Legia Warszawa
vs Termalica
Czas do meczu
Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2017-09-01 00:00:00
Newsletter

Deyna - Wybraniec Boga. Cz. I

Autor: Wiktor Bołba, JP Fot. Eugeniusz Warmiński/Archiwum Legii
1 września przypada kolejna rocznica śmierci Kazimierza Deyny – genialnego piłkarza i tajemniczego człowieka. Choć od tragicznego wypadku na autostradzie pod San Diego minęło 28 lat, ''Kaka'' wciąż jest w Polsce niezwykle popularny i jako jedyny legionista cieszy się niegasnącą sławą. Musiał być wyjątkowy, bo w oczach części kibiców piłki nożnej uchodził za sportowca najlepszego, a w oczach innych wręcz przeciwnie.

Z jednej strony wywoływał entuzjazm, z drugiej patologiczną wręcz wrogość. Choć napisano o nim tysiące artykułów, wciąż pozostaje postacią zagadkową. Kim tak naprawdę był Kazimierz Deyna? By poznać odpowiedź, należałoby prześledzić jego życie. Co zostało po Kazimierzu Deynie, od którego śmierci minęło właśnie 28 lat? Przede wszystkim legenda i to, że jest najbardziej rozpoznawalną ikoną warszawskiej Legii. Niektórzy nie znają całej jego historii, ale wszyscy, nawet ci, którzy niespecjalnie pasjonują się piłką nożną, reagują na jego nazwisko. To właśnie istota legendy i piłkarskiego fenomenu. Choć od jego śmierci minęły prawie trzy dekady, pamięć po Deynie pozostała. I nie był w stanie wymazać jej żaden inny polski piłkarz.

 

 

Kazimierz Deyna jest wśród miłośników piłki nożnej wciąż bardzo popularny i jako jedyny legionista cieszy się niegasnącą sławą. Chociaż dla wielu piłkarskim symbolem Legii jest Lucjan Brychczy, to pomiędzy nimi jest taka różnica, że wszyscy związani z Legią kochają „Kiciego” za jego przywiązanie do Klubu, ale fascynują się Deyną. O Deynie zawsze mówią po imieniu - Kaziu, lub Kazik. O Brychczym z kolei zawsze - Pan Lucjan, lub po prostu Mistrz. Zainteresowanie Kazimierzem Deyną nie przemija. Ma swoich wielbicieli nawet pośród najmłodszych pokoleń kibiców Legii. Wiele lat temu ku czci idola powstała nawet grupa „Deynowców” - zagorzałych fanów legendarnego legionisty. Z inicjatywy kibiców, Klubu, a także Fundacji Kazimierza Deyny, wmurowano pamiątkową tablicę we frontowej ścianie budynku klubowego, odsłonięto pomnik „Kaki”, a także nazwano jego imieniem jedną z trybun stadionu przy Łazienkowskiej.

 

Trudne dzieciństwo

Kazimierz Deyna urodził się 23 października 1947 roku i według odpisu z aktu urodzenia, był 370 dzieckiem, które urodziło się w 1947 roku w Starogardzie Gdańskim. W rodzinie Deynów, był zaś piątym dzieckiem w kolejności, a szóstym w ogóle. Jedna z sióstr, Wanda - córka siostry ojca Kazimierza, Franciszka Deyny - została przez rodziców Kazimierza adoptowana, po tym jak jej biologiczni rodzice polegli  wskutek działań wojennych i zawsze była traktowana jak rodzone dziecko. W sumie rodzina Deynów liczyła trzech synów i siedem córek. W domu się więc nie przelewało. W niewielkim parterowym budynku, zbudowanym u zarania wieku, z czerwonej cegły położonym przy ulicy Lubichowskiej 3, wszyscy spali w jednym pokoju. Miał on ponad 20 metrów, a kuchnia, bez wody, niewiele ponad 15. Ojciec nosił wodę wiadrami ze studni, znajdującej się na podwórku. W domu rodzinnym Kazimierza Deyny, najważniejszą osobą był ojciec, ale jego życiem kierowała matka. Ojciec, chcąc utrzymać rodzinę, był człowiekiem bardzo zapracowanym. Życie rodzeństwa Deynów, toczyło się pomiędzy szkołą a zabawą. Kazik był stałym towarzyszem tych zabaw, zaś szkołę i naukę traktował jako przykry obowiązek, przez który każdy musi po prostu przejść. Dzień szkolnej wywiadówki kończył się dla Kazika zazwyczaj widokiem ojca z paskiem w ręku. Pan Franciszek mobilizował w ten sposób syna do poprawy wyników w nauce.

 

 

Pierwsze kroki „Kaki”

„Pamiętam doskonale dzień, kiedy do mojej grupy dołączył 'czarny łepek'. Robił szybkie postępy i wyróżniał się spośród innych pod każdym względem” - tak wspominał początkowe kontakty z Deyną jego pierwszy trener Henryk Piotrowski. Zdając sobie sprawę ze skali piłkarskiego talentu wychowanka, z wielkim zaangażowaniem starał się wzbogacić jego umiejętności. Widząc drzemiące w nim możliwości, szkoleniowiec po pierwszym treningu uwzględnił go w składzie drużyny trampkarzy, powierzając koszulkę z numerem „9” i rolę kierownika ataku. Pracując z piłką wyjątkowo dużo, Kazik z dnia na dzień był coraz lepszy. Widząc jego zaangażowanie w futbol i to, że zaczął wyraźnie przewyższać swoimi umiejętnościami pozostałych kolegów z drużyny trampkarzy Włókniarza Starogard Gdański, trener Piotrowski powierzył mu ważną i odpowiedzialną funkcję kapitana drużyny. Opaska, choć ważyła zaledwie kilka gramów, dla najmłodszego zawodnika w drużynie stanowiła symbol wielkiej wagi. Czternastoletni wówczas Kazimierz Deyna zdawał sobie sprawę, że jako kapitan będzie musiał w najtrudniejszych momentach mobilizować i podrywać kolegów z drużyny do walki. Tak się jednak złożyło, że po kilkunastu meczach w drużynie trampkarzy, w której grając jako środkowy napastnik strzelał dużo bramek, przeniesiono go do ekipy juniorów. Był to zaszczyt o jakim marzyli wszyscy jego koledzy. Robiąc błyskawiczne postępy, jeszcze w wieku juniora został oddelegowany do występującej w A-klasie jedenastki seniorów Włókniarza, mającej w składzie mężczyzn na tyle starszych od niego, że niejeden z nich mógłby być jego ojcem. W tym momencie to był już koniec zabawy w sport - Kazimierz wkroczył na drogę wyczynu. Rychło miało się okazać, że sława Kazika wybiegnie poza Starogard.

 

 

Młody pokazał charakter

W środowisku piłkarskim Okręgu Pomorskiego z Deyną zaczęto się liczyć. W wieku szesnastu lat trafił do reprezentacji juniorów Wybrzeża. Szybki awans w piłkarskiej hierarchii zamącił nieco w młodej głowie zawodnika. Myśląc, że świat należy do niego, zaczął się popisywać i grać „pod siebie”. Podczas jednego z towarzyskich meczów zdenerwowało to szczególnie jego pierwszego szkoleniowca. W czasie meczu seniorskich reprezentacji Starogardu i Wilna, grający w ataku reprezentacji Starogardu junior, chociaż był dopiero obiecującym talentem, zachowywał się niezwykle egoistycznie. Grał tak, że przedkładał indywidualne zagrywki pod publiczkę, nad grę zespołową. Trener Piotrowski krytykując go za te „popisy”, w drugiej połowie... posadził go na ławce rezerwowych. Jak się później miało okazać posunięcie trenera było skuteczną nauczką dla nabierającego gwiazdorskich manier młokosa. Od tego czasu Deyna spisywał się bez zastrzeżeń, wobec czego został przez działaczy okręgu zgłoszony na centralny obóz reprezentacji Polski juniorów, odbywający się na obiektach AWF-u w Warszawie. Dzięki powołaniu nazwisko Deyny po raz pierwszy ukazało się w centralnej prasie. Z tym, że pisząc... przez „j” je przekręcono. Dwutygodniowy pobyt Deyny w stolicy nie należał do najradośniejszych momentów jego życia. Zdarzało się, że z chłopaka z dalekiej prowincji szydzono lub był wręcz przedmiotem kpin. Mało kto, łącznie z trenerem reprezentacji Polski juniorów Antonim Brzeżańczykiem, wierzył, że wyrośnie z niego piłkarz światowej klasy. Deyna wysłuchiwał na swój temat wiele nieprzychylnych opinii i drwin. By się nie załamać i nie rzucić piłki, musiał wykazać się niezwykle twardym charakterem.

 

 

Pierwszy kontakt z Legią

Rok 1965 okazał się dla Kazimierza Deyny przełomowym w sprawach dalszej sportowej kariery. Dobra ocena gry w reprezentacji Polski juniorów zrobiła swoje, dzięki czemu nazwisko utalentowanego piłkarza znalazło się w notesach przedstawicieli czołowych klubów Wybrzeża. Nic zatem dziwnego, że w kolejce po młodego gracza z intratnymi propozycjami ustawili się wysłannicy MZKS Gdynia oraz Lechii Gdańsk. Zainteresowanie młodym zawodnikiem wykazywał także bydgoski Zawisza. Na ulicę Grunwaldzką 7, pod blok w którym mieszkała wówczas rodzina Deynów, podjeżdżały limuzyny z cwanymi, ubranymi elegancko działaczami tych klubów, którzy już w progu zwiastowali: „Dla was i waszego syna nadarza się doskonała okazja, z której powinniście skorzystać”.

 

 

Rodzice Kazimierza sceptycznie zapatrywali się jednak na obietnice „złotych gór” dla syna, jakie padały z ust odwiedzających. Zarówno dla nich, jak i dla Kazika, było to pierwsze zetknięcie z pozbawionymi moralności działaczami piłkarskimi. Przebiegli emisariusze MZKS Gdynia, wykorzystując niewiedzę rodziców i ich syna, podsunęli im kartkę z prośbą o złożenie podpisu in blanco. Nie przypuszczając, że sympatyczni panowie coś knują, państwo Deynowie podpisali kartkę. Sprytni działacze dopisali resztę i tak powstało formalne... zgłoszenie Deyny do klubu z Wybrzeża. Jesienią 1965 roku Kazimierz Deyna ponownie jechał do Warszawy na centralny obóz treningowy reprezentacji Polski juniorów. Drużyna „orlików” rozegrała wówczas sparing z pierwszoligowym ŁKS-em. Po dobrej grze juniorzy pokonali pierwszoligowców 2:1, a Deyna zdobył dwie bramki. Młody napastnik wywarł ogromne wrażenie na działaczach łódzkiego klubu. Ci po meczu czekali na niego pod szatnią. Kiedy wyszedł zawołali na bok pytając czy nie chciałby u nich grać, zaś młody Kazik odpowiedział, że tak. W międzyczasie pełniący w Legii funkcję trenera koordynatora por. Ignacy Ordon, odpowiedzialny w sekcji piłki nożnej za pobór nowych zawodników, „wciągnął” go na swoją listę informując, że po otrzymaniu powołania do wojska przejdzie do Legii. Tak więc Kazimierza Deynę „upolowano” dla Legii już pod koniec 1965 roku, podczas centralnego obozu kadry juniorów odbywającego się na Bielanach. Było to jego pierwsze zetknięcie z Legią.

 

Oczko w głowie szkoleniowca

Kazimierz Deyna przyszedł do Legii w 1966 roku w wieku 19 lat, co miało kluczowe znaczenie dla całej jego późniejszej kariery. W pierwszej fazie swojego pobytu w wojskowym klubie, po wcieleniu do zasadniczej służby wojskowej został zameldowany w jednostce samochodowej przy ulicy Podchorążych. Tam przeszedł okres szkolenia rekruckiego. W wojsku nie czuł się jednak najlepiej, ograniczane ścisłym regulaminem życie mocno zalazło mu za skórę. Miał powyżej uszu wstawania o szóstej rano, wysłuchiwania wrzasków przełożonych, biegania z ekwipunkiem na plecach i składania munduru w kostkę. Po trzech tygodniach służby dowódca kompanii wydał rekrutowi Deynie rozkaz złożenia przysięgi wojskowej w przyspieszonym terminie, po czym przeniesiono go do mieszczącego się na tyłach basenów Legii Wojskowego Ośrodka Sportowego. Deyna był niezdyscyplinowanym, postępującym wbrew obowiązującym regulaminom żołnierzem. Wierzył w siebie i był pewien, że wkrótce znajdzie się w pierwszej drużynie Legii.

 

 

 

Na jego talencie błyskawicznie poznał się trener Jaroslav Vejvoda, który po raz pierwszy zobaczył go w poniedziałek, a w piątek zapytał młokosa, czy miałby ochotę zagrać z Ruchem Chorzów. W niedzielę, 20 listopada 1966 roku, spiker ogłosił, że w drużynie Legii na środku ataku zagra Kazimierz Deyna. W meczu z Ruchem padł wynik 0:0, a trener Vejvoda tak skomentował grę Kazika: „Jeszcze dużo musisz się uczyć, ale myślę, że będzie z ciebie dobry piłkarz”. Deyna miał dużo szczęścia. W Legii trafił na trenera, który wszystko umiał i wszystkiego potrafił go nauczyć. Był oczkiem w głowie Vejvody i usłyszał od niego, że jest urodzonym pomocnikiem. Od tamtej pory był właśnie wystawiany w środkowej linii. W pomocy Legii miał wspaniałych nauczycieli w osobach Lucjana Brychczego oraz Bernarda Blauta - obaj przekazywali mu tajniki gry na nowej pozycji. Czynili to na tyle skutecznie, że według katowickiego „Sportu” w 1969 roku „Kaka” został uznany najlepszym piłkarzem w kraju.

 

 

Przepustka do sławy

Legionista miał dar, bez którego piłkarze są jedynie rzemieślnikami. Jedni mają potężny strzał, inni doskonałą technikę czy talent strategiczny. On miał wszystko. I dodatkowo rzecz najważniejszą - iskrę Bożą, której pozostali mogli mu tylko zazdrościć. Zdarzało się jednak, że zarzucano mu grę zbytnio egoistyczną, czyli to co prześladowało go na samym starcie piłkarskiej kariery. „Pomocnik nie może być tylko maszynką do odbijania piłki. Od czasu do czasu, by wprowadzić zamęt w szeregach przeciwnika, powinien zademonstrować nietypowe czy ryzykowne rozwiązanie. Inaczej jest skazany na futbolową przeciętność” - bronił się Deyna.

Świetne wyszkolenie techniczne, znakomity drybling, kapitalne uderzenia ze stałych fragmentów – tymi atutami „Kaka” od początku urzekł kibiców przy Łazienkowskiej, stając się koszmarem bramkarzy w całej Polsce i Europie. Jan Tomaszewski powiedział kiedyś na potrzeby materiału dla tygodnika „Sportowiec”: „Na dziesięć prób Kazio strzelał mi jedenaście bramek. Przed treningami strzeleckimi groziłem, że albo ja stanę do innej bramki, albo on będzie strzelał na inną. Po prostu nie cierpiałem tego”.

 

 

Swoim specyficznym sposobem gry inspirował fachowców, sprawozdawców i kibiców do głębszego rozumienia futbolu. Potrafił znakomicie podać do najlepiej ustawionego kolegi lub przygotować sobie pole do strzału. Najlepszym przykładem jest gol strzelony w meczu o europejskie pucharowy z drużyną St. Etienne. 26 listopada 1969 roku był pierwszym krokiem Kazimierza Deyny do międzynarodowej sławy. Wówczas to oddając „strzał, który zatrząsł Francją”, otrzymał od sprawozdawców francuskich przydomek „Generał” - mający oznaczać wyraz największego uznania. Akcja, po której nazwisko Deyny poznała cała piłkarska Europa, miała miejsce w 84. minucie ćwierćfinałowego meczu w ramach rozgrywek o Puchar Klubowych Mistrzów Europy. Wówczas to „Kaka” popisał się fenomenalnym strzałem, po którym piłka wylądowała w okienku bramki Carnusa. Piłkarze St. Etienne stanęli w miejscu i sprawiali wrażenie ludzi, którzy nie wiedzą co się wokół nich dzieje. Chociaż bramka Deyny eliminowała z dalszych gier drużynę gospodarzy, to w uznaniu piłkarskiego kunsztu publiczność francuska strzał polskiego pomocnika... nagrodziła oklaskami.

 

 

O jego grze ludzie pisali rozprawy naukowe, zaś zagraniczni znawcy futbolu nazywali go „pierwszą gwiazdą znad Wisły”. Jeszcze zanim dostąpił takiego zaszczytu, swoją niekonwencjonalną grą przyczynił się do sławienia Legii na wszystkich kontynentach. W 1970 roku doprowadził Wojskowych do półfinału rozgrywek o Puchar Klubowych Mistrzów Europy, pokazując teoretykom futbolu ile dla zespołu znaczy wytrawny lider. Wielu piłkarzy potrafiło zaimponować lub zachwycić, jednak tylko nieliczni potrafią zadziwić świat. Deyna zrobił to kilkakrotnie. Najpierw w 1972 roku, kiedy kpiąc sobie z rywali, ogrywał ich jak dzieci, dzięki czemu został złotym medalistą igrzysk olimpijskich i królem strzelców całego turnieju. W 1974 roku bez jego charyzmy nie byłoby zapewne srebrnego medalu mistrzostw świata. Kazimierz Deyna, na imprezie najwyższej rangi grał tak dobrze, że fachowcy umieścili go na liście najlepszych piłkarzy świata - tuż za Johannem Cruyffem i Franzem Beckenbauerem.

 

Wygwizdany na Śląskim

Kiedy Deyna zaczynał grać pierwsze skrzypce w zespole warszawskiej Legii, kibice w Polsce upatrując w nim powodów porażek swoich drużyn, nie przepuścili żadnej okazji aby mu dokuczyć. Zawsze, gdy spiker wyczytywał jego nazwisko, witały go obelgi i gwizdy. Szczególną nienawiść czuli do niego na Śląsku, w Poznaniu (choć sam... ożenił się z poznanianką) i na Wybrzeżu z którego pochodził. Podobno ktoś wprost z trybun rzucił nawet w niego krzesłem. Wchodząc w szpaler porządkowych z trudem unikał ciosów zadawanych parasolami i rękoma przez rozwydrzonych kibiców. Udało mu się też po jednym ze spotkań uniknąć gradu kamieni lecących w jego stronę. Na wielu stadionach w Polsce pluto mu w twarz. Nie reagował, szedł w milczeniu powoli, co chwilę ocierając twarz ręką. Kazimierz Deyna, choć był przyzwyczajony do najróżniejszych reakcji podpitego tłumu, w takich przypadkach nie mógł zrozumieć o co chodzi.

 

 

Jednak największe ataki szowinizmu spotykały go zawsze ze strony kibiców na Stadionie Śląskim. „Po debiucie w Legii od razu otrzymałem dobre recenzje, w efekcie czego po kilku następnych występach w lidze dostałem powołanie do kadry” – wspominał w jednym z wywiadów. „O tym, że wystąpię przeciwko Turcji nie myślałem. Stało się jednak inaczej. Wychodząc na boisko Stadionu Śląskiego usłyszałem gwizdy. Mam za to żal do publiczności. Dlaczego gwizdali? Dlaczego nie chcieli mi pomóc w tak trudnym momencie?” - pytał. Owszem, można byłoby zrozumieć gwizdy i epitety wobec Deyny ze strony szowinistycznych kibiców klubowych drużyn będących ligowymi rywalami Legii. Nijak pojąć nie można jednak gwizdów, gdy grał w reprezentacji Polski, był jej kapitanem i liderem. Po niespełna 10 latach od debiutu, publiczność Stadionu Śląskiego ponownie dopuściła się wobec Deyny ataku nienawiści. „Wygwizdani zostali wszyscy piłkarze portugalscy i jeden Polak. Kapitan reprezentacji zamiast wsparcia, otrzymuje dawkę autentycznej wrogości 'wspaniałej publiczności Stadionu Śląskiego'. Gwizdano nawet wtedy, kiedy strzelił gola decydującego o awansie do finałów mistrzostw świata” - pisano w „Piłce Nożnej”. Wówczas to Deyna dokonał nie lada sztuki - strzelił gola bezpośrednio z rzutu rożnego. Tyle że na ówczesnych śląskich szowinistach wyczyn pomocnika Legii nie zrobił żadnego wrażenia...

 

C.d. w II części, która ukaże się na Legia.com dziś po południu.


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 229
PLN
Cena 299
PLN
Cena 99
PLN