Legia Warszawa
vs Termalica
Czas do meczu
Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2015-09-22 09:39:00
Newsletter

''Cieszyliśmy się, mogąc wyjść na mecz w koszulce Legii''

Autor: Kacper Ruszczak Fot. Mateusz Kostrzewa
''Jeden z wielu niewykorzystanych warszawskich talentów'' - tak o sobie mówi Andrzej Wojciechowski, wychowanek Legii, który przy #Ł3 spędził 7 lat (1964-1971), pnąc się od trampkarzy aż do pierwszej drużyny. Zagrał w niej jeden mecz i został najmłodszym mistrzem Polski w historii Klubu (1970).

- Kochałem ten Klub od dzieciaka - od takiej deklaracji zaczyna rozmowę Andrzej Wojciechowski.- Mieszkałem na Szwoleżerów, kawałeczek od stadionu, po drugiej stronie kanałku, a w kościele przy Łazienkowskiej miałem religię i pierwszą komunię. Wtedy zacząłem z bliska oglądać Legię. Po lekcjach religii zostawaliśmy na boisku bocznym, tak zwanym klepisku, i oglądaliśmy piłkarzy takich jak Zientara, Strzykalski, Brychczy. Takiemu piłkę podać to był dla mnie zaszczyt i wielkie przeżycie! - wspomina "Wańka".

 

Po kilku latach Wojciechowski razem z kolegami przybyli na Łazienkowską, aby wziąć udział w naborze do naszego Klubu. - W 1964 roku przyjechaliśmy na Legię na nabór całą ekipą z Woli, na którą się przeprowadziłem. Wtedy było tak, że nie można było grać w piłkę w żadnym klubie, jeśli nie miało się dwunastu lat. Jak skończyliśmy dwanaście lat, to wszyscy hula, na jesieni, na nabór do Legii! Młodzieży było tutaj mnóstwo, ale jakoś udało mi się przebić do trampkarzy. Jak przychodziliśmy na zajęcia i dostawaliśmy dres, spodenki, koszulkę czy trampki, to wiadomo było, że jesteśmy członkami Klubu - mówi.

 

W trampkarzach "Wańka" należał do młodszej grupy trenera Tadeusza Chruścińskiego. - Szliśmy jak burza. Wykrystalizowała się silna ekipa, z której wielu piłkarzy zostało w Legii, mało kto się wykruszył. Graliśmy nawet na Stadionie Dziesięciolecia przed spotkaniem Legii z angielską drużyną. Stadion był wtedy prawie pełny, więc nasz pokazowy mecz mogło oglądać 30-40 tysięcy widzów. Stadion Dziesięciolecia, zwany wtedy "lotniskiem", to była ogromna łąka do biegania, jakiej nigdzie indziej w Polsce nie było. Jako trampkarze graliśmy po piętnastu w drużynie, żeby jakoś przegonić to boisko jako dzieci (śmiech). Później podawaliśmy piłki na meczu. Oglądanie z bliska tego, jak ci piłkarze zachowywali się na boisku, to była wielka frajda. Raz nawet podawaliśmy piłki na meczu Polska - Francja na Stadionie Narodowym. To też była wielka sprawa - oglądać z bliska, zza bramki, Oślizłę, Kostkę, Gmocha. Lepiej słyszeliśmy, co działo się na boisku niż redaktorzy siedzący na trybunach - opowiada.

 

Wojciechowski serwuje nam anegdotę, która może wydać się niemożliwa młodym kibicom oraz dziewczynkom i chłopcom, którzy trenują piłkę nożną w 2015 roku. - Pamiętam jak dziś: pierwsze buty, które Legia zamówiła dla juniorów, były dla Janusza Jakubowskiego i Marka Trocińskiego. Oni chyba nosili "piątkę", takie malutkie Fabosy. Każdy je oglądał jak relikwie! Wtedy buty piłkarskie to było ho, ho, ho! Jak ci ktoś z ligi dał Fabosy do rozbicia, to był zaszczyt, chociaż nogi miałeś zorane, a na piętach rany. Te buty były takie, że nawet młotkiem nie dało się ich rozbić, trzeba było w nich biegać ze dwa tygodnie, ale to była dla nas wielka frajda - śmieje się "Wańka".

 

 

Z trampkarzy nasz rozmówca trafił do juniorów. - Tam zaczęła się tworzyć mocna drużyna: Janek Okulski, Marek Miąszkiewicz - nasz późniejszy wieloletni kapitan, który pełnił tę funkcję do końca gry w juniorach, Waldek Sroka, Marek Troczyński, Mietek Jutkowiak, Jurek Celejewski, Tadek Zimnowłocki, później bramkarze: Janek Puska, Andrzej Młynarczyk, bardzo młody wtedy Leszek Cieślak. Później doszli Wojtek Składkowski i oczywiście Tadek Cypka. Potem do starszej ekipy dołączyłem ja, skrzydłowy Rysiek Arciechowski - mój bardzo dobry kolega w tamtych latach, czy Janusz Jakubowski - wspomina Wojciechowski.

 

- Zaczęliśmy jeździć na obozy i ta ekipa się skrystalizowała. Ta wspólna grupa w Legii była największa, porównując ze Zwarem Międzylesie i Hutnikiem Warszawa, w których później grałem. Nie było podgrupek, że ty ze mną, a ty to w ogóle nie pasujesz. Oczywiście jedni utrzymywali ze sobą lepsze kontakty, ale jak się spotykaliśmy na mecz, to wtedy po raz pierwszy zrozumiałem powiedzenie "gryźć trawę" czy "jedziemy z nimi" - kontynuuje swoją opowieść.

 

Tu kolejna anegdota o Legii i piłce nożnej pół wieku temu: - Później jak słyszałem te slogany u Janusza Wójcika, z którym grałem w Hutniku Warszawa, to było trochę dziwne: "jedziemy po nich", to, tamto, śmamto. Fajne, to jest motywacja, można podnieść adrenalinę, ale w tamtych czasach nam nie była potrzebna żadna adrenalina! Człowiek się cieszył, że wychodzi na mecz w koszulce Legii i że po meczu ma zapewnioną oranżadę (śmiech). Tak! Drewnianą skrzynkę z oranżadami braliśmy z Legii, a jak już się nie dało tutaj załatwić, to podjeżdżaliśmy naszym osławionym autokarem, czyli takim wojskowym wozem podobnym do więźniarki z ławkami po bokach i jedną wzdłuż, który zamykaliśmy z tyłu. Szkoda, że nikt wtedy nie zrobił zdjęcia tego autokaru, bo byłoby to coś wspaniałego. Była atmosfera w tej drużynie.

 

Atmosfera i talent młodych piłkarzy zaczęły się przekładać na sukcesy. - Jeździliśmy na Mistrzostwa Wojska Polskiego, w których grały oprócz Legii takie zespoły jak Śląsk Wrocław, Zawisza Bydgoszcz czy Wawel Kraków. Już tam mówiono o nas - mimo że byliśmy ze trzy lata młodsi niż rywale - że ta drużyna będzie wspaniale grała w piłkę. I okazało się, że później dwa razy z rzędu zdobyliśmy to mistrzostwo Wojska Polskiego juniorów. A trzeba przyznać, że za ostatnim razem, gdy tam graliśmy, Śląsk Wrocław miał "pakę". To były czasy gry Janusza Sybisa czy Tadeusza Pawłowskiego. Po jednym z meczów pułkownik, działacz Śląska Wrocław, powiedział: "Dajcie mi Cypkę na środek ataku, Sybisa na jedno skrzydło, a Wojciechowskiego na drugie, i mam mistrzostwo Polski za dwa lata" (śmiech) - mówi "Wańka".

 

 

Po mistrzostwie Polski juniorów zdobytym przez Legię w 1969 roku Andrzej Wojciechowski rozpoczął treningi z pierwszą drużyną, być może najlepszą w stuletniej historii Klubu. - Może ta z 1956 roku była lepsza... Może. Tam grali Zientara, Kempny, Brychczy, Strzykalski. To właśnie za trenera Zientary trafiłem do pierwszego składu, dziwnym zbiegiem okoliczności. Nikt chyba o tym nie wie do tej pory. Chodziłem do szkoły zawodowej na Żoliborzu, to była usportowiona szkoła, w której co roku jeździłem na spartakiady. Gdy ją zaczynałem, kończył ją z kolei Wodzyński, płotkarz, wieloletni reprezentant Polski w lekkoatletyce. Pewnego dnia wracałem ze szkoły i przyjechał do mnie goniec z sekcji piłki nożnej, były piłkarz Witek Cymer. Zastał mnie w domu i mówi: "Wańka, bierz buty, jedziesz na Legię. Grasz dzisiaj w lidze". Zaprosili też Waldka Srokę. Stoimy z Waldkiem i trenerami Chruścińskim i Zientarą. Trener Chruściński pyta: "Andrzej, którego chciałeś?", a Zientara pokazuje na mnie i mówi "tego", a równie dobrze mógł wskazać na Waldka Srokę. Może to był łut szczęścia, może on coś we mnie widział - opowiada.

 

Wspomnienie debiutu i jednocześnie jedynego oficjalnego meczu, który "Wańka" rozegrał w dorosłej Legii, to coś, czego były piłkarz nie zapomni nigdy. - Poszedłem do szatni. Te wszystkie nazwiska: Deyna, Grotyński, Żmijewski, Blaut mnie nie onieśmielały, bo widywałem tych piłkarzy na treningach, mijaliśmy ich i nawet oni wtedy zaczęli nas zauważać, mówiąc czasem "cześć, młody". Czasami przed swoim treningiem przychodzili popatrzeć, jak my gramy czy trenujemy. Do dzisiaj świętością jest jednak dla mnie "Kici". Jak wszedłem do szatni i stanąłem naprzeciw niego, to powietrze stanęło mi w płucach i bałem się do niego odezwać. Przed właściwą rozgrzewką, mieliśmy jeszcze rozgrzewkę na sali bokserskiej. Porozciągałem się z Andrzejem Zygmuntem, Władek Grotyński trochę pożartował, Tosiek Trzaskowski poklepał mnie po plecach i powiedział: "Nie przejmuj się, młody, dasz radę." On był bardzo przychylny młodzieży, taki miał karczewski charakter - mówi Wojciechowski.

 

Dalej opowiada nam o swoim chrzcie. - Nie zapomnę tego nigdy. Przebieramy się, mamy wychodzić z szatni, a odzywa się młody Blaut, "Malina": "A klepanko to gdzie? Trzeba dzieciaka ochrzcić!". Ja, młody chłopak, na taborecik, skłon, wystawiłem cztery litery i pamiętam jak dziś, jak mnie Władek Grotyński trzepnął takim dziwnym uderzeniem. Rozkładał palce i jak uderzył, to trzymał, że ci ta dupina jak galareta chodziła. Trzepnął z całego serca i przez całą pierwszą połowę siedziałem na ławce rezerwowych z gorącym tyłkiem, za przeproszeniem - wspomina "Wańka" ze śmiechem.

 

W spotkaniu z Polonią Bytom Wojciechowski wszedł na boisko w drugiej połowie. Dzięki temu został mistrzem Polski z Legią w 1970 roku - najmłodszym mistrzem w historii Klubu. - Jak pod koniec meczu Zientara powiedział do mnie: "Wańka, rozgrzewaj się", to był dla mnie szok. Nic nie widziałem, trybun nie widziałem... Na rozgrzewkę za bramkę pod zegarem poszedł ze mną ówczesny szef ochrony, Edziu. Ćwiczysz, biegasz, rozciągasz się, a nagle cały stadion zaczyna skandować twoje nazwisko. Gdy masz siedemnaście lat, to nie ma mocnych, masz wtedy szum w głowie. Mój tatuś oczywiście był na meczu, przeżywał to strasznie. Mówił, że się spłakał z radości, gdy zobaczył, że wchodzę na boisko. Wszedłem na prawe skrzydło za Janusza Żmijewskiego, jednego z najlepszych skrzydłowych Polski, a może nawet Europy, gdyby trochę inaczej się jego kariera potoczyła. Miał wszystko, tylko tego nie wykorzystał. Swój talent wykorzystał w pełni w dwóch-trzech meczach w karierze, a talent miał piekielny. Wchodzę za takiego człowieka na zmianę, a Januszek, schodząc z boiska, mówi do mnie: "Wańka, nie pękaj, rób swoje". Wchodzę na prawe skrzydło pod "Żyletą", trybuna skanduje moje nazwisko, a naprzeciwko mnie jeden z najlepszych lewych obrońców w Polsce, Zygmunt Anczok. To robi wrażenie. Pierwsze spotkanie z Anczokiem było takie, że podbiegłem do linii na swoje miejsce, a on, stojąc z piętnaście metrów ode mnie, popatrzył na mnie i ocenił tak jak się u krawca ocenia garnitur, od góry do dołu, pokiwał głową i poszedł w swoją stronę (śmiech). Dla mnie to było wielkie przeżycie - opowiada.

 

 

"Wańka" zagrał też w towarzyskim meczu Legii z Żalgirisem Wilno, który został zorganizowany na 50-lecie "Przeglądu Sportowego". Jak sam mówi, z tego spotkania pochodzi największa ciekawostka z jego piłkarskiej kariery. Dotyczy legendy Legii, Lucjana Brychczego. - Do przerwy z Żalgirisem było 0:0, raz miałem okazję uderzyć, ale zobaczyłem Leszka Ćmikiewicza na lepszej pozycji, więc wolałem mu podać, żeby nie mówili, że gówniarz podjął pochopną decyzję. Leszek trafił w stojącego na linii bramkowej obrońcę i nie było bramki, a tak miałbym asystę w pierwszej drużynie. Schodzimy na przerwę. Brychczy już był u schyłku kariery, coś mu dolegało i mówi do trenera: "To ja dziękuję, ja już sobie odpocznę". I wtedy reprezentant Polski, młodszy Blaut - Zygfryd, nie pierwszy lepszy nieznany piłkarzyk, tylko reprezentant Polski, klęka na środku szatni przed Brychczym, ręce składa jak do modlitwy i mówi: "Mistrzu, wyjdź chociaż na piętnaście minut, pomóż nam". Ja stanąłem w rogu szatni i jakby mnie paralizatorem złamali. Gały wytrzeszczyłem i pomyślałem: rany boskie, jaki ten człowiek ma tu szacunek - wspomina.

 

Niestety, późniejsza kariera Wojciechowskiego nie potoczyła się tak, jakby chciał. - Wszyscy moi koledzy po skończeniu wieku juniora szli do wojska, do Legii Warszawa. Prawie wszyscy grali w trzeciej lidze i mogli troszkę lżej odsłużyć wojsko. A ja powiedziałem, że moja dziewczyna jest w ciąży i że się żenię. A to były takie czasy wtedy, że jak się nie ożenisz, to dziewczyna z dzieckiem jest wyklęta. Postanowiliśmy wziąć ślub w okolicach Bożego Narodzenia i... się zdziwiłem. Skończyłem wiek juniora, otarłem się o pierwszą drużynę Legii, od wszystkich słyszałem, że jestem jednym z najbardziej utalentowanych juniorów, zaistniałem w kadrze Warszawy, a nikt nie rozmawiał ze mną o mojej przyszłości - mówi.

 

- Był taki pomysł w Legii: po obozie z juniorami, po mistrzostwach Wojska Polskiego z juniora, po obozie z rezerwami, młodzież miała wyjechać na obóz z pierwszą drużyną do Hiszpanii, a potem do Ameryki Południowej na sparingi. No i na obozie giełda: "Wańka" pewniak, bo grał, "Cypa" pewniak, bo grał, Waldek Sroka pewniak, Janek Okulski pewniak, a na pozostałe dwa miejsca było pięciu kandydatów. Oczywiście pewniak "Wańka" w ogóle nie był wzięty pod uwagę, bo do wojska nie szedł, więc od razu ktoś go skreślił. Troszkę byłem zszokowany, bo byłem pewien, że Legia jako potężny klub wojskowy da mi jakiś etat w wojskowości i ja będę mógł dalej trenować. Ale jak się nikt nie zgłosił, a ja byłem bardzo ambitny, uważając że zjadłem wszystkie rozumy, powiedziałem, że dam sobie radę - dodaje.

 

Jeszcze przez kilka lat Wojciechowski grał w piłkę, reprezentując barwy Zwara Międzylesie i Hutnika Warszawa. - Ja miałem i szczęście, i nieszczęście. Szczęście, że wypatrzył mnie Zientara, a nieszczęście, że gdy byłem na obozach sportowych, Legia podziękowała Zientarze i wzięła na trenera naszego wychowawcę juniorów, Chruścińskiego. Podejrzewam, że został trenerem pierwszej drużyny, ale nie miał żadnego wpływu na skład. O tym decydowali ludzie na sali obrad. Nie liczyli się z nim także piłkarze, bo przez lata widzieli go, jak pracował z dziećmi. Tu miałem niefart. Podejrzewam, że gdyby Zientara został trenerem, ja bym do tej Hiszpanii pojechał, a trener by mi pomógł, żebym dostał jakąś pensję wojskową, etat czy coś. Ja bym sobie dalej w tej Legii grał. Ale że się tak zrobiło, nie miałem nic do powiedzenia - wspomina.

 

"Wańka" jednak nie narzeka. Jest dumny, że mógł być częścią wielkiej Legii, która w 1970 roku zdobyła mistrzostwo Polski. - Dziękuję Bogu. Byłem zauważonym talentem, chociaż przy moim nazwisku można dopisać: jeden z wielu niewykorzystanych warszawskich talentów - kończy Wojciechowski.


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 229
PLN
Cena 299
PLN
Cena 99
PLN