Legia Warszawa
vs Termalica
Czas do meczu
Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2017-09-01 17:00:00
Newsletter

Deyna - Wybraniec Boga. Cz. II

Autor: Wiktor Bołba, JP Fot. Eugeniusz Warmiński, Mateusz Kostrzewa, Adam Polak/Archiwum Legii
1 września przypada kolejna rocznica śmierci Kazimierza Deyny – genialnego piłkarza i tajemniczego człowieka. Choć od tragicznego wypadku na autostradzie pod San Diego minęło 28 lat, ''Kaka'' wciąż jest w Polsce niezwykle popularny i jako jedyny legionista cieszy się niegasnącą sławą. Musiał być wyjątkowy, bo w oczach części kibiców piłki nożnej uchodził za sportowca najlepszego, a w oczach innych wręcz przeciwnie.

C.D.

 

Przez lata gra polskiej reprezentacji opierała się na dwóch filarach. Pierwszym był Włodzimierz Lubański, drugim zaś Kazimierz Deyna. Do tego stopnia utożsamiano polską piłkę z ich nazwiskami, że znana para autorów szlagierów skomponowała piosenkę, śpiewaną przez Andrzeja Dąbrowskiego, o wdzięcznym refrenie: „A ty się bracie nie denerwuj, tam Lubański gra, nerwy swoje zwiąż na supeł, obok Deynę ma”. Po przykrej kontuzji hamującej dalszą karierę Lubańskiego, rola lidera reprezentacji Polski przypadła Deynie. Pod jego wodzą polska reprezentacja była w gronie najlepszych drużyn świata. Do roku 1978 jego pozycja w drużynie narodowej była niepodważalna - do czasu, kiedy pojawił się obdarzony niezwykłą charyzmą, wyrastający na wielką gwiazdę światowej piłki Zbigniew Boniek. Grający do tej pory pierwsze skrzypce w reprezentacji Polski Deyna, poczuł nagle na plecach oddech młodego, zadziornego, rudowłosego zawodnika łódzkiego Widzewa, który ostrzył sobie zęby na pozycję jaką w drużynie narodowej zajmował legionista. Ponieważ Boniek starał się na każdym kroku udowodnić wszystkim, że nie ustępuje Deynie, dziennikarze podchwycili wątek, że obaj występować na boisku nie mogą. I zaczęli rozpisywać się o „alergii na siebie”. Przy każdej nadarzającej się okazji eksperci i dziennikarze zadawali pytanie - czy Deyna może grać z Bońkiem, twierdząc przy tym, że w drużynie nie może być dwóch kierowników. Zastanawiano się, który z nich powinien grać w podstawowym składzie. Deyna był już piłkarzem światowej klasy, natomiast „Zibi” dopiero pukał do bram elity.

 

 

Czy były to tylko wymysły dziennikarzy? Bywało, że podczas wywiadów obydwaj potrafili przekazywać sobie drobne złośliwości, które tłumaczono jako element ich rywalizacji. Wyglądało to początkowo niewinnie. Do czasu, kiedy w Rosario podczas mundialu skoczyli sobie do gardeł. Wówczas to bardzo głośno zrobiło się wokół konfliktu tych dwóch indywidualności, gdy w korespondencji z MŚ '78 w Argentynie dobiegła wiadomość, że Deyna przyłożył Bońkowi i że zrobił to podczas sprzeczki przy stole tenisowym. Był to jeden z najsłynniejszych piłkarskich konfliktów w reprezentacji Polski. Do dziś nie wiadomo o co poszło dwóm wielkim piłkarzom. Kazimierz Deyna nie żyje, natomiast Zbigniew Boniek wszystkiemu zaprzecza, nie chcąc opowiadać o tym, jak doszło do sprzeczki w Argentynie. Rąbka tajemnicy uchylił nieco jeden ze świadków całego wydarzenia Włodzimierz Lubański. „Pamiętam taki obrazek z mistrzostw świata w Argentynie. Wróciłem do reprezentacji, ale już właściwie jako obcy człowiek. Drużyną zaczęła rządzić nowa generacja. Kazio Deyna grał w ping-ponga ze Zbyszkiem Bońkiem, który zaczął 'Kakę' obrażać. Kto dobrze znał Deynę ten wiedział, że był to niespotykanie spokojny człowiek. (...) Ale każdy ma jakieś granice odporności. Jeżeli jednak Deyna się w końcu zdenerwował, to musiało się zdarzyć naprawdę coś strasznego, a on w szale był nieobliczalny. Gdybym nie wkroczył wtedy do akcji jako rozjemca, polska piłka straciłaby wielkiego piłkarza. Nie mam wątpliwości, że 'Kaka' rozszarpałby go na strzępy. To ten epizod spowodował, że rozwaliła się reprezentacja Polski, która podobno mogła zdobyć nawet mistrzostwo świata. Po tamtej awanturze nie miałem wątpliwości, że niczego nie uda nam się już zwojować. Zbyszek Boniek może mieć też pretensje tylko do siebie, że nie został mistrzem świata” - podsumował Lubański. Dziś nie dowiemy się o co tak naprawdę poszło obydwu zawodnikom. Hipotezy są dwie - pierwsza mówi o konflikcie na tle osobistym, druga zaś, że o ambicję.

 

 

Anglia, Ameryka, czyli same problemy...

Po pamiętnym mundialu w 1978 roku Deyna, mając na koncie 102 rozegrane mecze w koszulce z białym orłem na piersi, pożegnał się z reprezentacją Polski. Pod koniec tegoż roku z żoną i synem wyjechał do Anglii, by rozpocząć nową przygodę życia, jaką miała być gra w Manchesterze City. Jak się okazało, nie był dobry wybór i czas w jego życiu. Już sama przeprowadzka trzydziestoletniego piłkarza z Polski do Anglii, była w tamtych czasach dużym wyzwaniem. Niestety, wielki fenomen piłki przeżył tam jeden z największych dramatów swojego życia. Posadzony na ławce rezerwowych, z gwiazdy światowego formatu stał się jednym z wielu zmienników. Deyna nie potrafił sobie z tym poradzić. O tyle było to dziwne, że grający z nim w MC jugosłowiański internacjonał Dragoslav Stepanović o piłkarskim kunszcie Deyny wypowiadał się w samych superlatywach: „To najlepszy piłkarz z jakim kiedykolwiek grałem. Z piłką mógł zrobić wszystko, z zamkniętymi oczami potrafił trafić tam gdzie chciał. Żaden inny piłkarz nie miał tylu pomysłów co on. Czasami wydawało się, że to co wymyślił jest niemożliwe, ale potem okazywało się, że jednak bardzo proste. Można powiedzieć, że jego piłka miała oczy”. 

 

 

O Kazimierzu Deynie z tamtego okresu wiemy jednak niewiele. Jego życie na Wyspach poznajemy dzięki pamiętnikom żony Marioli, która zapisywała w nich swoje odczucia. Komentowała zachowania męża i pisała o sytuacjach w których ją zawiódł. Notatki te nie mają charakteru dzienników, nie są ścisłą dokumentacją rzeczywistości, raczej zapisem poszczególnych scen z ich życia. Małżonka dawała mu mnóstwo szans na poprawę, ale on wszystkie zawalał. Nie miał dla niej zbytniego szacunku, potrafił balować przez całą noc, a rano robić awanturę. Już będąc w Anglii, „Kaka” spowodował dwie kolizje drogowe. Mariola w swoim opisie tak skwitowała to wydarzenie: „Wypadek, policja i oblężenie przez dziennikarzy”. Wśród bliskich znajomych rodziny Deynów zamieszkałych w Anglii, krążyło na ich temat wiele plotek. Znajomi do dziś wspominają, że Deyna popadł w depresję i długo nie mógł znaleźć sobie miejsca. W pamiętniku Marioli Deyny, bodaj najbardziej drastycznym pozostaje wpis: „23 października 1980 roku - nikt nie pamiętał o urodzinach Kazika”. Tak właśnie gasła gwiazda największego polskiego piłkarza...

 

 

Ostatnia prosta

Kazimierz Deyna był typem człowieka, dla którego lokaty czy inwestycje finansowe były dalekie od jego temperamentu. Skrupulatnie wykorzystywał to jego „menadżer” Tedd Miodoński, który dysponując jego kontem przyczynił się do upadku finansowego piłkarza i jego rodziny. 32-letni Deyna, bez grosza przy duszy oraz nikłymi szansami gry w Europie po rozwiązaniu kontraktu z Manchesterem City, postanowił ruszyć za chlebem za Ocean. Podpisał kontrakt z klubem San Diego Sockers. Zmiana klimatu na amerykański symbolizowała zmiany w życiu Deyny. W USA się odrodził. Grając z numerem „10” na plecach, był zawodnikiem niezwykle skutecznym. Cieszył się popularnością, a kibice pozdrawiali go na ulicy. Gdziekolwiek się pojawiał strzelały korki od szampana. Choć miał przy sobie żonę i syna odczuwał jednak samotność. Miejscowa Polonia zazdroszcząc mu sukcesu stroniła od niego. Kłopoty zaczęły się w 1987 roku, kiedy po konflikcie z trenerem Ronem Newmanem rozwiązano z nim kontrakt. Został bez pracy i - dzięki Miodońskiemu - bez finansowego zabezpieczenia. Tracąc grunt pod nogami nie umiał przestawić się na życie bez piłki. Będąc na aucie staczający się król środka pola uciekał w alkohol, który pomału stawał się jego światem. Do Polski docierały okruchy o jego życiu za Oceanem. Tymczasem po latach kompromisów i wyrzeczeń znoszonych po to, by Kazik robił karierę, Mariola wreszcie powiedziała dość. Konflikt z żoną narastał. Do tego stopnia się poróżnili, że zaczęli życie w separacji. W końcu wyrzuciła go z domu. To był dla Kazimierza Deyny dotkliwy cios, stracił wszystko, majątek, sławę, a w końcu i rodzinę.

 

 

W 1988 roku, gdy po kolejnej wpadce po jeździe po alkoholu zabrano mu prawo jazdy, żartował wtedy: „Uratowali mnie od śmierci. Zginąłbym na tych piekielnych autostradach”. Prawo jazdy dostał z powrotem w czerwcu 1989 roku. Zdążył jeszcze odbyć jedną z ważniejszych w swoim życiu podróży i przyjechał do Danii na mistrzostwa świata weteranów, by tam po 11 latach spotkać się ponownie z kolegami. Kazimierz Górski i piłkarze, z którymi święcił największe triumfy, namawiali go do powrotu do Polski. Odmówił twierdząc, że jako oficer WP byłby aresztowany, gdyż do Stanów wyjechał nielegalnie. Po latach NL dotarła jednak do dokumentów, które jasno wskazują na jego legalny pobyt w USA. Prawda jest banalna, nie chciał wrócić do Polski, bo zwyczajnie wstydził się swojej sytuacji oraz tego, że przez lata utrzymywał wszystkich w błędnym przekonaniu o swoim bardzo wysokim statusie majątkowym. Ameryka stała się więc domem, a wreszcie miejscem ostatecznego spoczynku Kazimierza Deyny.

 

 

Nocą, 1 września 1989 roku, zginął w tragicznym wypadku samochodowym, przeżywszy zaledwie 42 lata. Co się dokładnie wydarzyło tej feralnej nocy? Do dziś nie zostało to całkowicie wyjaśnione. Przyjaciele twierdzili, że mogło to być samobójstwo zrujnowanego piłkarza, ponieważ nie znaleziono śladów hamowania. Nie wiemy na ile wersja o samobójczej próbie jest wymysłem tych, którzy byli obok niego najbliżej. Według oficjalnej wersji amerykańskiej policji kierowca białego Dodge Colta miał we krwi kilka promili alkoholu. Być może zasnął, a wówczas kierownica jego samochodu została bez nadzoru. Być może wjeżdżając w tył ciężarówki stojącej na poboczu autostrady prowadzącej do San Diego, ocknął się, ale... nagłe i ostre skręcenie wymagało czasu i odpowiedniej przestrzeni. Być może nie udało się Kazimierzowi Deynie zareagować odruchowo i zrobić co trzeba. Być może... Oficjalne śledztwo w sprawie jego śmierci zostało zamknięte, ale nadal nie rozstrzygnięto wielu wątpliwości. Nie wiadomo więc, czy był to nieszczęśliwy wypadek, czy sam zdecydował o swoim końcu. Na wieść o jego śmierci piłkarski świat oniemiał. Wszyscy pytali - dlaczego on. Odpowiadając okrutnie i nieadekwatnie do wydarzenia, na usta cisną się słowa Nietzschego - wybrańcy bogów, umierają młodo.

 

Tak wiadomość o śmierci legendy Legii podała TVP w „Dzienniku Telewizyjnym”:

 

 

 

Ceremonia pogrzebowa Kazimierza Deyny odbyła się 9 września 1989 roku na cmentarzu El Camino Memorial Park w San Diego. Była skromna i niezwykle wzruszająca. Obok trumny ze zwłokami piłkarza, stali chłopcy z jego drużyny. Ale patrząc na całą uroczystość, nie sposób było oprzeć się wrażeniu tak małej liczby osób, żegnających tak wielkiego piłkarza. Najbardziej rzucał się w oczy brak kogokolwiek z PZPN-u, dla którego zdobywał przecież medale olimpijskie (1972 - złoto, 1976 - srebro) czy mistrzostw świata (1974 - srebro), oraz Legii, z którą zdobywał mistrzowskie tytuły (1969, 1970) i podbijał piłkarską Europę awansując do półfinału PKME (1970). Szkoda pieniędzy na bilet było także kilku kolegom, którzy w tym czasie przebywali w USA. Tylko wielki gwiazdor Hoolywod Sylwester Stallone potrafił pofatygować się, by oddać hołd swojemu przyjacielowi, którego poznał na planie filmowym „Ucieczki do wolności”.

 

 

Powrót do domu

Jak bardzo Kazimierz Deyna tęsknił za krajem, dowiadujemy się z jego wypowiedzi, które zachowały się w archiwalnych numerach czasopism. 22 lata od jego tragicznej śmierci, przy wsparciu prezesa fundacji im. Kazimierza Deyny Janusza Dorosiewicza i kibiców oraz zgodzie wdowy po Kazimierzu Marioli McMullan, spełniło się wielkie marzenie najlepszego piłkarza Polski XX wieku - 27 maja 2012 roku powrócił do kraju. Ulica Długa na Starówce - szczególne miejsce, w którym 6 czerwca 2012 roku przed Katedrą Polową Wojska Polskiego zaroiło się od byłych gwiazd polskiej piłki. Antoni Trzaskowski, Władysław Stachurski, Tadeusz Nowak, Franciszek Smuda, Jacek Kazimierski, Jerzy Kapka, Jacek Gmoch i wielu innych, przybyło na pogrzeb swojego dawnego kolegi z Legii i reprezentacji Polski – Kazimierza Deyny, który chwilę później spoczął na wieki na warszawskich Powązkach.

 

 

„Obydwaj w tym samym czasie zostaliśmy powołani do odbycia zasadniczej służby wojskowej i trafiliśmy do Legii. Na Łazienkowskiej się zaprzyjaźniliśmy, z tym, że on miał więcej szczęścia niż ja. W Legii znakomicie się odnalazł i szybko trafił do pierwszej drużyny. (...) W czasie odbywania służby zaprzyjaźniliśmy się z Kaziem i wspólnie spędzaliśmy bardzo dużo czasu. Razem chodziliśmy na miasto, do kina czy restauracji. Można powiedzieć, że byliśmy jak papużki nierozłączki. (...) Kaziu miał swój sposób komunikowania się z ludźmi. Był raczej powściągliwy i nie otwierał się od razu. Natomiast jeżeli do kogoś się już przekonał, był otwartym i wspaniałym kolegą, można było z nim szczerze i otwarcie porozmawiać. To był cały Kazio. (...) Razem przebywaliśmy po meczach kadry, nasze żony także często się spotykały. Gdy moja przyjeżdżała z Mielca do Warszawy, zatrzymywała się u nich w mieszkaniu. Później nasze drogi znów się rozeszły. Ja wyjechałem do Francji, Kazik do Anglii, później do Ameryki. Co było dalej, doskonale wiemy. Wypadek, śmierć i ból po stracie przyjaciela. (...) Przecież 'Kaka' najpiękniejsze lata swojej kariery spędził w Legii Warszawa. W stolicy był najbardziej kochany przez kibiców i tu jest jego miejsce. Dobrze, że kibice o tym pomyśleli. Kazik jest ich idolem. Teraz pozostanie z nimi na zawsze” - wspominał „Kakę” jego kolega z drużyny Henryk Kasperczak. 

 

 

W uroczystościach wzięli udział także ci, którzy kochali i uwielbiali go najbardziej, czyli kibice spod starej „Żylety” - dziś już ponad pięćdziesięcioletni mężczyźni. Nade wszystko cieszył widok obecnych na pogrzebie młodych fanów, którzy nigdy „Kaki” na boisku nie widzieli, ale pielęgnując jego legendę sławią dobre imię wielkiego piłkarza do dziś. Dzięki ich niestrudzonym działaniom Deyna nadal pozostaje uwielbiany i ceniony. Jego imieniem nazwano jedną z ulic Warszawy, powstawały o nim filmy, a w sąsiedztwie stadionu z którego wyruszył w wielki piłkarski świat postawiono mu pomnik. Jedna z trybun nowego stadionu Legii także nosi imię Kazimierza Deyny. „Jego pozycja w klubie była niepodważalna. Ale przyszedł taki moment, kiedy koledzy chcieli zmienić kapitana i odbierając Kazikowi opaskę, powierzono ją mnie. Natomiast piłkarsko był ponad nami wszystkimi. Ja nie byłem trzecim piłkarzem świata, a Kazik nim był. To jest sztandarowa postać polskiej piłki. Jego prochy spoczywają na Powązkach i to jest bardzo piękne. Naszej piłce nożnej się należy, by jej legenda spoczywała w ojczyźnie” - mówił podczas uroczystości Lesław Ćmikiewicz.

 

 

Równo o godzinie 13., w wypełnionej po brzegi Katedrze Polowej Wojska Polskiego rozbrzmiał hejnał wojskowy, dając sygnał do rozpoczęcia uroczystości pogrzebowych z elementami ceremoniału wojskowego. Jeden z kibiców podszedł do stojącej na katafalku przed ołtarzem urny z prochami Wielkiego Piłkarza i udekorował ją klubowym szalikiem. Ponieważ pogrzeb Deyny miał charakter państwowy, przy urnie z prochami piłkarza pełnili wartę honorową żołnierze Kompanii Reprezentacyjnej Wojska Polskiego. W pierwszych rzędach, tuż za urną, miejsca w kościele zajęli najbliżsi piłkarza - żona Mariola, jej obecny mąż Bruce McMullan, przybyły z Łodzi brat Henryk oraz siostry, szwagrowie i siostrzeńcy, którzy na pogrzeb Kazika przyjechali z jego rodzinnego Starogardu Gdańskiego. „Zwycięzca śmierci, piekła i szatana...” - tą tradycyjną pieśnią Wielkanocną rozpoczęto nabożeństwo pogrzebowe Kazimierza Deyny na ziemi polskiej. Mszy świętej w Katedrze przewodniczył biskup Marian Florczyk. Wygłaszając homilię powiedział: „Jeden z orłów piłkarskiej reprezentacji Polski, drużyny Kazimierza Górskiego, który prowadził do zwycięstw drużyny Legii i reprezentacji, odbywa właśnie swój ostatni lot. Orzeł, to symbol siły i woli walki. Cechy orła wcielił w siebie Kazimierz Deyna. Każdy orzeł ma swój ostatni lot, na każdego przychodzi moment złożenia rozpostartych, zwycięskich skrzydeł. 1 września 1989 roku dla Kazimierza Deyny był ostatnim dniem ziemskich zwycięstw i porażek. Zginął w wypadku samochodowym” - mówił biskup. Wraz z nim mszę żałobną koncelebrował były piłkarz Legii, a wówczas proboszcz Katedry św. Floriana, Bogusław Kowalski. Gdy woń kadzidła rozeszła się po Katedrze, w oczach wielu pojawiły się łzy. Najbliżsi, koledzy z boiska i kibice, nie wstydząc się ocierali je z ich kropel.

 

 

Po mszy urna z prochami została umieszczona w karawanie i z Katedry Polowej Wojska Polskiego ulicami Warszawy nastąpił przejazd konduktu na cmentarz wojskowy na Powązkach. W ostatniej drodze piłkarzowi towarzyszyło wiele setek ludzi, którzy przyszli oddać ostatni hołd wielkiej gwieździe polskiego piłkarstwa. Gdy kondukt dotarł do Alei Zasłużonych, urnę z prochami piłkarza ustawiono na specjalnym katafalku. Biskup Marian Florczyk po raz ostatni odprawił modłę, tak zwaną ostatnią stację, po czym urnę z prochami Deyny złożono do grobu. Uświetnieniem ceremonii pogrzebowej, był wystrzał przez żołnierzy kompanii honorowej Wojska Polskiego trzech salw honorowych. Bezpośrednio po pochówku, zebrany na cmentarzu tłum spontanicznie odśpiewał znaną sprzed lat pieśń, ku czci pupila starej „Żylety” - „Kazimierz Deyna naszym przyjacielem jest, jego duch żyje pośród nas. Glory, glory alleluja!”.

 

 

Pierwszą część materiału znajdziecie w TYM miejscu.

 

 

KAZIMIERZ DEYNA

Pseudonim - "Kaka"

Urodzony: 23 października 1947 roku w Starogardzie Gdańskim

Zmarł 1 września 1989 roku w San Diego (USA)

Pozycja na boisku - pomocnik

Wzrost/waga: 180 cm/77 kg

Kariera: Włókniarz Starogard (58-66), ŁKS (66), Legia Warszawa (66-78), Manchester City - Anglia (78-81), San Diego Sockers - USA (81-88), Tijuana Legends - Meksyk (88-89)

Mecze/gole w Legii: 390/141

Debiut W Legii - 20 listopada 1966 r. (Legia - Ruch Chorzów 0:0)

Sukcesy: mistrz Polski (1969, 1970), Puchar Polski (1973), Półfinalista rozgrywek o Puchar Europy (1970), halowy mistrz USA (1983, 1985, 1986), piłkarz roku w Polsce (1969, 1972, 1973), „Złote buty” red. „Sportu” (1977), złoty medal igrzysk olimpijskich Monachium (1972), Król strzelców piłkarskiego turnieju olimpijskiego (1972), srebrny medal mistrzostw świata (1974), „Brązowa Piłka” red. „France Football” (1974), srebrny medal igrzysk olimpijskich Montreal (1976), piłkarz 70-lecia PZPN (1989), piłkarz 75-lecia PZPN (1994), polski piłkarz XX wieku.

Reprezentacja Polski - 102 mecze (po weryfikacji 97) / 45 goli.

 

* W materiale wykorzystano wspomnienia autora o Kazimierzu Deynie w magazynie „Nasza Legia”.


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 229
PLN
Cena 299
PLN
Cena 99
PLN