Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2018-11-07 19:16:00
Newsletter

Krzysztof Kłoszewski - Skazany nr 0003

Autor: Maciej Dobrowolski, PG Fot. Jacek Prondzynski, Archiwum Krzysztofa Kłoszewskiego
Zapraszamy na trzeci odcinek kultowego cyklu pt. ''Skazani na Legię'', który niegdyś ukazywał się na łamach Tygodnika Kibiców ''Nasza Legia''. Kolejnym gościem Maćka Dobrowolskiego jest Krzysztof Kłoszewski - warszawiak, który pierwszy raz na trybunach stadionu przy Ł3 zasiadł w drugiej połowie lat 70. Swojej pasji oddany jest bezgranicznie, kibicując nie tylko piłkarzom, ale także sportowcom innych legijnych sekcji.

 

Z hokeja na piłkę

Moje początki na Łazienkowskiej, to był rok 1978 lub 79, dokładnie już nie pamiętam. Chodziłem wtedy do szkoły podstawowej i starsi koledzy z podwórka bardzo dużo opowiadali o Legii. Przysłuchiwałem się tym opowieściom z wypiekami na twarzy i wreszcie padło do mnie sakramentalne pytanie: „małolat, co będziesz tak siedział na ławce, jedziesz z nami na mecz?”. Po którejś takiej namowie ruszyłem razem z nimi. W przeciwieństwie do wielu kibiców nie zacząłem od piłki tylko od hokeja na lodzie.

 

 

Możliwe, że był to mecz Wojskowych z drużyną Stoczniowca. Któryś z kolegów zrobił mi coś na wzór trąbki z klisz, które były wtedy dostępne i popularne. Na mecz piłkarski trafiłem niedługo po tym. Było to o tyle prostsze, gdyż w tamtych czasach bardzo często mecze hokejowe były tego samego dnia, tyle że wcześniej niż te piłkarskie. Zazwyczaj prosto z Torwaru przechodziło się na drugą stronę ulicy na stadion. Naturalną koleją rzeczy wciągnąłem się więc w to wszystko. Można powiedzieć, że miłość do Legii trafiła na bardzo podatny grunt.

 

 

Wielkie nazwiska, wielkie mecze

Pierwsze lata mojej fascynacji Legią, to były takie czasy, że gra piłkarzy naszego klubu stała na naprawdę wysokim poziomie i głównie to dlatego przychodziło się na stadion. Nie było tak dobrze zorganizowanego ruchu kibicowskiego jak dziś. Jeden z pierwszych meczów, który mocniej utkwił mi w pamięci, to było spotkanie z Górnikiem Zabrze. Stało się tak przede wszystkim dlatego, że nasz idol trybun - Kaziu Deyna, dostał wtedy chyba jedyną w swojej karierze czerwoną kartkę. Najbardziej zdziwiło mnie, że kilku chłopaków z „Żylety” przeskoczyło przez barierkę i pobiegło prosto do Deyny... wręczyć mu goździki. Zastanawiałem się wówczas, kto przychodzi z kwiatami na Legię? Zagadka szybko się rozwiązała, bo już na kolejnym meczu zobaczyłem delegację kibiców wręczających kwiaty sędziom i kapitanom drużyn. To był taki dziwny rytuał tamtych czasów.

 

 

Innym niezapomnianym meczem było pożegnanie Kazia Deyny w meczu z Manchesterem City. Scenariusz był łatwy do przewidzenia. Deyna miał zagrać jedną połowę w Legii, drugą w Manchesterze i zgodnie z przewidywaniami miał strzelić po jednym golu. Tak też się stało, a wygraną Legii zapewnił Marek Kusto, który przyszedł w tamtym okresie do naszego klubu z Wisły Kraków. Zapamiętałem tego zawodnika jeszcze z innego zdarzenia. Legia grała w Pucharze Polski z Zagłębiem Sosnowiec. W naszym zespole grał Tadeusz Nowak. Przegrywaliśmy wtedy 0:1 i kiedy już spora część kibiców wychodziła ze stadionu „Ferrari”, bo taki przydomek miał Nowak, strzelił główką na 1:1. Doszło wtedy do rzutów karnych i właśnie Marek Kusto go przestrzelił, przez co odpadliśmy z tych rozgrywek.

 

 

Zdarte gardło i wyścigi

Na pierwszy wyjazd pojechałem do Opola na mecz z Odrą. Zapamiętałem tę wyprawę głównie ze względu na zdarzenia, jakie miały miejsce w drodze powrotnej. Wracaliśmy autokarem, tzw. „ogórkiem”. Miejscowi kibice tak nas pożegnali, że autokar został pozbawiony kilku szyb i nie nadawał się do jazdy. Pojechaliśmy wówczas do jakiejś jednostki wojskowej i zamiast szyb powstawiano nam kawałki blachy. Dopiero tak opancerzeni wróciliśmy do Warszawy. Te pierwsze mecze wyjazdowe zaliczałem bez wiedzy rodziców. Tak było do czasu wyprawy na ŁKS, kiedy wróciłem do domu bardzo zachrypnięty od dopingu.

 

 

Jako, że mój tata był dżokejem na wyścigach konnych, miałem dobre wytłumaczenie dla stanu swojego zdartego gardła. Mama jednak niedowierzała moim tłumaczeniom, a sprawę ostatecznie rozwiązał tata, który powiedział, że nie widział mnie na wyścigach i że na bank byłem w Łodzi. Tak też się sprawa wydała, ja dostałem jakąś karę, ale od tamtego czasu mogłem już oficjalnie jeździć za Legią.

 

Rehabilitacja na Legii

W 1983 roku poszedłem na dwa lata do wojska. Założyłem pierwszą rodzinę, później miałem wypadek, w wyniku którego straciłem nogę. Do tego doszły kłopoty z kręgosłupem i musiałem trochę odpuścić czynne kibicowanie. Oczywiście pojawiałem się czasami na meczach, ale nie było to już tak systematyczne. Dopiero od pięciu lat jestem na wszystkich możliwych meczach. Dorobiłem się nawet stopnia „generała”, czyli oznaczenia osoby, która przez długi czas nie opuściła żadnego meczu. Jeżdżę też na mecze koszykówki, rugby, siatkówki i spotkania drugiej drużyny. Zaangażowałem się też w Stowarzyszenie Kibiców Niepełnosprawnych. Na tym akurat polu jest wiele do roboty.

 

 

Wiadomo, że wyjazdy kosztują, a kibice niepełnosprawni nie mogą jeździć takimi samy środkami transportu jak inni. Zazwyczaj jest to autokar specjalnie przystosowany dla niepełnosprawnych. Poza własnymi składkami staramy się pozyskiwać środki na naszą działalność kibicowską, dlatego często przeprowadzamy różnego rodzaju licytacje pamiątek i inne akcje, które wspomagają nas w naszej pasji. W miarę możliwości staramy się być na większości wyjazdów. Gros gospodarzy stadionów na których jesteśmy przyjmuje nas z otwartymi rękami, poza Cracovią i Wisłą, gdzie miejsca dla niepełnosprawnych są praktycznie obok kibiców miejscowych. Dwa lata temu udało nam się całą grupą kibiców niepełnosprawnych polecieć na mecz do Amsterdamu. Staramy się w miarę możliwości bywać na wszystkich stadionach. Ja nie wyobrażam sobie życia bez Legii. Wszyscy z mojego otoczenia przyzwyczaili się do tego, że znaczna część mojego czasu, to podróże na większość aren sportowych, na których występują legioniści. Moja żona często powtarza i całkowicie się z nią zgadzam, że Legia to jest moja rehabilitacja od wszystkich schorzeń, jakie mnie w życiu dotknęły.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Krzysiu tak trzymaj Teraz rozumiecie dlaczego warto pomagać naszym niepełnosprawnym kibicom, oni są tego najbardziej warci, coś co u nas przychodzi bez barier, dla nich jest dodatkowym wyzwaniem. Akcje dla Łukasza na wózek, dla Bartka na samochód, czy akcja przekazywania nagród z Legionów dla naszych kibiców ( o którą się upominam i rozmawiam z przedstawicielami Legii od ponad roku ) są warte naszego zainteresowania. Ci ludzie są najgodniejszymi kibicami Legii

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 159
PLN
Cena 69,90
PLN
Cena 249
PLN