trofeum grałem od początku do końca przez 90 minut, co stanowiło dla mnie nagrodę za poprzedni sezon.

 

 

- Wrócę do słowa, od którego zaczęliśmy naszą rozmowę: szczęście. Nie masz jednak wrażenia, że podczas Twojego pobytu w Legii pecha miałeś więcej? Od czasu do czasu dostawałeś szansę i... no nie szło chyba po Twojej myśli. 

- Trzeba wziąć pod uwagę jedną rzecz: jeżeli gra się regularnie, wiele rzeczy przychodzi łatwiej. Mówię tu głównie o pewności siebie na boisku, którą możesz uzyskać wyłącznie grając, nie trenując. Oczywiście trening jest bardzo ważny, ale każdy piłkarz ma świadomość, że formy nie zdobędzie się jednym, drugim, czy trzecim występem. Formę, dobrą formę, zdobywa się po jakimś okresie rozegranych meczów. Myślę, że wielu piłkarzy może potwierdzić to samo. Grasz dobrze, zaczynasz się dobrze czuć, kiedy pewność siebie jest przy tobie, na niej wszystko się opiera. Nie uważam natomiast, że miałem pecha. Zawsze robiłem to co mogę. Nawet jeśli popełniałem błąd, to w tym momencie właśnie na tyle było mnie stać. Nigdy nie miałem sobie nic do zarzucenia – nawet jeśli się myliłem, to w danej chwili zawsze robiłem wszystko co mogłem. 

 

- Teraz wszyscy dostaliście czystą kartę. Inaczej przychodzi się w takich momentach na trening?

- Zmiana trenera ma to do siebie, że przychodzisz, on cię nie zna, a ty robisz wszystko żeby pokazać się z tej dobrej strony. I nie wiem, czy taka sytuacja jest łatwiejsza czy trudniejsza niż normalnie. Mogę jednak zapewnić, że motywację do zajęć mieliśmy na każdym treningu, w końcu wszyscy chcemy grać i nikt niczego nie dostaje za darmo. Na pewno sam moment zmiany nie jest przyjemny, bo ona z czegoś wynika. Każdy ma świadomość, że skoro jest zmiana trenera, to my także zawiedliśmy, że nie jest dobrze i człowiek czuje swoją porażkę. Ale skoro do zmiany już doszło, to każdy chce się pokazać i daje z siebie więcej niż może.

 

 

- W takim razie jak teraz wygląda hierarchia bramkarska?

- Tak na dobrą sprawę trudno mi powiedzieć. Ja zagrałem z Cracovią, ale nie wiem co będzie w sparingu czy meczu z Lechem. Każdy z nas pracuje i daje z siebie sto procent, ale nikt nie wie jaką decyzję podejmie trener. Ja chciałbym grać, Arek chciałby grać, Radziu Majecki też. Trudno nam określić jak trenerzy to rozwiążą, ale na kogo by nie postawili, musimy tę decyzję uszanować. Na tym polega profesjonalizm – przychodzisz do klubu nie wiedząc czy będziesz grać czy nie, a nawet będąc całkowicie pewnym tego, że nie wystąpisz w meczu, musisz sobie umieć z tym poradzić i walczyć z tym szympansem w środku, który cię tam bombarduje.

 

- Przed Cracovią wygrałeś walkę zarówno z nim, jak i rywalizację o miejsce w bramce. 

- Nie przesadzałbym. Równie dobrze trener mógł stwierdzić, że chce zobaczyć jak zmiennik prezentuje się w meczu, a Arek wróci do bramki już podczas najbliższego spotkania – tak też może być. Wiadomo, że kiedy siedzisz na ławce i przyglądasz się jak grają koledzy, nie jest to łatwa sytuacja, ale zupełnie bym ją rozumiał. Zawsze byłem osobą pokorną i nie lubiłem wychodzić przed szereg. Trener jest naszym szefem i zaakceptuję każdą jego decyzję. Jeśli chodzi o sam mecz, to powiem szczerze: bardzo ucieszyłem się, że będę mógł zagrać. Podchodziłem do tego w taki sposób, że jadę do Krakowa zagrać fajny mecz. Oczywiście, po trudnym dla nas okresie, ale mnie cieszyła perspektywa zagrania meczu w ekstraklasie. Naprawdę czułem wielką radość.

 

 

- Niektórzy mówią, że zagrałeś bardzo pewnie, inni, że w jakimś stopniu obciąża Cię czerwona kartka dla Michała Pazdana. Jakie są Twoje wrażenia?

- Trudno mi ocenić tę sytuację, bo jeszcze jej nie analizowaliśmy [rozmawialiśmy przed treningiem taktycznym - przyp. red.]. Myślę, że „Pazdi” chciał mi ułatwić zadanie, ale zamiast tego wyszło jak wyszło. Szczerze mówiąc nie wiem, czy mogłem się zachować lepiej, jeśli trenerzy uznają, że tak, to znaczy, że rzeczywiście powinienem zrobić więcej. Natomiast ja w Krakowie czułem się bardzo dobrze. Nie byłem spięty, interweniowałem pewnie, byłem skoncentrowany. No ale wiadomo, to był tylko jeden mecz. Najbardziej szkoda mi Michała – chciał mi pomóc, a wyleciał z boiska.

 

- Powrót na drugą stronę Błoń był dla Ciebie szczególny? Bo dla trybun chyba tak.

- Eeee, dajmy spokój (śmiech). Mam już tyle lat, że kiedy kibice skupiają się na mnie, to bardziej się cieszę niż martwię. Jeśli ludzie gwizdali i wyzywali, to świadczy o tym, że musiałem być w Krakowie ważną osobą. Trybuny w żaden sposób na mnie nie wpłynęły. Chciałem po prostu żebyśmy zagrali dobry mecz.

 

- Teraz masz dystans, ale czy młodych piłkarzy dotykają takie sytuacje?

- Wszystko zależy od sposobu w jaki się do tego podejdzie. Młody zawodnik może sobie pomyśleć: „O Jezu, krzyczą na mnie i wyzywają, co teraz?!” Natomiast człowiek mający troszkę więcej doświadczenia uzna, że musiałeś być w tej części miasta znaczącą postacią. I wtedy to raczej daje kopa do lepszej gry niż przeszkadza.

 

 

- Jeśli staniesz w bramce podczas meczu z Lechem, kibice przyjezdnych też pokrzyczą? Bądź co bądź pochodzisz z Wielkopolski, miałeś również epizod w „Kolejorzu”.

- Miałem, ale nawet nie w ekstraklasie. Co prawda pochodzę z Wielkopolski, ale mimo to Legia zawsze była mi bliska, z racji tego, że miałem trenera, który pracował w Legii, wiele mi o niej opowiadał, więc zawsze gdzieś o tej Legii trochę marzyłem. Czy kibice Lecha pokrzyczeliby na mnie? Nie wiem. Zagramy u siebie i kibiców będziemy mieć po naszej stronie, więc jeśli wystąpię, z pewnością mi to pomoże. Kibice mają prawo do tych animozji, ba, one często ubarwiają mecze i tworzą świetną atmosferę. Ale my na boisku do pewnych rzeczy podchodzimy inaczej.

 

- Macie teraz taki drugi obóz przygotowawczy. Zdążycie z formą na Lecha?

- Na pewno nie zabraknie nam serca, walki i zaangażowania. To zresztą było widać w ostatnim meczu w Krakowie, gdzie daliśmy z siebie więcej niż mogliśmy – wystarczyło spojrzeć na chłopaków, kiedy schodziliśmy po gwizdku do szatni. A jak będzie z formą? Wierzę, że będzie to dla nas dobry okres, organizmy się adaptują, obciążenia odczuwamy inaczej, tempo jest podtrzymywane cały czas i ćwiczymy bardzo intensywnie. Nie ma zresztą innej drogi, żeby ta forma przyszła. 

 

- Czyli w przyszłą niedzielę możemy oczekiwać trzech punktów?

- Oczywiście, innej możliwości nie ma. W szatni nie ma nikogo, kto myślałby, że nie jesteśmy w stanie wygrać z Lechem. Po ostatnich stratach punktów uważam, że to po prostu nasz obowiązek.



    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Więcej na temat

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 159
PLN
Cena 69,90
PLN
Cena 249
PLN