Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2018-02-18 14:00:00
Newsletter

Jozak: Kocham ten klub coraz bardziej

Autor: Jakub Jeleński Fot. Mateusz Kostrzewa, Jacek Prondzynski
- Podczas meczu jestem szalony. Ale kiedy prześpię się z tym i wstanę rano, wszystko wygląda już inaczej. W trakcie spotkania muszę też jednak umieć zachować chłodną głowę i nie działać wyłącznie pod wpływem emocji - mówi w rozmowie Legia.com trener Romeo Jozak.

Legia.com: - Mówił Pan niedawno, że gdy buduje się dom i kładzie się dach, to czeka się na deszcz, by zobaczyć gdzie przecieka. Ten dach w inauguracyjnym wiosnę meczu w Lubinie przetrwał solidną burzę.

 

Romeo Jozak: - Tak, przetrwał ją, choć dwa razy niestety przeciekł. Zgadzam się, że to była burza, a nasz dach w tej burzy zdał egzamin. Wciąż jednak jest w nim parę przecieków. Po meczu z Viktorią powiedziałem, że choć przegraliśmy, to nie będę emocjonalnie pochodził do tego meczu i skupię się na pozytywach. Teraz, w przypadku wygranej w Lubinie, również odstawię emocję na bok, koncentrując się na tych błędach jakie popełniliśmy. Wygraliśmy, jesteśmy szczęśliwi, ale w naszej grze było kilka minusów, które wezmę pod uwagę.

 

- Za swój najlepszy moment w Legii uważa Pan mecz z Górnikiem. Zwycięstwo nad Zagłębiem to drugi najlepszy moment? 

 

- Chyba tak bym to ujął. Dla mnie to największy mecz jaki wygraliśmy do tej pory. Zwyciężyliśmy bowiem w inny sposób niż zwykle. Mówiłem już chyba milion razy, że 10:0 nie ucieszyłoby mnie tak, jak te 3:2. Gol Rado, po zwycięstwie, był drugą najważniejszą rzeczą tego dnia. Na konferencji prasowej obiecałem, że wpuszczę go na boisko. Nie wiedziałem na ile, ale byłem pewien, że Miro wejdzie na plac. Tak jak widzicie, pięć minut było dla niego wystarczające, by oszalał cały stadion i cała Warszawa (śmiech).

 

 

- Na konferencji prasowej przed meczem Radko powiedział, że da kibicom jeszcze wiele radości. I jak się okazało nie kłamał. 

 

- Sposób, w jaki wrócił do gry jest niesamowity. On był bardzo szczęśliwy i daję słowo, że ja i drużyna cieszyliśmy się tak samo. Najważniejsze jest to, że uszczęśliwiliśmy klub i całe miasto. Jest jednak jeszcze inna rzecz, o której zresztą będę mówił piłkarzom i dziennikarzom na konferencji prasowej. Jeśli wygramy mecz, nie oznacza to, że wygramy mistrzostwo. Jeśli mecz przegramy, to również nie oznacza, że przegraliśmy tytuł. Wyobraźcie sobie, że w Lubinie jednak przegraliśmy. Co by to oznaczało? Bylibyśmy smutni, rozczarowani, w depresji? Do każdego nowego tygodnia musimy podchodzić tak samo, bez względu na to, czy poprzedni mecz był przez nas wygrany czy nie. Przez cały tydzień mamy przygotowywać się do kolejnego spotkania tak, jakbyśmy przegrali poprzednie. A dlaczego? Bo kiedyś w końcu przyjdzie taki poniedziałek, po którym wrócimy do klubu po przegranym meczu. I tamten dzień będzie musiał być identyczny jak dzień po wspaniałej wygranej. Cały sztab i piłkarze - wszyscy musimy to zrozumieć. To jest właśnie profesjonalizm. 

 

- Trudno jest zaszczepić taki profesjonalizm w głowach piłkarzy?

 

- To podchwytliwe pytanie, na które nie ma prostej odpowiedzi. Może nie ma w tym wielkiej filozofii, ale to zawsze śliski temat. Moją pracą jest poukładać wszystko jak należy. Kiedy przegrywamy jest ciężko, bo media w Polsce są bardzo silne i każdy pisze o naszych meczach. Ba, o naszym spotkaniu z Zagłębiem głośno było nawet w chorwackiej prasie i telewizji. Piłkarze to czytają, widzą wszystkie złe wiadomości i artykuły po porażkach, widzą też te dobre i pozytywne gdy wygrywają. Poniedziałek powinien jednak być dniem, gdzie wyrzucamy z głowy wszystko co przeżyliśmy, oglądaliśmy i czytaliśmy w zeszłym tygodniu. 

 

 

- Pana też dotyczy ten temat?

 

- Dzięki Bogu nie, bo nie znam jeszcze na tyle polskiego (śmiech). Oczywiście, że słyszę informacje, o których mówią wszyscy, ale z czytaniem i oglądaniem wiadomości mam póki co spokój. Przeglądam chorwacką prasę, ale też nie za wiele. Nasza pani rzecznik, jest moim jedynym łącznikiem z mediami. Gdyby nie ona, czasem nie wiedziałbym co się dzieje dookoła (śmiech). 

 

- Z mediami nauczył się Pan radzić dopiero w Polsce, czy udało się to już w Chorwacji?

 

- Tam też się z tym zmagałem, ale nie aż do tego stopnia. Tutaj to wszystko jest o wiele, wiele większe. W Chorwacji moje poczynania śledziło trzech, czterech dziennikarzy, tutaj są to setki. Media w Polsce działają na większą skalę, dla mnie to coś zupełnie innego. Prasa jest jednak bardzo profesjonalna. W swoją pracę w Legii wkładam coraz więcej emocji, bo nie jestem tutaj tylko trenerem. Z każdym dniem kocham ten klub coraz bardziej. Staram się jednak pozbywać tych uczuć, kiedy wykonuję swoją pracę. Jeśli chirurg przeprowadzałby operację kierując się emocjami, to nie byłoby to raczej zbyt dobre dla pacjenta. 

 

- No chyba, że akurat gramy mecz...

 

- Mecz to już inna historia! Podczas meczu jestem szalony. Ale kiedy prześpię się z tym i wstanę rano, wszystko wygląda już inaczej. W trakcie spotkania muszę też jednak umieć zachować chłodną głowę i nie działać wyłącznie pod wpływem emocji. Po jego zakończeniu jest najlepszy czas na to, by je uwolnić. Jeśli przegrasz i jesteś smutny - bądź smutny, popłacz się, wyrzuć to z siebie. Jeśli wygrasz i jesteś szczęśliwy, to świętuj i pokaż wszystkie dobre emocje, jakie ci towarzyszą. Ale kiedy wstajesz rano weź zimny prysznic, otrzeźwij głowę i przytomnie działaj dalej. 

 

 

- Jeśli już mówimy o emocjach - kibice cały czas wymyślali wypowiedzi pod zdjęciem, na którym mówi mu Pan coś do ucha. Zdradzi Pan co powiedział Rado chwilę przed jego wejściem na boisko? 

 

- Wolałbym nie (śmiech). Powiedziałem mu jedną rzecz, która była dla mnie bardzo ważna i on doskonale ją zrozumiał. Co do kibiców, to mam pomysł. Niech nasi fani wymyślają dalej co mu powiedziałem, a ja na koniec powiem, kto był najbliżej. Obiecuję, Bóg mi świadkiem, że o tym nie zapomnę.

 

- Wielkimi krokami zbliża się prawdziwy maraton - Jagiellonia, Lech, Lechia, Wisła i Górnik. Da się w tej sytuacji skupić tylko na najbliższym rywalu, czy gdzieś z tyłu głowy myśli Pan jednak o tych meczach?

 

- Myślę, ale tylko w jednym procencie. Muszę przecież przygotować rozkład zajęć na najbliższe tygodnie, myśleć o kartkach, ale przede wszystkim - i to jest właśnie te 99 procent - skupiam się na najbliższym rywalu. Kiedy ten mecz będzie już za nami, rozpoczniemy przygotowania do kolejnego. Oczywiście, że nie jest to zbyt proste, bo mamy świadomość maratonu, który nas czeka, ale do każdego z rywali zamierzam podchodzić indywidualnie i koncentrować się na nim po skończonym spotkaniu z poprzednim. 

 

 

- Wszyscy zawsze powtarzają, że patrzą wyłącznie na siebie, nie oglądają się na rywali. 

 

- A ja się oglądam, bo jak jest niedziela i siedzę w domu, to dlaczego mam sobie nie włączyć meczu (śmiech). Łączę przyjemne z pożytecznym, bo przy okazji mogę przeanalizować grę naszych przeciwników. Oglądałem spotkanie Arki z Lechem, z którymi będziemy przecież grać w rundzie rewanżowej. Oczywiście nie skupiałem się na nich tak bardzo, jakbym robił to w przypadku, gdzie mierzylibyśmy się z nimi w najbliższej kolejce, ale siłą rzeczy obserwowałem ich poczynania. Po każdej kolejce sprawdzam wyniki, ale tak samo śledzę inne ligi. Na przykład włoską, bo obserwuję jak radzi sobie Guilherme. Napiszę do niego sms-a z podwójnymi gratulacjami - po pierwsze za bramkę przeciwko Romie, a po drugie za to, że jest świeżo upieczonym tatą (śmiech). Mam nadzieję, że w maju to on pogratuluje całej naszej drużynie.

 

Wywiad został przeprowadzony przed meczem ze Śląskiem i ukazał się w programie meczowym Legia vs. wydanym z okazji piątkowego spotkania.


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 89
PLN
Cena 114,50
PLN
Cena 119
PLN