Legia Warszawa
vs Europa FC
Czas do meczu
Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2019-06-17 17:00:00
Newsletter

Koszykówka: Rewolucja w trzech słowach

Autor: Szymon Wojda Fot. Jacek Prondzynski
Ponad rok temu koszykarska Legia zakończyła pierwszy po 14 latach sezon w ekstraklasie. Po, delikatnie mówiąc, nieudanym sezonie przyszedł ten, w którym „Zieloni Kanonierzy” mieli nawiązać do złotych czasów swojej 90-letniej historii. Przed rozpoczęciem kolejnych rozgrywek zespół przeszedł wielopoziomową rewolucję, która pozwoliła im potroić liczbę zwycięstw, odzyskać zaufanie kibiców, awansować do fazy play-off i bić się jak równy z równym z najlepszą drużyną sezonu zasadniczego. Rewolucję, która zaczęła się od trzech słów.

Był 15 listopada 2017 roku. Koszykarska Legia po ośmiu porażkach z rzędu w Polskiej Lidze Koszykówki dokonała zmiany na stanowisku trenera. Piotra Bakuna zastąpił Tane Spasev, którego zadaniem było uratować pierwszy po 14 latach sezon legionistów w ekstraklasie. Około godziny 18 Macedończyk poprowadził trening na Bemowie. Tuż przed nim do swoich nowych podopiecznych powiedział – Mam dla was tylko trzy słowa – wybór, szacunek oraz odpowiedzialność. Kiedy dokonujecie wyboru, aby wyjść na ten parkiet oczekuje od was 100% zaangażowania, szacunku do herbu jaki nosicie na koszulkach oraz odpowiedzialności za podjętą decyzję. – powiedział świeżo upieczony szkoleniowiec Legii. Chwilę później zarządził rozgrzewkę, podczas której zawodnicy mieli za zadanie zaprezentować kilka prostych schematów taktycznych i wykończyć akcję bez udziału obrony. Już przy pierwszej próbie wojskowych Macedończyk przerwał ćwiczenie, wrzasnął na swoich koszykarzy i poniekąd przedstawił im się po raz drugi. – Wiele się teraz zmieni. – powiedział wówczas przechodzący rehabilitację Jorge Bilbao. Okazało się, że Hiszpan się nie pomylił.

 

 

Pierwsze tygodnie, a jak się później okazało – miesiące, minęły w atmosferze kolejnych zmian i piekielnie ciężkiej pracy sztabu szkoleniowego oraz zawodników. Do składu niedługo później dołączyli Anthony Beane, Chauncey Collins i Michał Kołodziej, którzy okazali się bardzo ważnymi elementami i argumentami Tane Spaseva. Macedończyk nie okazał się czarodziejem. Legia dalej przegrywała mecz za meczem, choć potrafiła długimi okresami prowadzić nawet z drużynami ze ścisłej czołówki ligi. Przed końcem roku wyjazdy do Krosna i Koszalina budziły bardzo duże nadzieję, a okazały się jeszcze większym rozczarowaniem. Z obu dalekich wypraw Legia wracała na tarczy. Po kolejnych dwóch porażkach z Turowem i Rosą Radom legioniści zakończyli pierwszą część sezonu zasadniczego bez choćby jednego zwycięstwa. Przełom nastąpił 15 stycznie kiedy to na Bemowie legioniści zostawili w pokonanym polu Czarnych Słupsk. Przeciwnicy kilka dni później wycofali się z rozgrywek i tym samym „Zieloni Kanonierzy” byli pewni pozostania w lidze. Wstrzymano kilka ruchów transferowych, które miały utrzymać legionistów, a zamiast tego rozpoczęto poszukiwania zawodników na przyszły sezon, który miał być o wiele lepszy. Pod koniec rozgrywek praca Macedończyka zaczęła przynosić efekty. Wojskowi prezentowali się o wiele lepiej i prowadzeni przez Anthonyego Beane’a zdołali wyszarpać pięć budzących nadzieję zwycięstw. Wraz z początkiem maja rozpoczął się okres dokonywania odpowiednich wyborów, które miały przywrócić Legii należny jej szacunek, a za które odpowiedzialność miał wziąć na siebie Tane Spasev.

 

 

Klub po powrocie do ekstraklasy popełnił kilka zasadniczych błędów. Złe przygotowanie zespołu do rozgrywek oraz momentami zbyt duże (choć uzasadnione) zaufanie do zawodników, którzy wywalczyli awans do ekstraklasy wydają się być tymi kluczowymi. Oczywiście nie można odmówić zasług, umiejętności oraz charakteru takim koszykarzom jak Łukasz Wilczek, Tomasz Andrzejewski czy Adam Linowski. Jednak zespół, który miał być budowany na „legijnej” mentalności okazał się w dużej części… spełniony. Dla zdecydowanej większości ówczesnych koszykarzy Legii powrót do ekstraklasy był szczytem ocalałych po wieloletniej karierze ambicji. Część legionistów nie miała już nic do udowodnienia ani kibicom, ani trenerowi, ani – co może najgorsze- sobie.

 

 

Tane Spasev, znany z pracy z młodymi zawodnikami, postawił na znanych sobie koszykarzy, którzy chcieli z nim pracować, ale przede wszystkim na takich, którzy mieli coś do udowodnienia. Pierwszym przykładem takiej filozofii był Michał Kołodziej. Utalentowany zawodnik, który według Spaseva miał potencjał na najlepsze ligi w Europie łapał jedynie symboliczne minuty w Asseco Gdynia. W Legii natomiast okazał się ostoją polskiej rotacji i jak sam mówił po podpisaniu kontraktu – chciał zrewanżować się przeciwnikom za porażki w minionym sezonie, ale też zrealizować niespełnione, choć dalej bardzo wysokie ambicję. Te same pragnienia sprowadziły do Warszawy: Sebastiana Kowalczyka – urodzonego w jednym z najbardziej utalentowanych roczników rozgrywającego, który jednak często przegrywał rywalizację o minuty z obcokrajowcami; Jakuba Karolaka – mistrza Polski z Turowem, słynącego z fenomenalnej skuteczności, który jednak potrzebował bodźca pobudzającego jego potencjał; Mariusza Konopatzkiego – reprezentanta Polski w ulicznej odmianie koszykówki, który nie mógł przebić się do składu Asseco; Keanu Pindera – debiutującego w profesjonalnej koszykówce atletycznego podkoszowego, który latami przegrywał rywalizację o minuty z pierwszym wyborem Draftu NBA - Deandre Aytonem; Mo Soluade, Rusłana Patiejewa i Omara Prewitta – wiecznych rezerwowych w czołowych zespołach Europy, którzy domagali się w końcu roli na miarę własnych ambicji. Do sztabu szkoleniowego dołączył natomiast debiutujący w ekstraklasie Marek Zapałowski oraz specjalista od gry w obronie – Nikola Vasiljev. Zawodnicy i trenerzy domagający się szansy, rewanżu i zaufania stworzyli drużynę, która już niedługo miała z nawiązką zmazać plamę z poprzedniego sezonu.

 

 

Już w maju zostało postanowione, że 17 sierpnia „Zieloni Kanonierzy” rozpoczną obóz przygotowawczy w Zakopanem. Miejsce zostało wybrane nieprzypadkowo. Treningi wytrzymałościowe w górach to stary sprawdzony sposób, z którego korzystają sportowcy na całym świecie. Rozrzedzone powietrze utrudnia oddychanie, co wymaga od organizmu poprawy wydolności. To miało przygotować legionistów na trudy nadchodzących rozgrywek. Odpowiedzialnym za przygotowanie motoryczne warszawskiego zespołu, poza pierwszym trenerem, był Adam Blechman oraz fizjoterapeuci Jakub Nowosad i Sebastian Szybisty. Jak się okazało ich praca bardzo szybko przyniosła pożądane rezultaty. – Właśnie teraz, w tej chwili ktoś daje z siebie wszystko, aby osiągnąć to czego pragniecie. - motywował swoich podopiecznych Tane Spasev. Jego nowy zespół przez niemal dwa tygodnie harował w stolicy polskich gór. Po powrocie do Warszawy do drużyny dołączył Omar Prewitt. Legia rozegrała dziewięć sparingów, z których tylko trzy zakończyły się zwycięstwem wojskowych. Jednak w każdej z gier wojskowi byli w stanie zaprezentować się z bardzo dobrej strony. Pierwszym przeciwnikiem w nowym sezonie miał być Start Lublin. Legioniści mając po ponad miesiącu bardzo ciężkiej pracy rozpoczynali rozgrywki. Nadeszła pora rewanżu.

 

 

Mecz w Lublinie nie zaczął się dobrze dla naszego zespołu. Po 20 minutach wojskowi przegrywali 43:32. Demony z poprzednich rozgrywek bardzo szybko wróciły, a pobudzone przed sezonem nadzieję kibiców mogły się nieco ostudzić. Po przerwie jednak na parkiet wyszedł zupełnie inny zespół. W trzeciej kwarcie legioniści pozwolili przeciwnikom zdobyć zaledwie pięć punktów, a sami zapisali na swoim koncie 30 „oczek”. Ostatecznie „Zieloni Kanonierzy” wygrali 67:81 i zanotowali pierwsze zwycięstwo w sezonie. Media mówiły o bardzo dużej niespodziance w Lublinie, a niektóre wręcz określały wynik meczu mianem sensacji. W następnych dwóch spotkaniach wojskowi walczyli jak równy z równym ze Stalą Ostrów Wielkopolski oraz piekielnie mocną Arką Gdynia, ale ostatecznie musieli uznać wyższość przeciwników. Na pojawiające się negatywne komentarze legioniści odpowiedzieli najlepiej jak mogli. Najpierw pokonali u siebie King Szczecin, kilka dni później w Sopocie ograli Trefl, a 10 listopada po fantastycznym meczu na Bemowie legioniści wygrali z brązowym medalistą Mistrzostw Polski - Polskim Cukrem Toruń. Po zwycięstwie ze Spójnią Stargard, legioniści mieli już na swoim koncie cztery wygrane z rzędu. Od tego momentu termin „sensacja” w kontekście warszawskiego zespołu został zastąpiony wyrażeniem „rewelacja początku rozgrywek”.

 

 

Legia zasłynęła z bardzo mocnej obrony. W tym elemencie gry ostatecznie lepiej wypadli tylko Arka Gdynia oraz Arged BMSlam Stal Ostrów Wielkopolski. Z pierwszych siedmiu meczów wojskowi wygrali aż pięć. Grali efektywnie i efektownie, wielokrotnie zaznaczając swoją obecność w najlepszych akcjach tygodnia. Zespół z drugą najniższą średnią wieku w ekstraklasie robił prawdziwą furorę i wypełniał trybuny w hali na Bemowie kibicami, którzy chcieli coraz więcej. Pytany o cel na nadchodzący sezon Tane Spasev powiedział wówczas: -Jeśli będziemy zdrowi – walczymy z każdym. Podchodzimy do każdego przeciwnika z szacunkiem i jesteśmy świadomi, że możemy przegra, ale niezależnie kto stanie naprzeciw – będziemy walczyć. To podejście definiowało Legię w trwającym wówczas sezonie.

 

 

Legioniści szukali i znajdywali odpowiedź na każdy atut przeciwników oraz na każdy swój problem. Mo Soluade wyłączał z gry najlepszych strzelców w lidze. Rusłan Patiejew dominował w walce pod koszem, a kontuzjowanego Keanu Pindera solidnie zastępował Patryk Nowerski. Jakub Karolak trafiał niemożliwe rzuty, które coraz częściej sam sobie kreował. Mariusz Konopatzki za każdym razem wprowadzał na boisko bardzo dużo energii m.in. ratując wygraną w Sopocie. Sebastian Kowalczyk z niesamowitym spokojem prowadził grę swojego zespołu i wielokrotnie był kapitanem, jakiego ten młody zespół potrzebował. Za gwiazdę zespołu najczęściej był uznawany Omar Prewitt. Amerykanin wielokrotnie „zamykał spotkania” zapewniając wojskowym zwycięstwo. Z drużyną Spaseva musiał liczyć się każdy w ekstraklasie.

 

 

Kryzys formy nadszedł w grudniu. Legia przy wypełnionej po brzegi Arenie Ursynów musiała uznać wyższość Anwilu Włocławek. Mistrzowie Polski wygrali 72:103 brutalnie obnażając braki wojskowych. Po tym spotkaniu nadeszła porażka z Rosą Radom (87:82) i blamaż w Koszalinie(90:67). Legia zdołała wygrać z Miastem Szkła Krosno i MKS-em Dąbrowa Górnicza, ale Tane Spasev podkreślał, że nie jest zadowolony z postawy swojego zespołu. Stało się jasne, że Legia potrzebuje nowego bodźca. Ten pojawił się w meczu ze Startem Lublin. Rozgrywający do tej pory krótkie i bardzo słabe minuty Keanu Pinder poprowadził swój zespół do zwycięstwa w arcyważnym meczu. Wojskowi pokonali Lublinian 83:78. Tydzień wcześniej fenomenalne zawody rozegrał Omar Prewitt w wygranym meczu z Polpharmą Starogard Gdański. Jego 34 punkty rzucone przeciwnikom przez jakiś czas były najwyższą zdobyczą w Energa Basket Lidze. Legia, mimo porażek rozpędzała się, a do składu dołączył nowy zawodnik, który podobnie jak jego nowi koledzy – miał coś do udowodnienia. Filip Matczak wzmocnił legionistów pod koniec stycznia. Już w debiucie zdobył 20 punktów przeciwko

 

faworyzowanej Arce Gdynia, co potwierdziło, że był to kolejny bardzo dobry wybór Klubu. Legia do końca sezonu na sześć meczów u siebie wygrała pięć. Po spotkaniu z GTK Gliwice była już pewna udziału w play-offach. Tam miała się zmierzyć z najlepszą w sezonie zasadniczym Arką Gdynia.

 

 

W kultowej scenie filmu „Rocky” padają słowa: „Nie chodzi o to, jak mocno bijesz. Chodzi o to, jak mocno możesz oberwać i ciągle przeć do przodu. Ile możesz znieść i ciągle przeć do przodu. Tak się zwycięża!” Koszykarska Legia otrzymała kilka potężnych ciosów jeszcze przed pierwszym meczem ćwierćfinałów Energa Basket Ligi. W ostatnim spotkaniu sezonu zasadniczego wojskowi podejmowali Polpharmę Starogard Gdański. W czwartej kwarcie kontuzji doznał Omar Prewitt, najlepszy strzelec „Zielonych Kanonierów” i trzeci najlepiej punktujący zawodnik Energa Basket Ligi. Uraz, jak się później okazało, wykluczył go z całej serii z Arką, a nie był to koniec osłabieni Legii. W pierwszym meczu z dużej wysokości upadł Mo Soluade i również musiał zakończyć sezon. Legia wróciła z Gdyni z kontuzjami dwóch kluczowych zawodników i dwiema porażkami. Skazywana na porażkę z piekielnie mocną Arką musiała po raz kolejny pokazać swój charakter.

 

To jak wojskowi zareagowali na wydarzenia z początku ćwierćfinałów najlepiej pokazuje przykład Jakuba Karolaka. Rzucający naszego zespołu w pierwszym meczu w Gdyni rozegrał fatalne spotkanie. Trafił zaledwie dwa rzuty z gry, w końcówce aż pięć razy pudłował z dystansu, a na koniec dał się sprowokować przeciwnikom i po niesportowym faulu musiał opuścić parkiet. Już w następnym meczu zdołał odpowiedzieć przeciwnikom. Zdobył aż 32 punkty pobijając swój dotychczasowy rekord, to co prawda nie wystarczyło do zwycięstwa, ale kolejno 26 i 31 „oczek” w kolejnych dwóch spotkaniach pozwoliły legionistom wrócić do gry i wyrównać stan rywalizacji. Na straty swoich liderów legioniści odpowiedzieli charakterem i grą zespołową. Mimo, że ostatecznie to Arka awansowała do półfinału to Legia wygrała serca kibiców i pozostała wierna słowom trenera z początku sezonu. – Cokolwiek się stanie, będziemy walczyć.

 

 

Koszykówka to sprawiedliwa dyscyplina, która na dłuższą metę weryfikuje wszystkie dziedziny funkcjonowania Klubu. Legia dokonała właściwych wyborów, nawiązała do najlepszych lat w swojej historii i odzyskała szacunek kibiców w całej Polsce. Nie da się nie zauważyć jak długą drogę przeszli wojskowi przez cały sezon i jak wiele kroków zostało postawionych na przód. Hala na Bemowie w praktycznie każdym meczu pękała w szwach, kibice żyli spotkaniami swoich ulubieńców i znowu chcieli się identyfikować z „Zielonymi Kanonierami”. Duża część zawodników rozegrała najlepsze sezony w karierze. Idealnymi przykładami są Sebastian Kowalczyk, który doczekał się pełnego sezonu w roli pierwszego rozgrywającego, Mariusz Konopatzki wnoszący niesamowicie dużo energii z ławki czy coraz lepszy, a momentami fenomenalny strzelec - Jakub Karolak. Nie trudno znaleźć przyczynę takiego rozwoju. Filip Matczak tak dobry sezon ostatnio zanotował cztery lata temu, kiedy jego trenerem był… Tane Spasev.

 

To Macedończyk, przy wsparciu i zaufaniu zarządu oraz bardzo dobrej współpracy z całym sztabem zaprowadził tych zawodników do play-offów. Z żądnej rewanżu młodzieży stworzył drużynę, którą napędzała jej własna wiara w swoje możliwości, jej niespełnione ambicje i która nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Praca Tane Spaseva została doceniona. Koszykarska Legia związała się ze swoim trenerem na kolejne dwa sezony. Macedończyk razem z nowym kontraktem otrzymał szansę, aby pokazać, że ten miniony, rewolucyjny sezon był zaledwie początkiem ewolucji i jak sam powiedział – Legia będzie jeszcze lepsza.


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Więcej na temat

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 89
PLN
Cena 114,50
PLN
Cena 119
PLN