Legia Warszawa
vs Raków Częstochowa
Czas do meczu
Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2019-01-16 19:16:00
Newsletter

Jacek Jagodziński - Skazany Nr 0013

Autor: Maciej Dobrowolski Fot. Jacek Prondzynski, Archiwum prywatne; Grafika: Tomasz Grzybek
Przed Wami kolejny, 13. odcinek kultowego cyklu pt. ''Skazani na Legię'', który niegdyś ukazywał się na łamach czasopisma ''Nasza Legia''. Gościem Maćka Dobrowolskiego jest tym razem Jacek ''Jagód'' Jagodziński - postać doskonale znana fanom warszawskiej Legii. Z kilkudziesięcioletnim stażem kibicowskim, mnóstwem wyjazdów i niezapomnianych historii, które mogły wydarzyć się tylko na legijnym szlaku. Zapraszamy!

 

 

 

Lata 70. i Częstochowa

Temat Legii pojawił się w moim życiu mniej więcej w połowie lat 70. Będąc małolatem słuchałem starszych kolegów z osiedla, którzy opowiadali o meczach, piłkarzach i atmosferze stadionu. Pod wpływem tych opowieści wyprosiłem u babci zrobienie na drutach kamizelki, która na plecach miała napis Legia. Dziś ze swojego debiutu na meczu pamiętam jedynie rok 1978, niestety nie przypominam sobie z kim wtedy graliśmy, ani jaki był wynik meczu. Dalej wszystko potoczyło się utartym schematem. Wizyty na Łazienkowskiej stawały się coraz bardziej systematyczne, a pasja kibicowania coraz większa. Okazja do pierwszego wyjazdu trafiła się bardzo szybko, bo już rok później Legia wylosowała w Pucharze Polski drużynę Żyrardowianki. Pojechałem tam razem z kolegami pociągiem i udało mi się zobaczyć mecz. To stwierdzenie nie jest tak oczywiste, ponieważ na mecz dotarła tylko połowa kibiców. Stało się tak, ponieważ organizatorzy rozgrywek w ostatniej chwili zmienili godzinę rozpoczęcia meczu i... nie było jak poinformować o tym fakcie ludzi.

 

 

Pamiętajmy, że mówimy o czasach, w których telefony były urządzeniami zamontowanymi w budkach telefonicznych, do których przed wykonaniem połączenia trzeba było wrzucić monetę. Kibice praktycznie całą wiedzę czerpali więc z prasy, a że w gazetach była inna godzina niż ta zmieniona, to połowę kibiców Legii dojeżdżających do Żyrardowa mijaliśmy pociągiem jadącym już do Warszawy... Prawdziwy chrzest wyjazdowy zaliczyłem jednak na wyprawie owianej dziś legendą - w 1980 roku do Częstochowy. Legia wygrała wtedy z Lechem 5:0, ale to nie przez wzgląd na wynik o meczu wspomina się do dzisiaj. Każdy kto tam był przeżył swoją przygodę i wiele z tych opowieści nadawałoby się na dobry scenariusz kina akcji, jednak ówczesne władze odpowiednio zadbały o wytuszowanie wszystkiego. Skoro w kraju był ład i porządek, to kibice w teorii nie mogli wyłamywać się propagandzie i schematom.

 

 

Pierwsza „Żyletka”

Sektor, który nazywaliśmy „Żyletą”, różnił się od pozostałych tym, że spotykali się tam najzagorzalsi kibice. Przebywanie na tej trybunie było zaszczytem, dumą i nobilitacją. Nad ostatnim rzędem sektora przez długi czas zamontowana była reklama żyletek firmy Polsilver, jednak fanatyzm utożsamiany z „Żyletą” wykraczał poza przyjęte normy społeczne i reklamę zdemontowano, by się źle nie kojarzyła. Potoczna nazwa trybuny pozostała więc jedynie w głowach kibiców. Tak było do czasu, kiedy nasz kolega „Sitek” wpadł na pomysł stworzenia flagi, która dziś jest chyba najbardziej rozpoznawalną flagą kibiców Legii. Pamiętam jak powstawała w pierwszej połowie lat 80., malowana farbą z użyciem szablonów wykonanych z kartonów. Wieszaliśmy ją wtedy zarówno na meczach w Warszawie jak i na wyjazdach.

 

 

Gdy popatrzy się na to, jakimi metodami staraliśmy się wówczas coś tworzyć, a jak wygląda to dziś... Mniej więcej w tych latach, kiedy powstała wspomniana flaga, protestowaliśmy przeciwko działaczom. Któregoś razu razem z „Sitkiem” spotkaliśmy się u mnie w domu, wymyśliliśmy kilka haseł i namalowaliśmy je na białych płótnach materiału. Jako że często najlepsze pomysły rodzą się na różnego rodzaju imprezach, to po skończonej pracy i... imprezie, w niedzielę rano, nasze transparenty przygotowane na mecz wywiesiliśmy z ósmego piętra mojego bloku. Można sobie wyobrazić, jakie były miny ludzi idących do kościoła, kiedy patrzyli jak w powietrzu powiewały transparenty z niezrozumiałymi dla nich hasłami.

 

 

23 lata oczekiwania

Powodów do zdenerwowania mieliśmy naprawdę sporo. Legia, pomimo tego że była jednym z najlepszych polskich klubów, z bardzo dobrym składem, przez długie lata nie mogła zdobyć tytułu mistrza Polski. W europejskich pucharach potrafiliśmy ogrywać Inter Mediolan czy bardzo mocny wówczas Videoton, a w lidze zawsze coś było nie tak. Myśleliśmy, że już nigdy tego mistrza nie zdobędziemy. Dwa razy sprawa tytułu rozstrzygała się w ostatniej kolejce. Najpierw był sezon, w którym losy tytułu uzależnione były od dwóch równoległych meczów - naszego z Pogonią w Szczecinie i Widzewa u siebie z Górnikiem. Gdybyśmy wygrali, a Widzew nie przegrał, to Legia miałaby mistrza Polski, a Widzew europejskie puchary. Pamiętam, że pojechaliśmy wtedy do Szczecina bardzo liczną grupą, około tysiąca kibiców. Wszystkie mecze zaczynały się o godzinie 18. Razem z kilkoma kolegami, ubrany w jedną z kamizelek, które tworzyły napis Legia, wręczaliśmy kwiaty kapitanom i sędziemu. Darek Kubicki, który był wtedy kapitanem Wojskowych, powiedział do nas, abyśmy jak najdłużej schodzili z murawy, bo to opóźni rozpoczęcie meczu i stworzy komfort kilku minut w ewentualnym „korespondencyjnym” pojedynku z Widzewem. Te wszystkie zabiegi jednak na nic się zdały, bo skończyło się na tym, że drużyna z Łodzi... wolała nie wystąpić w pucharach, byleby tylko Legia nie wygrała ligi i łatwo podłożyli się Górnikowi.

 

 

W 1986 roku wystarczyło z kolei wygrać mecz z Górnikiem. Przegraliśmy 0:3, a dopiero potem wyszło na jaw, że spotkanie to nie było do końca czyste. Dziś taka sprawa byłaby odpowiednio nagłośniona, trąbiłby o tym internet i telewizja. Wówczas to wszystko przeszło bez echa. Po 23 latach oczekiwania przyszedł rok 1993 i decydujący mecz w Krakowie z Wisłą. Ja z kilkoma kolegami wybrałem się do Krakowa dzień wcześniej, zdobiąc stosownymi napisami wszystkie przystanki po drodze tak, żeby naszym kolegom jadącym dzień później milej się podróżowało. Jak pamiętamy Legia wygrała wówczas 6:0. Po ostatnim gwizdku przeskoczyliśmy przez ogrodzenie i z przygotowaną maskotką słonia podbiegliśmy wręczyć ją ówczesnemu trenerowi Wojskowych, Januszowi Wójcikowi. Radość z tego mistrzostwa była ogromna - najpierw w Krakowie, później w drodze powrotnej, a na spontanicznej fecie na naszym stadionie, która była następnego dnia po meczu, skończywszy. Wszystko to skończyło się jednak pamiętnym odebraniem tytułu przy „zielonym stoliku”.

 

 

Giełda rolnicza

Kibicowanie Legii nigdy nie ograniczało się do 90 minut na meczu. Pasja bycia fanatykiem zawsze wiązała się z różnymi przygodami, śmiesznymi i niecodziennymi sytuacjami. Często kibice Legii pytani o najzabawniejszy moment, wymieniają świnkę, która biegała po murawie stadionu. Z tą świnką to było tak, że zbliżał się pierwszy mecz po tym, jak PZPN zabrał Legii tytuł mistrza Polski. Razem z trzema kolegami, jadąc gdzieś w sprawach niezwiązanych z piłką i kibicowaniem, przejeżdżaliśmy przez miejscowość Strzegowo, gdzie akurat odbywała się giełda rolnicza. Zatrzymaliśmy się i poszliśmy zobaczyć jak to wygląda. Przechodząc obok stoiska na którym sprzedawano prosiaczki, wpadliśmy na pomysł całej akcji. Zakupiliśmy świnkę i przywieźliśmy ją do znajomych, którzy mieli odpowiednie warunki do przechowywania zwierząt.

 

 

W dniu meczu z Pogonią pojechaliśmy po prosiaczka, którego najpierw trzeba było umyć, a następnie wwieźć na stadion. Swoimi sposobami świnka znalazła się najpierw na trybunie, a następnie na murawie stadionu. Dodatkowo opatrzona była napisem ze skrótem nazwy piłkarskiej centrali. Pamiętam, że dość sporo czasu zajęło ochronie stadionu złapanie nietypowego „intruza”, biegającego sobie po murawie i wykonywującego zwody nie gorsze niż zawodowi piłkarze. Wszystko to odbywało się przy aplauzie wypełnionego kibicami stadionu.

 

              

 

Wesoły prom i rozbujany autokar

Z wielu wyjazdów, które zaliczyło się kibicując Legii, kilka zagranicznych będę pamiętał do końca życia. Bez wątpienia do tej kategorii zapiszą się wszystkie wyjazdy na Ligę Mistrzów, na czele z wyprawą do Goeteborga, która dała Legii upragniony awans. Radość i szaleństwo jakie panowało wtedy na promie płynącym do Świnoujścia, ciężko porównać do czegokolwiek wcześniej czy później. Wystarczy dodać, że kapitan promu, który zdawał sobie sprawę jaką wesołą gromadkę przyjdzie mu „wieźć” do Polski, wszystkim innym gościom promu oznajmił z głośników, żeby zrozumieli powagę sytuacji i pozwolili cieszyć się kibicom z awansu. Jako że awans do elitarnej Ligi Mistrzów był wydarzeniem niecodziennym, postanowiłem uczestniczyć we wszystkich wyjazdach Legii w tych rozgrywkach. Postanowienia udało mi się dotrzymać.

 

 

Inny wyjazd, który w mojej prywatnej kategorii tych „topowych” będzie ciężko przebić, miał miejsce rok później - na pucharowy mecz z Besiktasem do Stambułu. Wybraliśmy się na ten mecz pociągiem, w grupie mniej więcej dwudziestoosobowej. Podróż z jedną przesiadką w Budapeszcie trwała ponad 50 godzin. Na miejsce dotarliśmy dzień przed meczem. Kiedy tak chodziliśmy po mieście nie kryjąc się z tym, jaki cel ma nasza wyprawa, zastanowiło nas, że wielu miejscowych pokazywało w naszym kierunku gesty mówiące o tym, że zamiary co do naszej „wycieczki” na pewno nie mają nic wspólnego z gościnnym przywitaniem. W dniu meczu gospodarz naszego hotelu załatwił nam mini autokar i nim dojechaliśmy na stadion. Okolice obiektu były dosłownie oblężone fanatykami Besiktasu, a kiedy zauważono naszą grupę zrobiło się wielkie poruszenie. Jednak policja utorowała nam drogę i jakimś innym wejściem przedostaliśmy się na stadion. W sumie na sektorze przyjezdnych zameldowało się mniej więcej 35 kibiców Legii. Cały mecz byliśmy obrzucani monetami, zapalniczkami i wszelkimi innymi przedmiotami nadającymi się do rzucania. Jak się okazało, całe ciśnienie wobec nas, spowodowane było wydarzeniami z pierwszego meczu w Warszawie, kiedy konsulowi z Turcji zabrano flagę.

 

 

Generalnie zbieraliśmy żniwo tego, co działo się dwa tygodnie wcześniej. Najciekawiej jednak zrobiło się po meczu. Policja znów utorowała nam drogę do naszego pojazdu, po czym machnęła do kierowcy żeby jechał i puszczono nas w ten tłum miejscowych kibiców. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Po chwili nasz autokar „pozbył się” wszystkich szyb, rozpoczęło się bujanie, natomiast część z atakujących powskakiwało na dach. Zrobiło się naprawdę nieciekawie, jednak kierowca wykazał się iście mistrzowskimi umiejętnościami, wykonał kilka nietypowych manewrów i nie patrząc na nic ruszył przed siebie. Dzięki temu udało nam się cało dotrzeć na pociąg powrotny do Warszawy.

 

 

Aż po grób!

Cieszę się i jestem dumny z tego, że kiedyś zacząłem chodzić na Legię. Ona ukształtowała mój charakter. Poznałem tutaj wielu kolegów, którzy z biegiem czasu stali się dla mnie najbliższymi przyjaciółmi. To z nimi, właśnie dzięki Legii, spędziłem największą część swojego życia. Jacek „Komiks”, Wojtek „Legia” i wielu innych, których ciężko byłoby wyliczyć, są dla mnie teraz najbliższymi ludźmi, a motywem łączącym te wszystkie relacje zawsze była, jest i do końca będzie Legia Warszawa.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 89
PLN
Cena 114,50
PLN
Cena 119
PLN