Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2019-05-23 19:16:00
Newsletter

Jacek Czachor - Skazany Nr 0027

Autor: Maciej Dobrowolski Fot. Damian Kujawa, Włodzimierz Sierakowski; Grafiki: Tomasz Grzybek
Zapraszamy na 27. odcinek kultowego cyklu pt. ''Skazani na Legię'', który niegdyś ukazywał się na łamach Tygodnika Kibiców ''Nasza Legia''. Tym razem gościem Maćka Dobrowolskiego jest legenda polskich sportów motocyklowych, Jacek Czachor. Mało kto wie, że jeden z najlepszych zawodników świata i regularny uczestnik Rajdu Dakar, ma także drugą wielką pasję – kibicowanie Legii Warszawa.

 

 

 

Tupanie na „Krytej”

Co wpłynęło na to, że zostałem legionistą? Złożyło się na to pewnie kilka zdarzeń, ale mówiąc najprościej to fakt, że Legia to największy klub w Polsce, a ja z „dziada pradziada” rodowity warszawiak, wychowany na Mokotowie, więc innego wyboru być nie mogło. Oczywiście, swoją rolę odegrało też najbliższe otoczenie. Mieszkałem przy Dworcu Południowym i miałem kolegę Władka, który był już kibicem. Zazwyczaj tak to się odbywa, że ktoś kto ma już swoje przeżycia i doświadczenia, dzieli się nimi i niejako wprowadza w ten magiczny świat, znany tylko kibicom. Wspomniany kolega starszy był ode mnie pięć lat i chodził już na mecze. Za którymś razem namówił mnie i poszliśmy razem. To był 1977 albo 1978 rok. Pojechaliśmy zatłoczonym autobusem, siedzieliśmy na „Krytej”, na której kibice rytmicznie tupali, co dawało specyficzny efekt dźwiękowy. Niestety, nie pamiętam z kim wtedy grała Legia, ani tego jakim wynikiem zakończył się mecz. Ale miałem to szczęście, że zarówno ten mój debiut meczowy, jak również kilka kolejnych spotkań, przypadły na ostatnie „chwile” występów w naszym klubie Kazia Deyny.

 

 

Zaczynałem będąc uczniem podstawówki i to był czas, kiedy nie dysponowało się znaczącymi funduszami, dlatego wszelkie wizyty meczowe wiązały się z kombinowaniem. Często udawało się przedostać dopiero na drugą połowę, kiedy porządkowi odpuszczali i wszystkich wytrwałych w czekaniu wpuszczali na trybuny. Z czasem wizyty na Łazienkowskiej stawały się bardziej regularne, a co za tym idzie poznawało się kolegów z okolicy w której mieszkałem, którzy także jeździli na mecze. I tak to się nakręcało. Do tego wszystkiego bardzo interesowałem się piłką nożną, chciałem być piłkarzem. Występowałem w kadrze szkolnej, zdobyłem tytuł króla strzelców, jakieś puchary. Chciałem swoją przyszłość związać z tą dyscypliną sportu i naprawdę sporo o tym myślałem. Jednak, jak to często bywa, plany planami, a życie samo napisało swój scenariusz...

 

 

Motocyklowy legionista

Mieszkałem bardzo blisko stadionu Gwardii Warszawa i właśnie za małolata często tam chodziłem. Nie było mowy o kibicowaniu temu klubowi, ale zwyczajnie zafascynowany piłką i piłkarzami przychodziłem popatrzeć na treningi czy mecze. W tamtych czasach w Gwardii występowali tacy zawodnicy jak Maciej Szczęsny, Darek Dziekanowski czy Dariusz Wdowczyk. Co istotne, wówczas nie trzeba było mieć kasy, ani wykonywać jakiś podchodów, żeby dostać się tam na trybuny i zobaczyć wszystko z bliska. Nie było atmosfery znanej z innych stadionów – na mecze przychodzili dziadkowie i rozpijając buteleczkę okrzykami zachęcali zawodników do gry, ale dla lubiących piłkę nożną był fajny klimacik. Do tego wszystkiego pojawiła się druga pasja - zainteresowałem się motocyklami. Koledzy mieli „Urale”, a ja potrzebowałem kasy, żeby też kupić jakąś „maszynę”. Kombinowało się na wszelkie możliwe sposoby, ale największą „flotę” przyniósł mi pewien biznes. Mianowicie zaraz po Stanie Wojennym dorobiłem sobie kluczyki do samochodu mojego taty. Mój starszy kolega pożyczał ten samochód na noce i jeździł na tzw. „łebki” – czyli coś na wzór taksówki. W ten sposób zarabialiśmy dosyć dobre pieniądze. Wszystko było cacy do czasu, gdy po kilku miesiącach sąsiedzi zaczęli szukać jakiegoś złodzieja. Myśląc, że tym złodziejem jest właśnie mój kolega, którego przyłapali na legalnym otwieraniu samochodu mojego taty, złapali go i cały biznes się skończył. Niemniej za pieniądze, które zarobiłem do wpadki, plus takie, które odkładało się zbierając butelki czy makulaturę – kupiłem sobie pierwszego „Komara”. Po jakimś czasie na Błoniach organizowany był wyścig o „pierwszy krok motocyklowy”. Wziąłem w nim udział i dzięki dobremu wynikowi załapałem się do klubu w Pałacu Młodzieży. Początkowo marzyło mi się ścigać, jednak jadąc tym swoim „Komarem” na Pragę razem z kolegą, złamał nam się widelec i ulegliśmy wypadkowi. A że jechaliśmy bez kasków, obrażenia były dość spore. Trafiłem na chirurgię szczękową i miesiąc byłem w szpitalu. Odwiedziła mnie mamusia i poprosiła żebym dał już spokój z wyścigami. Oznajmiłem mamie, że co najwyżej mogę dać spokój z jazdą po ulicy i przerzucę się na jazdę w terenie. Tak też zrobiłem i zostałem terenowcem.

 

 

Bardzo dużą rolę w rozwoju mojej kariery odegrał tata, który w wojsku był kierownikiem transportu. Było to o tyle istotne, że w tamtych czasach obowiązywały kartki na paliwo. No więc tata dawał mi te kartki, które ja następnie wymieniałem z prezesem na paliwo do motocykla. Dzięki temu mogłem trenować dużo więcej, niż mógłbym bez takiej pomocy. Idąc do szkoły zawodowej miałem już na swoim koncie wiele tytułów mistrzowskich i prezentowałem naprawdę wysoki poziom. W zawodówce miałem kolegę o nazwisku Mytnik. To był prawdziwy kibic, który regularnie chodził na mecze i jeździł na wyjazdy. Dzięki niemu podtrzymywałem tę swoją drugą pasję, jaką była Legia. Pamiętam, że w szkole, jak tylko mieliśmy jakieś zastępstwo w lekcjach, przychodził nauczyciel i pytał - to o czym chcecie porozmawiać? Wtedy kolega Mytnik podnosił rękę i wygłaszał formułkę niezmienną przez te wszystkie zastępstwa – a było ich sporo - która brzmiała tak: Ja chciałem powiedzieć o Legii mej ukochanej. Te opowieści z wyjazdów i niektórych meczów w Warszawie sprawiały, że cały czas zafascynowany byłem Legią. I śmiało mogłem powiedzieć, że miałem dwie miłości - motocykle i właśnie Legię.

 

 

Uniesienia na Żylecie

Atmosfera dawnej Legii była magiczna. Powiedziano już i napisano na ten temat wiele... I rzeczywiście w latach 80. czy 90., było mnóstwo wspaniałych spotkań. Nasz klub, pomimo faktu, że nie potrafił zdobyć tytułu mistrza, dobrze radził sobie w pucharach, a i w lidze zajmowaliśmy miejsca w czołówce. Dziś kibice przyzwyczaili się do dominacji Wojskowych i właściwie każde inne rozwiązanie niż pierwsze miejsce w tabeli, odbierane jest jako porażka. Wtedy pod tym względem było inaczej i przez to atmosfera była specyficzna, a na trybunach spotykało się w większości kibiców, którzy byli przy klubie na dobre i złe. To nie była moda, tylko styl życia i pasja. Mógłbym opowiadać o wielkich meczach, ale jeżeli mam być szczery, to w pamięci mam inne zdarzenie, niezwiązane w żaden sposób z rywalizacją na boisku. Mianowicie na jakimś meczu w latach 80., siedziałem sobie na dole „Żylety” i z zainteresowaniem śledziłem wydarzenia na murawie. Tymczasem w niedalekiej odległości ode mnie siedział chłopak z dziewczyną, która - co ważne dla wyobrażenia sobie sytuacji - miała na sobie sukienkę. No i pewnym momencie dziewczyna usiadła chłopakowi na kolanach... Co działo się później pozostawiam wyobraźni czytelników, ale ów para myślała chyba, że jest niewidzialna dla całego otoczenia.

 

 

Wyrzuty sumienia

Tak jak wspomniałem wcześniej, moje życie podzielone było na dwie pasje, które się ze sobą przeplatały. Będąc już dobrze „wkręconym” w bycie motocyklistą, miałem na Szczęśliwicach sklep, w którym sprzedawałem motocykle Yamaha. Któregoś razu przyjechał do mnie Marcin Mięciel, który z tego co pamiętam jeździł wtedy Hondą „CBR-ką”, albo Kawasaki. Razem z Marcinem był Piotrek Mosór, który dopiero zaczynał swoją przygodę ze ścigaczami. Po ustaleniu wszystkich formalności umówiliśmy się na kolejne spotkanie, żeby sfinalizować zakup. Na Piotrka czekał ścigacz Hondy. Pamiętam, że zanim wyjechali, podszedłem do Marcina i powiedziałem, żeby uważali, bo to szybki motocykl, a Piotrek dopiero zaczyna. Doradziłem też, żeby jeździli najlepiej późniejszymi godzinami, kiedy na ulicach jest pusto. Nie wiem czy mnie posłuchali, ale po jakimś czasie z prasy dowiedziałem się, że nasz obrońca, „Ino”, miał wypadek. Kontuzja była na tyle poważna, że przez jakiś czas nie mógł grać w piłkę, a ja sobie myślałem: Boże, co ja zrobiłem? Sprzedałem motocykl zawodnikowi Legii i teraz on nie może grać przez kolizję. Osłabiłem swój klub. Na szczęście Piotrek doszedł do siebie, a „CBR-ka” została komuś sprzedana. Wiem, że Marek Saganowski jest miłośnikiem motocykli, zresztą swego czasu też uległ kolizji – nie ze swojej winy – ale przez to miał dłuższą przerwę w graniu. Czytałem w wywiadach, że Marek wspominał coś o chęci wystartowania w Dakarze. Przez kogoś starałem się z nim skontaktować i dać znać, że chętnie pomogę. Zresztą jako legionista, moja deklaracja jest cały czas aktualna. Może nie co do Dakaru, bo to wymaga długich przygotowań, ale mogę zabrać „Sagana” na jakiś poligon, pojeździć razem i pokazać jak to wygląda.

 

 

Sportowcy z chartem ducha

Jak się ma smykałkę do jazdy samochodem, to rok intensywnych przygotowań może wystarczyć do tego, żeby wystartować. Przykładem na to jest Adam Małysz, ale motocykl to zupełnie inna para kaloszy. Rajd Paryż–Dakar jest bez wątpienia najbardziej prestiżowym wyścigiem. Najkrótszy w jakim brałem udział trwał 10 dni, a najdłuższy 16. Temperatura powietrza oscyluje wokół 35 stopni, a są rejony, jak w Ameryce Południowej – dokładnie w Argentynie – gdzie termometr podbija do 50 stopni. Musisz być w całym ubraniu, bo inaczej słońce cię poparzy. Ameryka Południowa była w różnych strefach pogodowych i przykładowo jak się wjeżdżało do Boliwii, na wysokość 4-5 tysięcy metrów, to była zima i leżał śnieg. Ja ukończyłem ten rajd na motocyklu 13 razy z rzędu i z tego co wiem, jestem jedyny na świecie z takim wynikiem. Dodatkowo dwa razy przejechałem ten rajd samochodem. Zarówno w piłce, jak i w rajdach, żeby coś osiągnąć potrzeba być twardym. Ja zawsze wolałem zawodników, z którymi były problemy, niż takich grzecznych i ułożonych. Tak się składa, że sportowcy z charyzmą osiągają więcej. I chociaż może nie jest to za bardzo poprawne co mówię, to takie są fakty. Zawodnik, który miał siłę, żeby podpaść, miał też siłę, żeby nadrobić to w sportowej walce. Tak jest i w rajdach, i w piłce. Moje zdanie o wielu obecnych piłkarzach jest średnie. Czasami mam wrażenie, że więcej uwagi przywiązują do swojej fryzury, niż do piłki. Tak samo nie jestem przekonany, czy w ogóle przeżywają porażki. Oczywiście nie wszyscy, ale większość podchodzi do tego na zasadzie, że dzisiaj się przegrało – to trudno, za kilka dni się wygra.

 

 

Tymczasem warunki do grania są dużo lepsze niż kiedyś. Rajdy bardziej weryfikują takie podejście. Tam, jak ktoś nie jest ulepiony z odpowiedniej gliny, to sobie nie poradzi. Jadąc po pustyni i podnosząc kilkanaście razy motocykl, który upada na wydmie, szybko określa, czy ktoś się nadaje czy nie. Nikt ci tam nie pomoże. Przez ten czas mojego jeżdżenia, byłem przy czterech śmiertelnych wypadkach i naprawdę wszystko co robisz, wymaga maksymalnej koncentracji i charta ducha. Zawsze byłem nauczony, że jak przeciwnicy cię nie szanują i grają nie fair, to trzeba było wejść ostro. Przez to wiele razy byłem dyskwalifikowany, ale na kolejnych zawodach przeciwnik zastanawiał się kilka razy, zanim zrobił coś nie tak do mnie. I tak samo jest w piłce, że jak odstawisz nogę i „pękasz”, to będziesz na boisku poniewierany. Dlatego niektórzy dobrze wypadają na treningach, natomiast w czasie prawdziwego meczu „wymiękają”. Takiego hartu ducha życzę naszym piłkarzom, którzy reprezentują Legię. Natomiast jak będą chcieli dowiedzieć się czegoś o rajdach, albo spróbować swoich sił, to serdecznie zapraszam. Oferuję wiedzę i pomoc. Chociaż tym razem nie chcę się już czuć współwinnym ewentualnych kontuzji.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 89
PLN
Cena 114,50
PLN
Cena 119
PLN