Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2014-07-16 09:02:34
Newsletter

Fonfara: Legię mam w sercu i na prawej ręce

Autor: Małgorzata Chłopaś, fot. Jacek Prondzynski
- Wchodząc na ring doskonale zdaję sobie sprawę, że ktoś mi ufa, dopinguje i wierzy we mnie. Wiem, że muszę walczyć tak, żeby również jemu nie przynieść wstydu. Legię mam w sercu i na prawej ręce, wychodząc na ring reprezentuję więc jej barwy - mówi legia.com Andrzej Fonfara, aktualny mistrz świata IBO w wadze półciężkiej i wielki kibic Legii.

Zaskoczyłeś kibiców, pojawiając się na Żylecie podczas meczu o Superpuchar, ale Legii kibicujesz od dawna. Pamiętasz swoje początki na Łazienkowskiej?
- Oczywiście. To był sezon 2001/2002, a na Legię trafiłem dzięki bratu. Na stadion przychodziłem albo z nim, i wtedy siadaliśmy na starej trybunie Krytej, albo z kolegami ze szkoły, z którymi chodziłem na Żyletę, a jak nie szło załatwić biletów, to na łuk. Ostro już wówczas trenowałem - najpierw na Gwardii, a potem na CWKS-ie, ale jeśli nie wypadał mi w tym czasie wyjazd na kadrę lub turniej, to zawsze można było mnie spotkać na Łazienkowskiej. I tak aż do 2006 roku, kiedy Legia sięgnęła po mistrzostwo Polski. To był mój ostatni sezon, a po maturze wyjechałem do Stanów.

Jeździłeś także na wyjazdy?
- Niestety nie - wyjazdowy debiut wciąż przede mną. Jeśli uda mi się przedłużyć pobyt w Polsce, to być może uda mi się polecieć za Legią do Dublina. Czekałby mnie wówczas kibicowski chrzest (śmiech).

Co zapamiętałeś ze swoich pierwszych lat na Legii?
- To był czas imponujących opraw, z których w pamięci utkwiła mi przede wszystkim kartoniada "Witamy w piekle" na meczu z Widzewem i awantura, do której doszło podczas tego spotkania. Świetnie wspominam mistrzostwo zdobyte w 2006 roku i poprzednie, z 2002 roku.

Twoim idolem był wówczas Artur Boruc.
- Jak każdy młody chłopak zaczynałem od gry w piłkę nożną i niemal od początku stałem na bramce. Marzyłem o grze w Legii, a że Artur grał wówczas na tej pozycji i był na topie, to nic dziwnego, że chciałem być taki jak on. W bramce szło mi zresztą nieźle - grałem w trampkarzach Pilicy Białobrzegi, braliśmy udział w różnych turniejach szkolnych, raz wygraliśmy nawet jakąś edycję wojewódzką. Do dziś mam bluzę i rękawice bramkarskie od Artura i kiedy gramy sobie ze znajomymi w piłeczkę, staję między słupkami i dobrze sobie radzę. Potem jednak wkręciłem się w boks i w moim życiu pojawił się jeszcze jeden idol - Andrzej Gołota, na którego walki wstawało się w środku nocy. Oglądałem coraz więcej walk i coraz bardziej czułem boks. Kiedy więc przeprowadziłem się do Warszawy i miałem do wyboru treningi piłkarskie albo bokserskie, wybrałem te drugie. Pierwszy trening, pierwszy krok bokserski, to było to. Natychmiast mi się spodobało, pokochałem ten sport i postanowiłem się mu poświęcić. Co tu dużo kryć - lubiłem się bić...

Było z Tobą trochę problemów?
- W szkole i po szkole wdawałem się w bijatyki na tyle często, że w końcu zostałem z niej wyrzucony, a rodzice przenieśli mnie do szkoły w Aninie. Było to o tyle łatwe, że w Warszawie mieszkał już mój o siedem lat starszy brat. Dzięki treningom bokserskim udało mi się poskromić mój temperament i bardziej się kontrolować - boks to sport, który wychowuje i uczy wielkiej pokory. Na treningach szybko zrozumiałem, że jestem lepszy od wielu chłopaków, ale nie muszę im tego udowadniać na ulicy. Starałem się wyładować całą energię, boksując. Przeprowadzka, nowa szkoła, nowe życie, treningi - wszystko to miało na mnie dobry wpływ.

Zarówno Artura Boruca, jak i Andrzeja Gołotę, po kilku latach poznałeś osobiście.
- Z Arturem poznaliśmy się w Chicago przy okazji meczu reprezentacji Polski z USA. To był ten sławny wyjazd z winem w tle, po którym Artur pożegnał się na jakiś czas z posadą bramkarza kadry (śmiech). Wraz z bratem Markiem zjawiliśmy się w hotelu kadry wystrojeni w okularki, z moimi mistrzowskimi pasami. Artur mieszkał w pokoju z Michałem Żewłakowem i jak nas zobaczyli tak wystrojonych, całkiem zwariowali. Artur załatwił nam bilety na mecz kadry z USA, pojechaliśmy coś zjeść, pogadać i chociaż na drugi dzień wyleciał już do Polski, to od tego czasu kontaktowaliśmy się telefonicznie. Po jakimś czasie spotkaliśmy się w Kalifornii. On spędzał urlop w Los Angeles, a ja mogłem tam dolecieć z Chicago w cztery godziny, więc zgadaliśmy się i spędziliśmy wakacje razem, w większej ekipie. Wtedy też, w LA, powstał mój pierwszy związany z Legią tatuaż.

"eLka" w kółeczku?
- Tak jest. W LA trochę potańczyliśmy, taki tam Kac Vegas (śmiech). Pewnego dnia uciekliśmy od towarzystwa na miasto, na jeden z głównych ulic aż roiło się od salonów tatuażu. Do jednego z nich weszliśmy sobie trochę popatrzeć i nagle Artur rzucił: - To jak, robimy sobie coś? Robimy! Ale co? Dawaj "eLkę" w kółeczku. Siedliśmy i ciach, poszło. 

Potem jeszcze sobie ten tatuaż rozbudowałeś.
- Po jakimś czasie w Chicago poprawiłem kółeczko i "eLeczkę", bo w Los Angeles dziarał nas jakiś Meksykanin i nie zrobił tego najlepiej. Natomiast w 2013 roku po zdobytym przez Legię dublecie dorobiłem jeszcze koronę i wieniec. W taki sposób postanowiłem uhonorować wyjątkowo udany dla Legii sezon.

Boruc wspiera Cię przed walkami. Jest już w "Team Fonfara"?
- Oczywiście, i to nie od dziś. Rzeczywiście mocno wkręcił się w boks - był z nami w Montrealu gdzie walczyłem ze Stevensonem i mówił, że było to dla niego mocne przeżycie. Przyjeżdżałby częściej, ale wiadomo, że sam musi trenować i nie ma takiej możliwości. Fajnie, że chłopaki mnie wspierają i są ze mną w tak ważnych chwilach. Mogę być im tylko za to wdzięczny i też ich wspierać, choć na mecz Artura jeszcze nie dotarłem - śledzę jego występy w Internecie, wstaję nawet o 6 rano i staram się być na bieżąco z tym, jak mu się wiedzie. Kiedy Artur dowiedział się o terminie walki w Montrealu natychmiast zadeklarował, że na niej będzie. Po trzeciej rundzie mojej walki ze Stevensonem był już ekspertem i posyłał mi cenne rady typu: - Morda, lewa ręka wyżej! (śmiech). Na drugi dzień w hotelu mieliśmy tarczowanie. Mamy filmik jak Artur tarczuje mnie i ja Artura, ale jeszcze nie zdecydowaliśmy się go opublikować (śmiech). Jestem mu jednak bardzo wdzięczny za pomoc w treningu!

Z Gołotą też trzymasz się tak blisko?
- To zupełnie inna relacja. Mamy kontakt, ale z racji na różnicę wieku nie jesteśmy jakimiś wielkimi przyjaciółmi. Pierwszy raz spotkałem na żywo Andrzeja gdy jeszcze trenowałem w Gwardii, a on był gościem honorowym na jednym z odbywających się tam turniejów. Wiadomo - emocje, pierwsze zdjęcie i wielka duma. Potem, już w USA, gdy stałem się popularniejszy i zacząłem coraz częściej, Andrzej zaczął przychodzić na moje walki i tak się poznaliśmy. Byłem z nim na obozie treningowym w Colorado, wiele razy dawał mi cenne wskazówki, podpowiadał i wspierał na ringu. Dobrze wie, że był moim idolem i inspiracją. Jak mawia Andrzej: takie życie.

Pamiętasz jeszcze treningi na CWKS-ie?
- Pamiętam wszystko - w końcu przez trzy lata trenowałem na Forcie Bema z Krzysztofem Kosedowskim, Adamem Kozłowskim czy Łukaszem Landowskim. Trener Kosedowski nie tylko uczył mnie boksu, był także moim mentorem, który naprawdę fajnie potrafił przekazać nam swoją ogromną wiedzę o tym sporcie. Ceniłem to, jak bardzo był wobec nas bezpośredni. Kiedy nie szło mi w ringu krzyczał, że mnie podda. Adrenalina rosła właściwie natychmiast i często zdarzało się, że dzięki takiej motywacji potrafiłem odwrócić losy walki. Kosedowski to zresztą wielki kibic Legii, widywaliśmy się na jej meczach. 

Trenowaliście w surowych warunkach?
- Sala była normalna - dwa ringi z tyłu, jeden z przodu. Początki zawsze są trudne, ale im jesteś lepszy, tym warunki do treningu się poprawiają. Kiedy już wyjechałem do USA i zacząłem treningi u Sama Colonny, to warunki w Windy City Gym, gdzie przez jakiś czas boksowałem, były gorsze niż na Gwardii czy CWKS-ie. Ring w Windy City Gym miał z 80 lat i śmialiśmy się, że wciąż jest na nim krew Muhammada Alego. Ale to właśnie takie miejsca mają swój klimat i swojego ducha, to w takich salach chce się trenować i zostawiać na ringu litry potu. Kiedy wraz z moim przyjacielem Bogdanem otworzyłem w Chicago własny Gym - Hyper Fight Club, chcieliśmy oddać w nim właśnie klimat starej sali. Undergroundowa stylizacja, graffiti, surowe ściany - całość miała robić wrażenie na trenującej tam młodzieży.

Byłeś na Forcie Bema zobaczyć stare kąty?
- Jeszcze tam nie dotarłem, ale oczywiście mam w planach ich odwiedzić. Na razie poprowadziłem pokazowy trening dla kibiców Legii w klubie Fenix - chłopaki dają radę, widać że jest potencjał.

Słyszałam, że przyjeżdżając na Superpuchar, całkowicie zaskoczyłeś warszawskiego przedstawiciela "Team Fonfara", a prywatnie Twojego przyjaciela - Irka?
- Irek koniecznie chciał, żebym przyjechał na Superpuchar, ja jednak powiedziałem, że niestety, dopiero w piątek, wcześniej nie dam rady, po czym w wielkiej tajemnicy kupiłem bilet do Warszawy na środę. Wszyscy byli w to wkręceni - moja narzeczona, Artur Boruc, znajomi. Przed meczem pojawiłem się pod klatką Irka i kiedy wychodził z domu rzuciłem: - To co, idziemy na mecz? (śmiech).

Pojawiłeś się na nowym stadionie Legii po raz pierwszy w życiu?
- Tak, wcześniej nie było okazji. To wielkie przeżycie przyjechać tu po tylu latach. Nowy świetny stadion z fajnym zapleczem, Żyleta jak zawsze ostra jak żyleta. Wszedłem na gniazdo i poprowadziłem doping, co od zawsze było jednym z moich marzeń. Niesamowite przeżycie zobaczyć jak tyle tysięcy ludzi śpiewa z tobą "Mistrzem Polski jest Legia". Doceniam to, że kibice Legii zawsze mnie wspierają i dopingują. Przywitano mnie tak, że aż nie wiedziałem co robić. Następnym moim marzeniem jest zaboksować na tym stadionie. W USA boksowałem na stadionie baseballowym White Sox, było 10 tysięcy ludzi i wyszło to naprawdę fajnie. Oczywiście nie jest to plan na "już". Następne dwie-trzy walki odbędą się w USA, ale rok 2016 brzmi już realnie.

Kibice Legii wywieszają na meczach transparenty motywujące Cię do kolejnych walk. Jak to odbierasz?
- Dodaje mi to skrzydeł i mobilizuje, bo chociaż trenuję przede wszystkim dla siebie, to moi kibice są dla mnie bardzo ważni. Wchodząc na ring doskonale zdaję sobie sprawę, że ktoś mi ufa, dopinguje i wierzy we mnie. Wiem, że muszę walczyć tak, żeby również jemu nie przynieść wstydu, tak żeby ten kto mnie wspiera mógł być ze mnie dumny i był na sto procent przekonany, że dałem z siebie wszystko. Legię mam w sercu i na prawej ręce, wychodząc na ring reprezentuję więc jej barwy.

Jak Twoje przywiązanie do Legii jest odbierane w środowisku polonijnym?
- Wiadomo, że nie wszystkim się to podoba, w końcu w Chicago mieszkają ludzie z całej Polski - Jagiellonia Białystok, emigracja z Krakowa, ze Wschodu, z Podhala. Czasem zdarzają się dziwne sytuacje - niedawno jeden z Polaków nie chciał się ze mną przywitać, bo wiedział, że kibicuję Legii, a sam był za Wisłą. Podczas ważenia przed moją walką z Campillo wiślacy skandowali nazwisko mojego rywala. Niezbyt się tym jednak przejmuję - bardziej mnie to motywuje do treningu niż dołuje. Zwłaszcza, że mam też duże wsparcie i w większości, nawet gdy kibicujemy innym klubom, to lubimy się i szanujemy, jak na przykład z kolegą "Wiśnią", na co dzień kibicem Wisły Kraków. Jak wszędzie jednak - są ludzie i parapety. 

Chicago to chyba najbardziej polskie miasto w USA?
- Szybko można się tu odnaleźć. Ja miałem o tyle łatwiej, że szybko poznałem w Chicago dziewczynę, której niedawno się oświadczyłem. Do Stanów przeprowadziła się też za mną rodzina, z którą jestem bardzo zżyty i chcieliśmy być razem. Brat Marek jest moim menedżerem, a ja mogę skupić się tylko i wyłącznie na boksie. Polacy przychodzą na moje walki, słyszę ich doping na sali czy na stadionie, sporo ludzi pojechało też za mną do Kanady na walkę ze Stevensonem. Chicago to miasto, w którym żyję, i z którym się utożsamiam. I gdzie jest naprawdę dużo Polonii - dwa miliony. Jak widać Polonia tylko w Chicago (śmiech).

Są tam też kibice Legii?
- Oczywiście. Jeden z nich jest właścicielem restauracji, a kilka lat temu prowadził drużynę piłkarską "Czarna eLka" w jednej z lokalnych lig w Chicago. Ciężko jednak zebrać większą ekipę warszawiaków, choć myślałem już o tym, żeby zrobić tam taką naszą małą Legię.

Jak podoba Ci się gra Legii?
- Jest coraz lepiej. Myślę, że Henning Berg może jeszcze dużo tej drużynie dać. Cieszy mnie, że jest Prezes, dla którego Legia jest ważna i wiele dla niej robi. Według mnie Legia ma wszystko aby dobrze zaprezentować się w eliminacjach do Ligi Mistrzów i jest szansa, by po tylu latach oczekiwania w końcu awansować do fazy grupowej. Wierzę, że ta drużyna jest w stanie to osiągnąć. W obecnym składzie moimi ulubieńcami są Jakub Rzeźniczak, człowiek-firma Marek Saganowski i Miro Radović, którego nie znam osobiście, ale jest już jakimś symbolem naszego Klubu. 

Dla Ciebie, podobnie jak dla Legii, liczy się tylko zwycięstwo. Po dobrej, ale przegranej walce ze Stevensonem, przepraszałeś kibiców.
- OK, to była dobra walka, ale mi chodziło o co innego - chciałem zostać mistrzem świata i tylko to się liczyło. Nie udało się, dlatego byłem na siebie wściekły. Potrzebowałem czasu, żeby przełknąć tę porażkę, ale przepracowałem to i wiem, że te 12 rund na mistrzowskim poziomie dało mi dużo doświadczenia. Teraz będę jeszcze mocniej trenować żeby pokazać, że należy mi się rewanż. Co cię nie zabije, to cię wzmocni!

Zdradzisz nam jakie są Twoje najbliższe plany?
- Będę walczył w październiku lub listopadzie, a moim rywalem będzie prawdopodobnie Chad Dawson. Chcę wrócić na ring, zwyciężyć i starać się o rewanż ze Stevensonem. Trzymajcie za mnie kciuki. Pozdrawiam wszystkich legionistów!


    Legia Warszawa

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 89
PLN
Cena 114,50
PLN
Cena 119
PLN