Legia Warszawa
vs Raków Częstochowa
Czas do meczu
Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2019-07-14 11:00:00
Newsletter

Jędrzejczyk: Zawsze walczyłem o swoje

Autor: Przemysław Gołaszewski Fot. Jacek Prondzynski, Mateusz Kostrzewa
- Determinacją i dążeniem do celu doszedłem do miejsca, w którym jestem. Mój rozwój to 70 procent ciężkiej pracy i 30 procent talentu. U niektórych te proporcje są odwrotne i nie potrafią tego wykorzystać - mówi w rozmowie z Legia.com Artur Jędrzejczyk, który przejął rolę pierwszego kapitana drużyny. Obrońca Legii opowiada o odpowiedzialności związanej z objęciem tej funkcji, trudnych początkach kariery i młodym pokoleniu.

Legia.com: - Na zgrupowaniu w Leogang pokazałeś swoje dwie twarze - ciężko pracującego piłkarza, pilnie przykładającego się do każdego ćwiczenia, ale też dobrego ducha drużyny, żartownisia dbającego o odpowiednią atmosferę. Jesteś wzorem kapitana?

 

Artur Jędrzejczyk: - Nie, nie do końca. W każdej drużynie jest inny kapitan. Nie tylko on ma za zadanie „trzymać” cały zespół. Wydaje mi się, że wszyscy piłkarze muszą się o to starać, a nie tylko kapitan. Wiadomo – jest to funkcja odpowiedzialna, dla ludzi, którzy w klubie są od dłuższego czasu. Zawsze są momenty, w których trzeba, za przeproszeniem, zapieprzać i to robimy, ale są też chwile, w których można sobie pożartować. Każdy zawodnik i trener to wie. Trener Aleksandar Vuković również grał w piłkę i doskonale zdaje sobie z tego sprawę, że są momenty na powagę i na żarty. Dlatego tak też jest u nas. Każdy z nas powinien ciężko pracować, a ja jako kapitan powinienem dodatkowo pilnować, aby nie było u nas konfliktów w szatni. To ważne, ponieważ przebywamy ze sobą przez długi czas.

 

 

- „Wygłupiam się przy poważnych tematach, bo to mnie śmieszy” - kiedyś powiedziałeś takie słowa. Piłkarze mają różne sposoby radzenia sobie z presją, to jeden z nich? W jaki sposób gość z takim poczuciem humoru koncentruje się na mecze?

 

- Zależy jakie poważne tematy. Wiadomo, że jeżeli chodzi o czyjeś zdrowie czy rodzinę, to nie ma śmiechu. Ale jeśli ktoś zadaje mi dziesięć razy takie samo pytanie, to się po prostu z tego śmieję. Kiedy słyszę o sobie różne dziwne rzeczy, to mam to po prostu daleko gdzieś i to wyśmiewam. Nie przejmuję się tym. Ma się jedno życie, trzeba się z tego cieszyć, a to co ktoś o tobie pisze, jest nieważne.

 

- Ten dystans pomaga Ci odpowiednio przygotować się do meczu?

 

- Jasne, że tak. Każdy ma dystans do siebie – jedna osoba większy, druga mniejszy. Ja mam bardzo duży dystans do siebie i bardzo mi to w życiu pomogło.

 

 

- Tak jak mówisz, latem skończyła się w Legii pewna epoka. Odeszło wielu doświadczonych zawodników z długim stażem. Jako kapitan masz za zadanie przejść z drużyną przez te zmiany suchą nogą. Trudne wyzwanie?

 

- Jasne, że nie jest łatwo, gdy odchodzą zawodnicy, którzy spędzili tu po dziesięć lat. Przychodzą teraz nowi piłkarze, których trzeba scalić z zespołem i całym miejscem, ale też do drużyny wrócili Igor Lewczuk czy Tomek Jodłowiec, którzy Warszawę znają doskonale. Potrzeba czasu, ale wszystko idzie w dobrą stronę. Musimy sobie wzajemnie pomagać, bo nie tylko kapitan jest od tego, by jednoczyć zespół, ale wszyscy musimy sprawić, by w tej szatni wszystko dobrze się układało.

 

 

- Twoim zdaniem, jaką drużyną będzie Legia w nadchodzącym sezonie?

 

- Mam nadzieję, że będzie to drużyna dobrze grająca w piłkę, walcząca i zdająca sobie sprawę czego chce na boisku. To jest najważniejsze. Wszystkim nowym zawodnikom powtarzam, że trafili do klubu, który co roku walczy o najwyższe cele. Nikt nie spodziewa się innego wyniku niż mistrzostwo Polski. Musimy też jak najdalej zajść w Lidze Europy UEFA. Przez parę ostatnich lat tego brakowało, a wszyscy na to czekają. Wiążą się z tym ciekawe wyjazdy, fajne mecze, więc czekają na to kibice, ale jest to też fantastyczna okazja, by pokazać się i zaprezentować nasz klub.

 

- Domagoj Antolić powiedział mi w wywiadzie ostatniego dnia zgrupowania w Austrii, że jeszcze nigdy nie był tak zdeterminowany, by wygrać mistrzostwo. Dostrzegasz tę energię u wszystkich piłkarzy?

 

- Jest coś takiego. Wiadomo, że wcześniej serią zdobywaliśmy mistrzostwa, a teraz tego zabrakło. Tym bardziej wszyscy chcą zdobyć mistrzostwo Polski. To widać na treningach i odczuwa się to u innych piłkarzy. Tytuł nam uciekł. Każdy chciał go zdobyć, ale to się nie udało. Dawaliśmy z siebie maksa, a często detale decydowały, że w ostatecznym rozrachunku nie zdobyliśmy mistrzostwa. A to jest przecież dla nas najważniejsze. Będziemy dążyć do tego, aby wszystko wróciło na właściwe tory.

 

 

- Cofnijmy się nieco w czasie. Determinacja i zaangażowanie - tymi cechami wyróżniałeś się od zawsze, tak powiedział jeden z Twoich pierwszych trenerów, Kazimierz Sak z Igloopolu Dębica.

 

- Można tak powiedzieć. Nigdy nie byłem szczególnie zaawansowany technicznie. W Igloopolu byli lepsi pod tym względem, chłopaki miały papiery na granie. Ale piłka to też szczęście. Gdyby moi koledzy z Dębicy mieli szansę się pokazać i wyjechać gdzieś dalej, to pewnie rozmawialibyśmy inaczej. Tą determinacją i dążeniem do celu na pewno też doszedłem do miejsca, w którym jestem. Mój rozwój to 70 procent ciężkiej pracy i 30 procent talentu. U niektórych te proporcje są odwrotne i nie potrafią tego wykorzystać. To było moją mocną stroną, by nie zważać na to co się dzieje i dążyć do celu.

 

- Szybko opuściłeś rodzinne miasto i trafiłeś do Legii. Trener Dariusz Wdowczyk przyznał, że potrzebował wówczas szerokiej kadry, a Twoje testy w klubie spadły jak manna z nieba.

 

- To był właśnie ten moment, kiedy z Iglopoolem przyjechaliśmy do Warszawy na turniej na sztuczną nawierzchnię. Trenerem był wtedy Leszek Pisz. Wygraliśmy ten turniej. Po zawodach podszedł do mnie Marek Jóźwiak i powiedział, żebym przyjechał na testy. Znalazłem się na tych testach i już zostałem. Działo się to bardzo szybko. Przez rok grałem w Iglopoolu, w juniorach w IV lidze. I nagle w wieku 18 lat trafiam do ekstraklasy i trenuję z seniorami Legii. To ogromny przeskok. Tylko się cieszyć i pracować. Ale od razu wiedziałem też, że nie będzie łatwo przebić się do składu. Zwłaszcza na pozycji obrońcy, który jak wiadomo, kiedy gra to od pierwszej minuty do dziewięćdziesiątej. Pomocnik zawsze może wejść na dwadzieścia czy trzydzieści minut i wykazać się, dać coś drużynie. Dlatego musiałem iść na wypożyczenie, ale cieszę się z tego powodu, że miałem szansę się pokazać. Trener wystawił mnie w jednym czy dwóch spotkaniach, zaufał mi i było to bardzo fajne przeżycie.

 

 

- Początki były trudne - przez kilka sezonów tułałeś się po wypożyczeniach. To hartowało charakter czy dawało raczej poczucie, że na Legie jesteś za słaby?

 

- Za każdym razem kiedy trafiałem na wypożyczenie, to nie miałem ciśnienia i nie obrażałem się na taki obrót sprawy. Dla mnie najważniejsza była regularna gra. Wolałem występować w pierwszej lidze niż cały sezon siedzieć na ławce w Legii. To byłoby bez sensu. Jak piłkarz ma się wtedy rozwijać? Zawodnicy w pierwszej lidze byli bardzo mocni fizycznie, można się było przy nich wiele nauczyć. Było też wielu zawodników z przeszłością w ekstraklasie. To dobre doświadczenie. Nie nachodziły mnie mysli, że jestem za słaby na Legię. Po prostu walczyłem o swoje. Później trener Sasal wziął mnie do Korony Kielce i zacząłem grać w najwyższej klasie rozgrywkowej. Kiedy zaczniesz regularnie występować w ekstraklasie, to fajnie jak tak zostaje.

 

- W końcu nadszedł towarzyski mecz Legii z Arsenalem z okazji otwarcia stadionu, w którym ustrzeliłeś hat-tricka. Poczułeś wtedy, że Twoja sytuacja się wreszcie zmieni?

 

- Pamiętam taką sytuację - byłem na wypożyczeniu w Koronie i po pół roku zarząd chciał, abym wrócił. Jeśli dobrze pamiętam, trenerem był wówczas Maciej Skorża. Po tym wypożyczeniu miałem taką nadzieję, że jestem już gotowy do gry w Legii. Tak się to potoczyło, udało się przebić i to najważniejsze.

 

 

- W końcu pojawił się temat Krasnodaru. Długo zastanawiałeś się nad transferem?

 

- Wybrałem bardzo dobrze. Nie było też innego wyboru (śmiech). Nie było innych drużyn, które się interesowały moją osobą. Kiedyś powiedziałem sobie, że jeśli przytrafi mi się możliwość wyjazdu za granicę i poznania innej piłki, to nie będę się zastanawiał i sobie tego nie odmówię. Tak było w tej sytuacji – chciałem spróbować czegoś nowego, poznać ludzi, sprawdzić się w innej lidze, nauczyć się języka. Dlatego wyjechałem. Bardzo miło wspominam ten etap. Ludzie, którzy pracowali w klubie i całe otoczenie, było mega pozytywne. Byłem bardzo pozytywnie zaskoczony.

 

- Jak żyło się i grało w Rosji?

- Kiedy na początku mojego pobytu jeździłem taksówkami i mówiłem, że jestem Polakiem, to kierowcy zaczynali mi opowiadać o swoich rodzinnych historiach – mówili jakieś słowa po polsku, opowiadali, że znają Polaków, mają rodzinę w Polsce, że jesteśmy braćmi. A wiadomo, jak odmienny przekaz pochodzi z mediów. Na miejscu nikt nigdy nie powiedział na mnie złego słowa, zawsze byłem miło przyjmowany, gdziekolwiek bym nie poszedł. Byłem mile zaskoczony. Osobiście widziałem same pozytywy odnoście życia w tym kraju. Czułem się tam jak w domu.

 

 

- Musiałeś długo tułać się po Polsce i świecie, by wreszcie ustabilizować swoją karierę. Po drodze przytrafiła się też poważna kontuzja - do ślubu przystąpiłeś o kulach...

 

- To prawda. Była taka sytuacja. 24 albo 27 listopada odniosłem kontuzję w meczu Ligi Europy UEFA. Miesiąc później miałem zaplanowany ślub, na który zaproszonych było dwieście osób. Nie chciałem tego odwoływać, bo wiadomo, że jest to ważne wydarzenie, a zaproszonych było mnóstwo gości. Wiadomo też, jak to jest z terminami. Nie było sensu tego zmieniać. Takie sytuacje się zdarzają. Trochę wyglądało to śmiesznie, ale ślub się odbył i to jest najważniejsze. Na początku, kiedy zszedłem do szatni, wydawało mi się, że odniosłem drobny uraz, bo normalnie się poruszałem. Dopiero jak pojechaliśmy z panią doktor do szpitala na badania, dowiedziałem się, że konieczna będzie operacja i pół roku przerwy. Czas mijał jednak szybko. Rehabilitacja przebiegała pomyślnie, nie mogłem narzekać. Takie chwile są wpisane w nasze życie. Teraz z moim kolanem jest wszystko w porządku i - odpukać - mam nadzieję, że tak już zostanie.

 

- Często zdarzało się, że podczas rehabilitacji trzaskałeś drzwiami, a przez głowę przechodziły myśli, że to może być koniec poważnego grania?

 

- Raczej nie. Denerwowałem się na mojego fizjoterapeutę, ponieważ zdarzały się różne irytujące mnie sytuacje. Przyjeżdżałem jako pierwszy - jak wszyscy kontuzjowani gracze, a reszta drużyny dojeżdżała później. Zespół kończył trening, a ja zostawałem w klubie. Zdarzało się że miałem jeden trening, który trwał cztery czy pięć godzin, a fizjoterapeuta kazał mi iść się przespać, a później stawić na drugim treningu. To było strasznie monotonne – cały czas biegałem sam wokół boiska. Czujesz wtedy wkurzenie, jesteś niecierpliwy, bo chciałbyś już wybiec na murawę i trenować z pozostałymi chłopakami. Ale kiedy trener poinformował mnie, że wychodzę na boisko i trenuję normalnie, to wszyscy bili mi brawo, cieszyli się, że wracam. Ta monotonia była najgorsza, trenujesz dwa razy ciężej, zazwyczaj samemu, a końca nie widać. Ale tak jak mówię, jest to wpisane w ten zawód.

 

 

- Te wszystkie trudności, które pokonałeś, ukształtowały Cię i przygotowały do roli kapitana?

 

- Nie wiem, dopiero zobaczymy. Wcześniej kapitanem był Miro Radović i gdy Miro nie mógł grać, zastępowałem go. Mam nadzieję, że teraz też dam radę. Ja jestem gotowy. Nie sądzę też, aby nie pasowało to komuś z drużyny, bo gdyby tak było, to już by mi o tym wprost powiedział. Z tym nie ma problemu. Jeżeli ktoś ma jakieś „ale”, to zawsze może ze mną o tym porozmawiać.

 

- Jako reprezentant drużyny nie jesteś zbyt dostępny dla mediów. Mimo tylu lat spędzonych w tej “branży” jesteś człowiekiem pełnym tajemnic - kibice nie mogą śledzić Twojego życia w internecie. Nie masz czasem wrażenia, że piłkarski świat - pełen plastiku i sztuczności - uciekł Ci i stałeś się zawodnikiem “starej daty”? 

 

- Nie, bo przecież, gdybym założył Instagrama, to tych wszystkich młodych zawodników zjadłbym w moment. No taka prawda. Tam się zbiera wyświetlenia i polubienia, tak? Może założę na sprawdzenie, żeby wysmiać wszystkich młodych chłopaków w szatni (śmiech). Utworzę konto na rok i zobaczę ilu uzbieram obserwujących. Proponuję zakład - jeśli ich przebiję, to będą musieli usunąć konta. Większość szatni zniknie z Instagrama.

 

- Dotarcie do młodego pokolenia nie jest zatem dla Ciebie trudne.

 

- Nie, absolutnie nie. Rozumiem ich pokolenie. Większość chłopaków ma swoje profile w mediach społecznościowych, ja się tym akurat nie interesuję, nie chce mi się w tym siedzieć. Ale tego Instagrama to może bym spróbował? Będę pisał po znajomych, żeby nabijali mi statystyki.

 

 

- Artur Jędrzejczyk - kapitan Legii i reprezentant Polski, uczestnik mistrzostw Europy i świata. CV wygląda dumnie. 

 

- Mogło być lepsze, nie? Żartuję. W życiu nie wyobrażałem sobie, że zajdę tak daleko. Kiedy byłem młodym chłopakiem i profesjonalne drużyny przyjeżdżały na obozy do Dębicy, to marzyłem żeby zagrać mecz w ekstraklasie. Kiedy to się udało, kolejnym marzeniem były występy w reprezentacji. Też mi się to udało. Jestem mega zadowolony. Tak jak powiedziałeś – nie miałem wybitnych umiejętności, żeby zajść na szczyty.

 

- To nie ja powiedziałem tylko trener.

 

- Ale każdy to wie. Czekaj, który trener?

 

- Kazimierz Sak.

 

- No i dobrze powiedział (śmiech). Jestem zadowolony z przebiegu mojej kariery. Nie jest łatwo zostać reprezentantem, zagrać na mistrzostwach świata i Europy, w Lidze Europy UEFA, a z Legią zdobyć kilka trofeów. Bardzo się z tego cieszę. Mam nadzieję, że przyjdą kolejne sukcesy i będziemy do tej listy dopisywać następne punkty.

 

 

- Brakuje jednego wpisu - występów w fazie grupowej Ligi Mistrzów UEFA.

 

- Wierzyłem, że w tym roku już nam się to uda. Jednak życie jest jakie jest i trzeba cierpliwie czekać. Mam nadzieję, że zagram jeszcze z Legią Warszawa w Lidze Mistrzów UEFA i z utęsknieniem na to czekam.

 

- Życzę Ci, abyś jako kapitan Legii dostąpił tego zaszczytu i wyprowadził drużynę na mecz tych elitarnych rozgrywek.

 

- Dziękuję ślicznie.


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Więcej na temat

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 89
PLN
Cena 114,50
PLN
Cena 119
PLN