Legia Warszawa
vs Termalica
Czas do meczu
Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2017-07-05 14:50:00
Newsletter

Kacprzak: Mogliśmy wejść do półfinału Ligi Mistrzów UEFA

Autor: Nikodem Chinowski Fot. Włodzimierz Sierakowski, Eugeniusz Warmiński/Archiwum Legii
- Nie żałuję, że zdecydowałem się zostać w Legii. W innych klubach różnie mogło się ułożyć, nikt nie dawał mi gwarancji gry. Zagrałem w Lidze Mistrzów UEFA, zdobyłem mistrzostwo, mieliśmy silny zespół - wspomina w rozmowie z cyklu ''Powrót do przeszłości'' Jacek Kacprzak. Pomocnik występował przy Łazienkowskiej w latach 1991-1998, w 165 spotkaniach zdobył 16 bramek.

Legia.com: - Grałeś w Legii sześć sezonów, ale przeszedłeś przez trzy skrajnie różne rzeczywistości w Legii. Pierwsza epoka, to sezon 1991/92, gdy Legia zakończyła ligę na najniższym miejscu w historii - 10.

 

Jacek Kacprzak: - Patrząc na to, jakie w klubie były zawirowania organizacyjne i personalne, to ja się nie dziwię, że tak nisko skończyliśmy. Przed ostatnim meczem z Motorem w Lublinie groził nam jeszcze spadek z ligi. Czysto piłkarsko byliśmy mocni, ale sprawy rozbijały się o sytuacje wokół drużyny. Były zmiany trenerskie, w klubie był bałagan, było też kilku krnąbrnych chłopaków, którzy pozwalali sobie na więcej. Nie chcę personalnie o nikim mówić, bo ogólnie, jako całość, drużyna i klub nie funkcjonował tak, jak powinien.

 

 

- Zaangażowanie piłkarzy nie było skierowane na boisko, a na inne kwestie?

 

- Tak można by najłatwiej to opisać. Ale to nie była wina piłkarzy, tylko chaosu w gabinetach działaczy, który negatywnie wpływał na nasza motywację. Ten bałagan przekładał się na drużynę.

 

- Czuliście jednak, że w odpowiednim momencie możecie docisnąć pedał gazu i utrzymacie się?

 

- W tamtym momencie, pod koniec ligi, ryzyko spadku było realne. Ale w porę wzięliśmy się w garść. To byłby pierwszy spadek w historii klubu, każdy wziął to wtedy do siebie i zmobilizowaliśmy się.

 

 

- Po najgorszym sezonie przyszły sezony piękne. Trzy razy wygrana liga, Puchar Polski, ćwierćfinał Ligi Mistrzów UEFA. Z piekła do nieba.

 

- Wszystko zmieniło się za sprawą przyjścia pana Janusza Romanowskiego. Pojawiły się w klubie poważne pieniądze, a z nimi poważni piłkarze - w pewnym okresie mieliśmy u siebie kilkunastu reprezentantów kraju. Klub stanął na nogi, zaczęło się poważne granie w piłkę. Nikt z drużyny nie chciał przespać początku budowy czegoś wielkiego, więc i zaangażowanie piłkarzy skierowało się w stronę boiska. To, że sprawy w klubie się uporządkowały sprawiło, że piłkarze odpowiednio podeszli do sprawy. Czuć było, że na Łazienkowskiej zaczyna się wielka piłka. 

 

- Z tego zrodził się piękny rok 1995, gdy Legia zdobyła mistrzostwo, Puchar Polski, Superpuchar, awansowała do fazy grupowej Ligi Mistrzów UEFA, a z niej do ćwierćfinału tych rozgrywek.

 

- Mieliśmy niesamowicie mocną kadrę. W Lidzie Mistrzów UEFA graliśmy jednym składem, a w lidze drugim. Wygrywaliśmy i tu i tu. Cieniem kładzie się tylko to, że ostatecznie nie obroniliśmy mistrzostwa. Trafialiśmy wtedy na bardzo mocnego rywala - czas pokazał, że Widzew zbudował wtedy zespół na Ligę Mistrzów UEFA. Czuję duży niedosyt, bo wiosna nie była udana. Mogliśmy więcej ugrać w lidze i w UEFA Champions League.

 

 

- W Lidze Mistrzów UEFA? Doszliście do ćwierćfinału, top-8 klubów w Europie!

 

- No tak, ale dlaczego nie mielibyśmy pójść wyżej? Odpadliśmy z Panathinaikosem, ale czy on był poza naszym zasięgiem? Nie był, mogliśmy wejść do półfinału. Oba mecze z Grekami źle się ułożyły. Pierwsze spotkanie graliśmy na piachu, ugraliśmy tylko remis. Na drugi mecz jechaliśmy pewni swoich umiejętności, mieliśmy swój plan, który jednak runął szybko przez czerwoną kartkę. Nie da się na równi rywalizować, gdy prawie cały mecz gra się o jednego mniej. Nasz dwumecz z Panathinaikosem to było 50 na 50. Byliśmy w stanie ich ograć i wejść do półfinału - mówię to z pełną świadomością.

 

- Trzecia epoka, to Legia w sezonie 1996/97 – po masowym odejściu trzonu drużyny na wiosnę do rozgrywek było zgłoszonych tylko 19 zawodników, w tym ledwie dwóch bramkarzy i pięciu obrońców.

 

- Cały sezon graliśmy w 12-13 osób, ale to nie byli słabi piłkarze. Przypomnę, że w tym sezonie ograliśmy ten sam Panathinaikos, któremu nie daliśmy rady pół roku wcześniej w niby mocniejszym składzie. Panathinaikos od wiosny się nie zmienił, brakowało tylko Borelliego, a zagraliśmy z nimi naprawdę dobre mecze. Przed tym sezonem media mówiły, że Wielka Legia się skończyła, ale czy tak było? To był ciągle dobry zespół, personalnie – mimo, że byliśmy okrojeni o wielu kolegów z czasów Ligi Mistrzów UEFA – nadal byliśmy mocni. Szamotulski, Bednarz, Jałocha, Mosór, Skrzypek, Zieliński, Czykier, Magiera, Sokołowski, Staniek, Mięciel, Kucharski – przecież to nadal były wielkie nazwiska. Zaskoczyło, zaczęliśmy grać i doszliśmy do wicemistrzostwa.

 

 

- Po odejściu starszyzny i gwiazd z Legii Mistrzów szatnia się trochę przewietrzyła?

 

- Ja na pewno odżyłem, bo trener na mnie postawił i zacząłem więcej grać. Ale nie mogę powiedzieć, że wcześniej było duszno. Było po prostu inaczej. 

 

- Czułeś na sobie większy ciężar odpowiedzialności z racji drugiego najdłuższego stażu w drużynie?

 

- W tamtym sezonie odpowiedzialność za drużynę rozkładała się na wszystkich. Mieliśmy zgrany zespół, nie było podziałów, każdy musiał ciągnąć do góry. Być może z racji tego, że grałem na środku boiska, to miałem nieco większy wpływ na wydarzenia na boisku, ale jako zespół funkcjonowaliśmy na równi.

 

- To miał być bardzo trudny sezon dla klubu, były spekulacje czy po takim exodusie utrzymacie się w lidze.

 

- To były przesadzone głosy, na pewno ani przez moment nie czuliśmy takiego zagrożenia. Absolutnie nie było takich rozmów w zespole, znaliśmy swoją wartość i możliwości. Już na obozie przed sezonem wyglądało to bardzo dobrze, zagraliśmy ciekawie w sparingach. 

 

 

- Która z tych trzech Legii - Klapa '92, Wielka Legia '93-'96 i Zaskoczenie '97 – jest najbliżej Twojego serca?

 

- Każda. Pierwsza, bo w niej zacząłem grać, pierwszy raz poczułem dużą piłkę. Ja byłem kibicem Legii, jestem chłopakiem z Białobrzegów, jako młody chłopak jeździłem na mecze Legii. Wyniki w sezonie na pewno nie były dobre, ale mam ogromny sentyment do tamtego okresu. Druga Legia, to wiadomo – wielkie sukcesy, porządek w klubie, także finansowo najlepszy okres. Można było odłożyć na życie. I trzeci okres, gdy osiągnęliśmy najbardziej niespodziewany sukces. Rozegraliśmy świetny sezon, mogliśmy być z siebie bardzo zadowoleni.

 

- Te sześć sezonów, to aż ośmiu trenerów. Poproszę o scharakteryzowanie ich. Zacząłeś u Władysława Stachurskiego.

 

- Trener Stachurski mnie ściągał do Legii, zauważył, że potrafię grać w piłkę, więc oczywiste, że jestem mu wdzięczny. W Legii pracowaliśmy z nim dwa razy – za drugim razem, gdy miał w drużynie kilku starszych zawodników, to widać już było, że nie jest po drodze między nim, a starszyzną. Troszkę atmosfera się wówczas zachwiała. Jeśli chodzi o pracę jako trener, to nie można mieć zarzutów.

 

 

- Krzysztof Etmanowicz.

 

- Trener, który musiał pracować w zespole, gdy był tu największy bałagan. Warsztat miał na poziomie, ale wyniki były słabe. Problem z nim był taki, że chyba nie udźwignął ciężaru Legii. To fajny trener, ale za szybko został wrzucony do takiego klubu jak Legia. Zawodnik szybko wyczuje, co można z trenerem, na ile można nim sterować. Wtedy ta granica była za często przekraczana. Mam wrażenie, że trenerowi Etmanowiczowi brakowało autorytetu.

 

- Janusz Wójcik.

 

- To absolutne przeciwieństwo trenera Etmanowicza. Skończyły się śmichy-chichy, trener nie dał sobie w kaszę dmuchać. Pamiętam sytuacje na treningach, gdy trener specjalnie dopuszczał do bijatyk, żebyśmy troszkę się potłukli, żeby pojawiła się agresja. Zdawało to egzamin, budowało nasze charaktery. Każdy wie jaki był trener Wójcik - charyzmatyczna postać, długo można by mówić, ale już chyba wszystko też o nim zostało powiedziane.

 

- Paweł Janas.

 

- Spokojny, wyważony, wiedział kiedy i co powiedzieć. To była jego pierwsza praca jako samodzielnego trenera, ale szybko zdobył nasze uznanie. Miał znakomity zespół, ale on też się świetnie tu odnalazł. Znał nas już wcześniej, bo asystował Wójcikowi, więc od razu umiał nami zarządzać – wiedział kiedy krzyknąć, a kiedy przymknąć oko. Miał świetne wyczucie jako człowiek, jako trener też potrafił nas taktycznie przygotować. Tamta Legia, to było optymalne połączenie świetnych zawodników ze świetnym trenerem. Gdyby tą grupą zarządzał inny szkoleniowiec, to takich wyników by nie było. I odwrotnie – gdyby ten trener zarządzał innymi zawodnikami, to też tak dużo byśmy nie osiągnęli. Wszystko zagrało tak, jak powinno.

 

 

- Mirosław Jabłoński.

 

- Wytykano mu, że ma za małą charyzmę i być może tak niestety było. Są trenerzy, którzy nie zawsze potrafią trzymać zespół w ryzach, a takie podejście prędzej czy później zawsze obróci się przeciwko trenerowi.

 

- Inteligentny piłkarz nie wyczuje tego, że nie trener nie musi krzyczeć i przeklinać?

 

- Teraz pewnie tak, ale czasy są inne, podejście piłkarzy do swoich obowiązków też jest inne. Obecnie piłkarze mają większą świadomość swoich celów, które są przed nimi i drogi, która do tych celów prowadzi. Podejście jest bardziej profesjonalne, wokół mają cały sztab ludzi, dietetyków, trenerów personalnych, menadżerów. Wtedy czasy były inne, nie było takich wzorców, nikt nie prowadził nas za rączkę, więc robiło się wiele błędów. Też i charaktery piłkarzy były mocniejsze. Niestety, trenerowi Jabłońskiemu czasami brakowało pomysłów jak taką grupę ujarzmić. Natomiast od strony warsztatowej nic trenerowi nie brakowało, treningi były świetne, był zawsze dobrze przygotowany do zajęć czy do meczów.

 

 

- Duet Jerzy Kopa - Stefan Białas.

 

- Niewypał. Taki duet sprawdzał się w reprezentacji Szwecji, ale wtedy w Legii to było nieporozumienie. Od początku nie było dopasowania między nimi, piłkarze nie wiedzieli, którego z nich mają słuchać, kompetencje były rozproszone. Każdy z nich miał swoich ulubieńców, swoją wizję gry. Raz trener Kopa powiedział w szatni, że widzi mnie w składzie, że rewelacyjnie wyglądam, a po tygodniu zawołał mnie do gabinetu i powiedział, że znalazł dla mnie nowy klub. Troszkę już wtedy bawił się w menadżera. Krótko mówiąc - duży niewypał.

 

- Ósmy, to ten, który przy drużynie jest od zawsze, w Twoich czasach jako asystent. Pan Lucjan Brychczy.

 

- Instytucja, ikona klubu. Świetny facet, wielki piłkarz i jeszcze większy człowiek. Grywał z nami w dziada, gdy już był słusznego wieku, ale nadal mu świetnie nóżka chodziła, praktycznie nie wchodził do środka, a nie mieliśmy dla niego żadnej taryfy ulgowej – jak zepsuł zagranie, to wchodził, ale ogólnie to taki kozak był, że rzadko mu się to przytrafiało. Tak samo trening strzelecki – mówił gdzie uderza i tam szła piłka. Techniki nie zgubił, niesamowity był. Poznałem go też poza boiskiem, bo jeździł do córki na działkę w moje okolice i się widywaliśmy.

 

 

- Rozdział książki pt. „Reprezentacja Polski”, to u Ciebie pusta kartka. Z Legii droga do kadry nie była wystarczająco krótka?

 

- Grywałem w młodszych rocznikach, ale w seniorskiej mnie zabrakło. Może i było bliżej z Legii, ale jak widać w moim przypadku nie zawsze to się przekłada na powołanie. Takie widać były koncepcje poszczególnych trenerów. Być może byłem też zbyt uniwersalnym zawodnikiem? W Legii nie miałem swojej jednej pozycji, grałem na początku jako napastnik, potem byłem przesuwany w dół – do środka pomocy, na boki, na defensywnego, a i w obronie zagrałem kilka meczów. To, że nie miałem jednej pozycji sprawiało, że byłem bardziej uniwersalnym graczem, potrzebnym w drużynach klubowych, natomiast z drugiej strony mniej przydatnym do reprezentacji. Może to zdecydowało, że nigdy w kadrze nie zagrałem? Ale nie mam żadnego żalu, byli lepsi ode mnie i to oni grali.

 

- W sezonie 1995/96 zagrałeś w lidze tylko w czterech meczach. To był sezon stracony, czy obecność przy Lidze Mistrzów UEFA i jeden mecz w niej zagrany, były warte bierności ligowej?

 

- Jako ambitny piłkarz zawsze chciałbym grać więcej. Cztery mecze w sezonie to bardzo mało, choć oczywiście ta rekompensata w postaci Ligi Mistrzów UEFA była, nawet gdy oglądałem te mecze tylko z ławki. Zagrałem tylko raz - w ćwierćfinale z Panathinaikosem. Ten ostatnie 10 minut gry w Atenach, odczytuję jako nagrodę od trenera Janasa. Taki prezent, że byłem w klubie i cierpliwie czekałem na swoją szansę. Ogólnie jednak w lidze grałem mało. Ja byłem jeszcze tym zawodnikiem sprzed zaciągu pana Romanowskiego, z zaciągu wojskowego, więc może miałem nieco trudniej? Czas pokazał, że to był biznes - ci, co więcej grali, mogli być drożej sprzedani.

 

- Oprócz rocznego wypożyczenia do Polonii, byłeś bliski rezygnacji z walki o miejsce w Legii i odejścia z klubu?

 

- Trener Andrzej Szarmach chciał mnie w Zagłębiu Lubin, a trener Stachurski w Widzewie. Były też telefony z Bełchatowa oraz Zawiszy Bydgoszcz. Ja wtedy nie miałem menadżera, to nie były jeszcze te czasy, więc rozmowy transferowe wyglądały zupełnie inaczej niż obecnie. Prowizoryczne nieco. Ja sam się nie rozglądałem za nowym klubem, ale gdy dochodziły głosy od trenera czy ludzi z klubu, że są zespoły mną zainteresowane, to oczywiście rozważałem temat. Kluczowe było dla mnie to, żeby więcej grać - byłem ambitny, miałem swoje cele. Wszystkie te rozmowy jednak finalnie rozchodziły się na boki - gdy ja już się decydowałem na odejście, to przychodził trener i namawiał mnie na pozostanie, bo widział, że mogę pomoc drużynie.

 

 

- Ale nie żałujesz pozostania w Legii, mimo, że grałeś mniej minut niż byś chciał?

 

- Nie, nie żałuję, że zdecydowałem się zostać w Legii. W innych klubach różnie mogło się ułożyć, nikt nie dawał mi gwarancji gry. W Warszawie zagrałem w Lidze Mistrzów UEFA, zdobyłem mistrzostwo, mieliśmy silny zespół.

 

- Po powrocie z Grecji pojawił się temat powrotu do Legii?

 

- Nie było. Trenerem Legii był już Franciszek Smuda, który chyba nie widział wtedy takiej potrzeby, by mnie ściągać. Zadzwonił do mnie Igor Kozioł, z którym grałem jeszcze w Legii i namówił mnie na przenosimy do Groclinu. O względy Legii nie zabiegałem, oni o moje też nie.

 

- W Grodzisku zarabiało się wtedy lepiej niż w Legii?

 

- Tam były dobre pieniądze, porównywalne z tymi, które były w Warszawie. W Legii dochodziły jeszcze premie za wyniki sportowe, za mistrzostwo i Ligę Mistrzów UEFA. Nawet w tym sezonie, w którym skończyliśmy ligę za Widzewem, dostaliśmy bardzo wysoką premię. Chyba działacze wtedy troszkę przeszacowali (śmiech).

 

 

- Na zakończenie pytania ankietowe. Najlepszy i najsłabszy piłkarz, z którym grałeś w Legii?

 

- Leszek Pisz, bez zastanowienia. Technika, wyczucie, przegląd pola... patrzył w lewo, rzucał w prawo. Piłkę miał zawsze krótko przy nodze, nikt nie był w stanie mu jej zabrać. Leszek był najlepszy według mnie. Jeśli chodzi o niewypał, to był w Legii taki piłkarz Jarosław Jedynak. Bardzo fajny kolega, ale nie potrafił za bardzo grać w piłkę. Przyszedł do nas z Austrii, za trenera Wójcika, ale nie wiem, na jakiej podstawie się u nas znalazł. Niby strzelał gole w lidze austriackiej, ale jak on je strzelał? I czy w ogóle strzelał? Może to tylko legenda była? (śmiech). Pamiętam, gdy kiedyś graliśmy na okrojonym boisku, pole było tylko do szesnastki, a on nie rozumiał tego i jeździł z piłka do końcowej linii. Dużo śmiechu było. Ciekawa postać, ale głównie poza boiskiem – miał świetne kasety muzyczne, na obozie ich namiętnie słuchaliśmy.

 

- Temat, który już się przewinął w naszej rozmowie - najlepszy i najgorszy trener.

 

- Najlepszy, mimo wszystko, Janas – za całokształt i sukcesy. Najgorszy? Chyba ten, który osiągał najsłabsze wyniki.

 

- Da się z tych ośmiu zbudować jednego, idealnego trenera?

 

- Nie da. Niektóre cechy się wzajemnie wykluczają, nie da się wziąć po trochu od każdego.  

 

- Najlepszy kolega z szatni i ten, z którym się unikaliście?

 

- Miałem kilku bliskich kolegów, ale chyba najbliżej trzymałem się z Marcin Jałochą. Najwięcej czasu wspólnie przegadaliśmy na wyjazdach i na obozach. Później dużo casu spędzałem też z Rysiem Stankiem, często przyjeżdżał w moje okolice i jeździliśmy razem na ryby. Kiedyś wziąłem go na staw hodowlany, chciałem mu zrobić przyjemność, ale te ryby były nauczone brać przynętę, złapaliśmy ze 20 kilo karpia i trzeba było to wyrzucać z powrotem. Rysio nie był zadowolony (śmiech). Po drugiej stronie szatni nie było nikogo, z kim miałbym negatywne kontakty. Ja mam charakter ugodowy, zawsze łagodziłem napięte sytuacje. Jasne, były różne scysje na obozach, bo jak się tam siedziało 18 dni, to musiało czasem coś wybuchnąć. Ale to chwila, dzień-dwa, sztama i jedziemy dalej. Ja byłem tym piłkarzem, który był i w grupie, która się spotykała u Robakiewicza na rybce, i tym, który jednocześnie dobrze żył z młodymi. Nie sądzę, żeby ktokolwiek miał ze mną spory. 

 

 

- Twój najlepszy i najgorszy mecz w barwach Legii?

 

- Najlepszy to chyba ten z Amicą w 1996 roku. Zdobyłem dwie bramki i one zrobiły swoje - wygraliśmy 2:0. Najgorszy? Raz dostałem wędkę od trenera. Wszedłem na drugą połowę meczu z Górnikiem, a w 82. minucie Wójcik mnie zdjął. „Taka potrzeba była” – tyle wytłumaczył.

 

- Może owacje chciał Ci zapewnić?

 

- Może, ale słabo to wymyślił, bo to był mecz bez publiczności (śmiech). Chociaż tyle dobrego, że nikt z kibiców tego nie widział.

 

- Najlepsze i najgorsze wspomnienie z Łazienkowskiej?

 

- Najmilej wspominam tytuł mistrza Polski z 1994 roku. Nawet lepiej niż Ligę Mistrzów UEFA. To był mój pierwszy tytuł, ale też pierwszy Legii po wielu latach oczekiwania, a także od razu po tym odebranym mistrzostwie z 1993 roku. Świetnie wspominam samą fetę na boisku i potem imprezę w hotelu, do którego zaprosił nas pan Romanowski. Troszkę szampana się polało... Najgorsze wspomnienie, to obóz w Zakopanem, gdy dowiedzieliśmy się, że PZPN zabrał nam mistrza '93. Ja ogólnie nie mogę dużo pić, a wtedy... no, przesadziłem. Odchorowywałem to potem długo. Zresztą wszyscy wówczas byli mocno uderzeni tą decyzją i każdy zareagował w taki sam sposób. Obóz sportowy zamienił się w obóz przetrwania.


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 229
PLN
Cena 299
PLN
Cena 99
PLN