Legia Warszawa
vs Termalica
Czas do meczu
Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2017-11-09 10:00:00
Newsletter

Krzysztof Gawara: Czuję się niespełniony

Autor: Nikodem Chinowski Fot. Janusz Partyka, Mateusz Kostrzewa, Włodzimierz Sierakowski, Eugeniusz Warmiński, Adam Polak/Archiwum Legii
- Dla każdego szkoleniowca bycie pierwszym jest podstawą i sensem całej kariery. Każdy z nas dąży do bycia najważniejszym członkiem sztabu, by móc samemu decydować i samemu brać odpowiedzialność za drużynę. Tak było ze mną w Legii - mówi w rozmowie z cyklu ''Powrót do przeszłości'' Krzysztof Gawara, zawodnik (w latach 1985-88) oraz szkoleniowiec Legii z dziewięcioletnim stażem pracy w różnych kategoriach wiekowych.

Legia.com: Czuje się Pan spełniony, jako trener pracujący przez dziewięć lat przy Łazienkowskiej?

 

Krzysztof Gawara: Nie mogę się czuć spełniony, gdyż apetyt i ambicje miałem większe. Zaczynałem pracę w Legii jako trener 9-letnich chłopców, później dwa lata pracowałem z drugim zespołem, następnie wyjechałem do Finlandii, gdzie - jako grający asystent trenera - także osiągnąłem dobre wyniki. Wróciłem do Legii w 1998 roku chcąc jak najwięcej mojej wiedzy i doświadczenia przekazać naszemu klubowi. Zacząłem od roli asystenta u trenera Kopy, który chciał w Legii zbudować sztab na wzór klubów zachodnich - a więc on, jako główny, był menadżerem otoczonym trenerami-asystentami. Od tamtej pory pracowałem z kilkoma kolejnymi trenerami, ale jednak zabrakło mi tego, co najważniejsze, czyli możliwości dłuższego prowadzenia pierwszej drużyny w roli głównego szkoleniowca.

 

Dwukrotnie miał Pan epizody jako pierwszy. Najpierw przejął Pan drużynę po Franciszku Smudzie.

 

To był epizod, na trzy-cztery tygodnie. Co ciekawe, pierwszy mecz prowadziłem z marszu. Pojechaliśmy do Lubina, gdzie w odstępie czterech dni graliśmy z Zagłębiem - najpierw w rozgrywkach o  Puchar Polski, a potem w lidze. Mecz w PP prowadził jeszcze Smuda, ale po przegranej 1:4 został zdymisjonowany. Parę dni później już ja prowadziłem drużynę w lidze…

 

 

…i przegrał Pan tylko 1:3. Był postęp!

 

No tak, choć w te trzy dni absolutnie nie mogłem nic z drużyną nowego wypracować. Potem były dwa kolejne mecze w Warszawie, oba wygrane, i przyszedł na stałe nowy trener.

 

Pan wiedział, że jest tylko tymczasowym, czy była szansa, by dostał Pan szansę na dłużej?

 

Kierownictwo klubu mówiło mi, że „zobaczymy, jak się sytuacja ułoży”, dostałem nawet papier z nominacją na pierwszego, ale nieoficjalnie doskonale wiedziałem, że klub w tym samym czasie negocjuje z Dragomirem Okuką. Okuka bywał też już na moich meczach, przyglądał się zespołowi i było jasne, że jestem tu tylko na chwilę. To było świetne doświadczenie, by poprowadzić pierwszą drużynę w trzech meczach, ale komfortu pracy nie miałem żadnego.

 

Po przyjściu Dragomira Okuki został Pan jego asystentem. Ambicja pozwoliła na takie rozwiązanie?

 

Nie miałem żadnych wątpliwości. Być może wielu bardziej doświadczonych trenerów postąpiłoby inaczej, ale ja wtedy dopiero budowałem swoje trenerskie CV i nie czułem jeszcze, że to właściwy moment na ubieganie się o posadę pierwszego. Przyszedł trener z zagranicy, doświadczony, więc były świetne warunki do poprawienia warsztatu. Okuka miał swoje schematy, zasady, dużo przy nim zyskiwałem. Od razu po przyjściu do szatni spytał mnie, czego w tym momencie potrzebuje drużyna. Wskazałem na słabe przygotowanie fizyczne. Wziął to sobie do serca i od marca mocno postawił właśnie na nie. To był okres, gdy na treningach było dużo zajęć siłowych i wytrzymałościowych.

 

 

Piłkarze przyjęli to ze zrozumieniem?

 

Zawodnicy wiedzieli, że Okuka miał pełne poparcie zarządu klubu, więc nie protestowali. Każdy wiedział, że Okuka był tam na dłużej. Byli piłkarze, którzy byli niezadowoleni z tak ciężkich treningów - jak na przykład Citko czy Piekarski - ale Okuka robił swoje. Trener wiedział, że sezon 2000/01 był już przegrany, więc robił podbudowę pod kolejny. I to przyniosło efekt - wprawdzie nowy sezon Legia zaczęła słabo, ale skończyło się mistrzostwem Polski. Gdyby Okuka nie miał pełnego poparcia zarządu sezon wcześniej, to pewnie nie skończyłoby się to tak pięknie.

 

Teraz znów mamy szkoleniowca z jugosłowiańskiej szkoły. Warto dać Jozakowi dłuższą szansę?

 

„Szkoła jugosłowiańska”... Teraz już nie ma mowy o narodowych szkołach, wszystko się wymieszało. Setki międzynarodowych szkoleń, kursów, konferencji, stażów w zagranicznych klubach. Jeden kraj może teraz mieć 10 różnych systemów pracy. Nie sądzę, żeby metody pracy trenera Jozaka były podobne do metod trenera Okuki. Natomiast jak najbardziej jestem zwolennikiem długofalowej wizji pracy trenera w jednym klubie. Nie da się oceniać jego pracy po dwóch-trzech miesiącach. Kiedyś trenerzy mieli większy komfort, bo przez dwa-trzy sezony pracowali z bardzo podobną grupą zawodników. Zmiany były niewielkie. Dziś, co pół roku odchodzi pięciu i dochodzi nowych pięciu piłkarzy. Jak więc w takich warunkach uczyć zespół schematów gry?

 

 

Drugi raz stanowisko pierwszego trenera Legii przejął Pan po Dariuszu Kubickim w 2004 roku.

 

Było trochę bałaganu przy tej zamianie. Po zwolnieniu Kubickiego nie było oficjalnej decyzji zarządu, kto zostaje jego następcą, więc powstało szkoleniowe trio - Lucjan Brychczy, Jacek Zieliński i ja. Treningi prowadziliśmy we trzech, ale jasne było, że taka sytuacja nie może długo trwać, bo zawsze musi być jeden, decydujący człowiek. Poszliśmy na spotkanie z zarządem klubu, by poznać ich wizję i oni podtrzymali zdanie, byśmy pracowali we trzech. Jacek Zieliński próbował wtedy przejąć pałeczkę jako pierwszy trener, a my z Luckiem nie wiedzieliśmy jak mamy tą sytuację rozumieć. Tak nie powinien funkcjonować sztab... Co więcej, z tego grona tylko ja miałem uprawnienia do prowadzenia drużyny w ekstraklasie, więc formalnie to ja byłem wpisywany do protokołu jako I trener.

Sytuacja była bardzo dziwna, bo nie ja układałem taktykę, nie ja dobierałem piłkarzy do meczu, a musiałem się z tego tłumaczyć na konferencjach prasowych. Pamiętam sytuację z Poznania, gdy dziennikarze zapytali mnie czy nie pora na zmianę taktyki, czy ludzi do grania. Jako, że nie byłem odpowiedzialny za takie wybory Jacka Zielińskiego, to powiedziałem - zgodnie z prawdą - że taktyka czy dobór personaliów to jedno, ale ciężko jest odpowiednio ustawić drużynę, jeśli niektórzy piłkarze nie są w stanie dokładnie kopnąć piłki na 15 metrów. Zawodnicy mieli do mnie pretensje za te słowa.

 

Chyba słusznie?

 

Być może tak, ale ja wyszedłem z założenia, że skoro to zawodnicy grający w ekstraklasie, a niepotrafiący kopnąć prosto piłki na kilkanaście metrów... To jest Legia Warszawa. Jeśli mieliśmy najlepszych piłkarzy w lidze, a nie funkcjonowała podstawa - bo umiejętność podania, to element, nad którym trener nie ma prawa w ogóle się zastanawiać na takim poziomie - to znaczy, że coś tam nie grało.

 

Ostatecznie na stałe trenerem został Jacek Zieliński.

 

Dla wszystkich było to korzystne, że sytuacja została wyjaśniona, bo taki bałagan nie był potrzebny ani nam, ani piłkarzom. Dostał tymczasowe uprawnienia, mógł już samodzielnie prowadzić drużynę.

 

Rozpoznaję żal w Pana głosie.

 

Liczyłem na inne rozwiązanie. Byłem już wtedy gotów, by samodzielnie prowadzić zespół.

 

 

Czego zabrakło?

 

Może nazwiska? Może doradców, którzy by odpowiednim ludziom zachwalali moją kandydaturę? Może za mało się rozpychałem? Wiele osób mi mówiło, że zbyt cicho zgłaszałem swój akces, nie było widać mojej kandydatury. Chociaż ja uważam, że jeśli człowiek ma predyspozycje - a ja uważam, że je miałem; byłem w Legii najpierw jako piłkarz, potem przez wiele lat jako trener, dodatkowo ukończyłem AWF - to taka kandydatura się sama obroni. Miałem swoje atuty, które stawiały mnie po właściwej stronie, ale stanowisko dostał Jacek Zieliński.

 

Współpraca z trenerem Zielińskim już lepiej się układała?

 

Zdecydowanie. Każdy wiedział, jaką ma rolę, jakie zadania.

 

Rolę asystenta przyznało Panu czterech trenerów - Okuka, Smuda, Kubicki i Zieliński. U każdego z nich miał Pan podobne obowiązki i możliwości pracy, czy każdy z tych trenerów inaczej korzystał z Pana zasobów?

 

U Okuki funkcjonowałem głównie jako łącznik między trenerem, a piłkarzami. Okuka nie znał języka polskiego, więc w szatni komunikował się mieszanką wielu języków - serbskiego, szwedzkiego, angielskiego, rosyjskiego i polskiego. Grałem wiele lat w Finlandii, znałem podstawę szwedzkiego, znam również rosyjski i angielski, więc potrafiłem sprawnie przekazywać te wskazówki do piłkarzy. To była nietypowa rola, bo musiałem pracować na ogromnej koncentracji, by w kilku słowach właściwie przekazać myśli trenera. Oprócz tego wykonywałem również typową pracę II trenera - prowadzanie zajęć czy rozgrzewek.

 

U Smudy?

 

To był jeszcze czas, gdy pierwszy trener starał się zarządzać wszystkim. Dziś sztab składa się z wielu osób, z których każdy odpowiedzialny jest za inny obszar treningu. Smuda zajmował się więc wszystkim - przygotowaniem fizycznym, taktyką, szkoleniem w ataku i w obronie. U niego i u Zielińskiego zajmowałem się więc tym, czym na ogół zajmuje się II trener.

 

 

U Kubickiego również? Czytałem, że z Kubickim się świetnie uzupełnialiście, często z Panem konsultował najważniejsze decyzje.

 

Z Darkiem znałem się od lat, graliśmy razem w Legii w latach 80. I faktycznie, wiele razem rozmawialiśmy o funkcjonowaniu drużyny, o wizji, o tym jak budować zespół. To przyniosło dobry efekt, mieliśmy świetny sezon, szczególnie wiosnę 2004 roku, gdy niewiele zabrakło do zdobycia mistrzostwa Polski.

 

Praca drugiego trenera była w Legii łatwiejsza, mniej stresująca niż pierwszego? Czy jednak asystent dodatkowo czuje też presję ze strony przełożonego?

 

Praca asystenta na pewno wiąże się z mniejszą presją. Pierwszy trener odpowiada za całość, na nim skupia się cała odpowiedzialność za wyniki zespołu. Pozostali trenerzy i członkowie sztabu są tylko do pomocy, odpowiadają tylko za niewielkie wycinki swojej pracy. Wszystko scala szef, to on się podpisuje pod drużyną swoim nazwiskiem.

 

Wielokrotnie był Pan też głównym trenerem Legii II. Lepiej być drugim w pierwszej drużynie, czy pierwszym w drugiej drużynie?

 

Dla każdego szkoleniowca bycie pierwszym jest podstawą i sensem całej kariery. Każdy z nas dąży do bycia najważniejszym członkiem sztabu, by móc samemu decydować i samemu brać odpowiedzialność za drużynę. Tak było ze mną w Legii. Prowadząc drugą drużynę czułem się bardziej spełniony, miałem możliwość się wykazać, realizować jako trener. Zdecydowanie lepiej się czułem w tej właśnie roli.

 

 

Jakie cele stawiano przed tą drugą drużyną? Wyniki w lidze, czy tworzenie młodych zawodników?

 

Zdecydowanie kształtowanie piłkarzy. Drużyna rezerw ma specyficzną rolę jako wsparcie pierwszej drużyny. Także moja praca jako trenera była nietypowa. Przez cały tydzień pracowałem z określoną grupą zawodników. Dzień w dzień, trening za treningiem, ci sami ludzie. W dniu meczu dostawałem informacje z góry, kto z jedynki jedzie na mecz z nami. Wiadomo było, że tylu ile spadało z I drużyny, tylu samych musiało wypaść z dwójki. Trzeba było więc umiejętności psychologa, by przekonać chłopców z II drużyny, że jest sens dalej trenować i podtrzymać w nich chęć do pracy, mimo tego, że tuż przed meczem dowiadywali się, że wypadają z drużyny.

 

Zsyłanie zawodników z I drużyny do rezerw ma sens?

 

Rezerwy na ogół grają dwie-trzy klasy niżej niż pierwsza drużyna. Dla zawodnika z jedynki takie mecze to jedynie możliwość do zaspokojenia potrzeby grania minut. Czasem lepiej zagrać w miesiącu trzy-cztery mecze w III lidze, niż 10 minut w ekstraklasie. Natomiast inną kwestią jest to, jak ci piłkarze podchodzili do swoich obowiązków, ile wyciągali z tych meczów...

 

Rozumiem, że wielu z nich przychodziło odbębnić mecz, bez większego zaangażowania?

 

Bywało różnie. Wzorem powinien być Łukasz Fabiański, który zawsze podchodził z pełnym zaangażowaniem do meczów drugiej drużyny. Nie sprawiało mu problemu wyniesienie z autokaru piłek czy sprzętu na mecz. Traktował mecze dwójki bardzo serio. Ale byli i tacy, którzy nie podchodzili - mówiąc delikatnie - na pełnym zaangażowaniu. Czasem miałem w dwójce nawet do 10 zawodników, którzy trenowali z pierwszą drużyną, a mecze przegrywaliśmy. Nie chcę natomiast mówić o nazwiskach, bo nikomu to już nie jest potrzebne. Wystarczy przejrzeć składy i wyniki tamtych meczów.

 

 

Nie było narzędzi, by ich mobilizować czy wymagać?

 

Po pierwsze, aby piłkarz mógł zagrać w II zespole, to musiał mieć taki zapis w kontrakcie, co nie było oczywiste. Natomiast kwestia motywacji tych piłkarzy nie leżała w mojej gestii, tylko pierwszego trenera. Ja po każdym meczu przekazywałem raport i informowałem pierwszą drużynę, jak dany zawodnik wypadł w meczu rezerw. Czasami pierwszy trener wyciągał konsekwencje, a czasami nie miało to dla niego znaczenia.

 

Infrastruktura, a raczej jej brak, przy Łazienkowskiej - dla drugiej drużyny, to był faktyczny problem, czy to tylko mało istotne usprawiedliwienie?

 

Warunki treningu mają przełożenie na jakość pracy, jaką się wykonuje. Pracując w Legii mieliśmy do dyspozycji tylko jedno boczne boisko, na którym II zespól mógł trenować, a i tak murawa była tam w bardzo kiepskim stanie. Na drugim bocznym mógł trenować tylko pierwszy zespół. Czasami korzystaliśmy nawet z zakola głównego boiska, ale przecież to nie miało nic wspólnego z profesjonalnym trenowaniem. Gdy padał deszcz czy śnieg, to już w ogóle robił się poważny problem.

Baza treningowa, to podstawa do rozwoju wszystkich klubów. Będąc na kursie trenera UEFA A słuchałem wystąpienia trenera z Ukrainy, który opowiadał nam jak wyglądają ośrodki szkoleniowe na Ukrainie. Utkwiło mi w pamięci, że tam ogromne pieniądze były zainwestowane nawet w fontannę stojącą przed głównym budynkiem. A co dopiero mówić o boiskach, salach do ćwiczeń, siłowni, odnowie i całej reszcie. A to był 2004 rok, ponad 10 lat temu! My do dziś o takim ośrodku na Legii możemy tylko pomarzyć.

 

Czy zawsze taki wersal jest potrzebny, by ukształtować młodego zawodnika? W Brazylii, Argentynie, Nigerii czy Ghanie, chłopcy trenują na piachu czy asfalcie, a mają świetną młodzież...

 

To są południowcy, mają inną strukturę mięśni, inne przygotowanie fizyczne. Od razu mają przewagę. Są też znakomici w sferze techniki, bo w piłkę grają od bladego świtu do później nocy. Piłka tam jest sportem masowym, wszystkie dzieciaki w nią grają, więc siłą rzeczy jest z czego wybierać.

Kiedyś pojechałem do Brazylii, by dla trenera Smudy pooglądać kilku piłkarzy. Przedstawiciel klubu chciał pokazać mi jak u nich wygląda praca z młodzieżą. Był wieczór, okolice 22., zajechaliśmy do centrum miasta, a tam na boisku wielkości orlika setki dzieci! Jedni wchodzili, drudzy schodzili, ale grali. Pamiętam też internat, który był w fatalnym stanie - jedna wielka hala, przedzielona płytami z kartonu, po dwa łóżka i stolik na każdy boks.

 

 

Takie surowe warunki nie wykuwają odpowiedniego charakteru u młodego piłkarza?

 

Są różne szkoły i różne systemy szkolenia. Często to kwestia wychowania, kultury danej społeczności. W Polsce nikt by nie posłał swoich dzieci do tak wyglądającej akademii. Ale faktem jest, że dzieci pochodzące z biedniejszych rodzin, często maja większe parcie na sukces. Młodzi, którzy wszystko mają mogą się łatwo zniechęcić, po ciężkim treningu zastanawiają się czy taki wysiłek ma sens, skoro można ten czas i energie poświęcać na wiele innych zajęć. Natomiast dziecko, które wychowało się w surowych warunkach wie, że tylko trening i ciężka praca może pozwolić mu zajść wysoko.

 

Wielu w Legii było takich, którzy zapowiadali się fenomenalnie, a skończyli z niczym?

 

W każdym klubie, w każdym kraju, są takie historie. W Legii też. Do drugiej drużyny ściągało się wielu młodych, zdolnych chłopaków z całej Polski, bo w Legii nie było miejsca na przeciętność. Potem jednak wielu z nich nie rozwijało się tak jak powinno, wielu przegrywało z kontuzjami, czy po prostu z innymi zajęciami. Najlepsi i najwytrwalsi zaczynali treningi z pierwszym zespołem, co już było wielkim wyróżnieniem. Każdy z nich wiedział, że mając w CV grę w rezerwach Legii mogli spokojnie szukać klubów w II czy nawet I lidze. Inne kluby były świadome, że skoro ktoś był w Legii, to znaczy, że jest ponadprzeciętnym zawodnikiem, bo nikt tu nie trafiał z przypadku.

 

 

Nie sposób w tym momencie nie spytać o historię Roberta Lewandowskiego. Miał go Pan na wyciągnięcie ręki...

 

Lewandowski trafił do Legii tuż po kontuzji. Wiele jest zarzutów, że w Legii się na nim nie poznaliśmy, ale sam Lewandowski może przyznać, że był wtedy po kontuzji, nie był w najwyższej formie. Natomiast, oczywiście, jego potencjał został niezauważony, ale nie ma żadnego klubu na świecie, który się w tej kwestii nie myli. Czasem stawia się na niewłaściwego konia, a ten właściwy jest niezauważony. Po pewnym czasie zespół rezerw miał być rozwiązany. Zadzwonił do mnie prezes Znicza z pytaniem, którego z chłopaków mogę polecić do Pruszkowa. Wskazałem dwóch - Paluchowskiego i Lewandowskiego. Zamiast do pierwszej drużyny, „Lewy” poszedł więc do Pruszkowa.

 

Uczyniono coś w Legii, by nie popełnić podobnego błędu?

 

Ciężko mi mówić jak teraz wygląda ten temat, bo mnie nie ma już przy Łazienkowskiej. Natomiast jak tylko Lewandowski zaczął wypływać na szersze wody, to z ciekawości przejrzałem jego wyniki testów z czasów Legii. Wyróżniał się przede wszystkim swoim wyskokiem dosiężnym. W treningu miał tak zwany timing i mocny strzał z lewej i prawej nogi.

Natomiast wydaje mi się, że dla Roberta droga, którą poszedł - czyli Znicz Pruszków, Lech, Borussia i Bayern - była optymalnie skrojona. Nie miał dużych przeskoków, jak na przykład Bartosz Kapustka, Radosław Matusiak czy Dawid Janczyk. Lewandowski szedł stopniowo w górę, a ponadto trafił na znakomitego fachowca, jakim jest Jurgen Klopp. To trener, który potrafi znakomicie pracować zarówno z gwiazdami, jak i z młodymi zdolnymi, jak wówczas Lewandowski. Bardzo mądry trener. Dodatkowo trzeba też podkreślić charakter „Lewego” - nie marudzi, nie płacze, nie boi się ciężkiej pracy. Pamiętam, że zawsze był przygotowany do treningu, sam przychodził i pytał czy wziąć na boisko jakiś sprzęt. Niezwykle ułożony, mądrze wychowany chłopak. Podobnie jak, na przykład, Łukasz Fabiański.

 

 

W obecnej Legii widać gdzieś jeszcze ślad po pracy trenera Gawary?

 

Nie wydaje mi się. Z moich czasów został już w zasadzie tylko jeden człowiek - Aco Vuković. Cała reszta, zarówno, jeśli chodzi o personalia jak i w ogóle wygląd klubu - pod każdym względem - zmieniła się diametralnie.

 

Zapraszam do pytań ankietowych. Najlepszy i najsłabszy piłkarz, z którym pracował Pan w Legii?

 

Piekarski, Citko, Zieliński, Saganowski, Rzeźniczak, Choto, Omeljańczuk... Ci piłkarze od razu przychodzą mi na myśl, gdy myślę, o tych najlepszych. Z nich postawiłbym na Jacka Zielińskiego - stały, wysoki poziom, profesjonalne podejście do treningów, kapitan Legii, świetne mecze w reprezentacji. Swoją osobowością dawał oparcie młodszym zawodnikom, mieli się od kogo uczyć. Był takim kimś, kim niedawno był Ofoe.

Dziś pracuję z dziećmi i młodymi piłkarzami i dziwi mnie u nich brak chęci do podpatrywania starszych. Gra mecz pierwsza drużyna, a na trybunach niewielu z młodych. Tłumaczę im: „Idźcie oglądać, uczcie się. Chcecie być tacy jak oni, a nawet nie wiecie jak grają”.

 

Najsłabszy lub ten, który najbardziej nie wykorzystał swojego potencjału?

 

Po Dawidzie Janczyku było widać, że może zajść wysoko - był silny, szybki, miał świetne uderzenie. Mimo bardzo młodego wieku już dobrze radził sobie w lidze. Za wcześnie postanowił zostawić Legię i przejść do CSKA. Za duży przeskok. Nie miał jeszcze wystarczająco doświadczania, ogrania ligowego. Tego nie da się nauczyć na treningach, to trzeba wypracować w meczach. Myślę, że za blisko Dawida był jego menadżer, który jeździł z nim na każdy mecz. Dawid wtedy potrzebował ciężkiej pracy, a nie poklepywania po plecach.

 

 

Najlepszy i najgorszy trener, z którym Pan współpracował przy Łazienkowskiej?

 

Z jednej strony żaden nie był trenerem idealnym, bo takich nie ma, a z drugiej od każdego mogłem się wiele nauczyć. Idealne więc byłoby połączenie ich umiejętności i cech osobowych. Jak już wspomniałem, dla mnie wzorem trenerskim jest Klopp - znakomicie radzi sobie z każdym profilem piłkarza, czego przykładem jest świetne wykorzystanie potencjałów Lewandowskiego, Błaszczykowskiego i Piszczka.

 

Najlepszy kolega z Legii i ten, z którym się unikaliście?

 

Koniec mojej współpracy ze Smudą być dość burzliwy. Smuda miał mi za złe, że wskazałem na słabe przygotowanie fizyczne drużyny po jego pracy w Legii. Wszystko już sobie jednak wyjaśniliśmy. On dość mocno zareagował na początku, potem ja się zagotowałem. Od tego czasu kilka razy się spotkaliśmy, mamy normalne relacje.

Najlepszy kontakt zawsze miałem z Jurkiem Kraską, z którym przepracowałem w Legii aż osiem lat. Zmienialiśmy się na stanowiskach pierwszego i drugiego trenera w rezerwach. Współpracowało nam się bardzo dobrze.

 

 

Najlepszy i najgorszy mecz w trakcie pracy z Legią?

 

Najlepsza była cała wiosna 2004 roku, gdy z Darkiem Kubickim udało nam się zbudować bardzo fajny zespół. Kilka spotkań mieliśmy bardzo udanych, szkoda, że tak niewiele zabrakło do tytułu.

Najgorsze mecze? Też z Kubickim. Najpierw pojechaliśmy do Białegostoku na mecz pucharowy z Jagiellonią i tam wypadł nam ze składu Jarzębowski. Cztery dni później graliśmy najważniejszy mecz sezonu z Wisłą w Krakowie. Przegraliśmy 0:1, a remis dawałbym nam szanse na mistrzostwo. Jadąc na ten mecz już wiedzieliśmy, że bez „Jarzy” będzie nam ciężko... Co ciekawe, przed tym meczem z Jagiellonią, białostoczan mocno pompował Tomek Frankowski, który grał wtedy właśnie w Wiśle, a sam pochodził z Białegostoku.

 

Najlepsze i najgorsze wspomnienie z Łazienkowskiej?

 

Z uśmiechem wspominam moje historie z Andrzejem Czyżniewskim. Jako zawodnik strzelałem gola co trzy lata (śmiech). I tak, grając jeszcze w Ruchu Chorzów, strzeliłem gola Bałtykowi Gdynia, którego bramki bronił właśnie Andrzej. Nieco później Bałtyk przyjechał na Legię, w barwach której już grałem. W ich bramce - Andrzej. Przed meczem serdecznie się z nim przywitałem - bo byliśmy kolegami z województwa bydgoskiego - i przypomniałem mu brameczkę sprzed kilku lat. „Raz kopnął piłkę prosto i mu wpadła” - Andrzej mi na to. „Siedź cicho Andrzejku i uważaj, żebym ci dziś drugiej nie strzelił”. I co? Oczywiście, znów mu strzeliłem. Nie mógł się z tym pogodzić (śmiech).

Najmniej przyjemny jest dla mnie fakt, że nigdy nie zdobyłem mistrzostwa z Legią. Jako piłkarz mam dwa wicemistrzostwa. Podobnie jako trener. Dopiero w Finlandii udało mi się ten tytuł zdobyć jako zawodnik - w 1994 roku z TPV Tampere, choć wiadomo, że to nie to samo, co z Legią.

 

Rozmawiał: Nikodem Chinowski


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 229
PLN
Cena 299
PLN
Cena 99
PLN