Legia Warszawa
vs Termalica
Czas do meczu
Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2017-05-04 10:39:00
Newsletter

Ks. Zapolski: Jestem człowiekiem, mam prawo do nerwów

Autor: Nikodem Chinowski Fot. Janusz Partyka, Mateusz Kostrzewa, Adam Polak, Eugeniusz Warmiński/Archiwum Legii
Jaki wkład w marketing Legii miała Kuria Warszawska? Którzy legioniści byli najbliżej Kościoła? Jak udało się zorganizować mszę dla piłkarzy Legii na stadionie FC Barcelona? Jak ksiądz znosił koszarowy klimat szatni piłkarskiej? – na te pytania w cyklu „Powrót do Przeszłości” opowiada były kapelan Legii, ksiądz Mariusz Zapolski.

Ksiądz częścią drużyny piłkarskiej i to w czasach PRL. Jaka jest geneza tej historii?

 

Ks. Mariusz Zapolski: Początek historii to czerwiec 1989 roku, a miejsce to parafia w Tłuszczu, w której byłem wikariuszem. Organizowaliśmy turniej piłkarski dla dzieci, którego gwiazdą był grający w Legii Romek Kosecki. I to taką gwiazdą, że - jak sam mówi - rozdał wtedy najwięcej autografów w życiu! W tych okolicznościach Romek zaproponował mi, wiedząc o moim zainteresowani piłką, żebym został kapelanem Legii. Pomysłowi przyklasnął ówczesny trener zespołu Rudek Kapera i słowo zamieniło się w ciało.

 

 

Obaj mieli taką siłę przebicia, że ewentualny głos sprzeciwu ze strony wojskowych władz Klubu był ciszą?

 

Kosecki, mimo, że dopiero przyszedł z Gwardii, miał mocną pozycję w drużynie, więc widocznie była ona wystarczająco mocna na całą strukturę Klubu. Kapera, który był człowiekiem religijnym, również uważał, że obecność księdza może drużynie tylko pomóc, co też miało znaczenie przy początkach mojej pracy.

 

Propagowanie wartości chrześcijańskich trafiło na opór wojskowych władz Klubu?

 

Z racji tego, że Legia była klubem wojskowym, to była związana z ateistycznym establishmentem. Pokazanie publicznie księdza było w tych warunkach dziwne. Z drugiej strony, to był już czas początku przemian i upadku systemu, więc następowało pewne rozluźnienie. Nie mogli bezpośrednio, w otwartej walce postawić się takiej woli piłkarzy. Musieli to przyjąć za normalność - ksiądz wyszedł z posługą do wiernych, tak samo, jak wychodzi do każdego innego miejsca pracy. W tym wypadku wyszedł do sportowców tak, jak wcześniej wychodził do górników czy stoczniowców. 

 

 

Nie było niemiłych sytuacji, gdy ktoś jawnie pokazywał, że CWKS Legia to nie miejsce dla księdza?

 

Gdy jechaliśmy na mecz do Barcelony, to musieliśmy odbierać paszporty z Centralnego Ośrodka Sportowego. Urzędnik z ramienia Ministerstwa Spraw Wewnętrznych bardzo wyraziście pokazał, że mu się moja osoba nie podoba - dał mi paszport z wielkim wyrzutem, jakby psu ochłap rzucał. Ale to wszystko, co mógł pokazać - miałem zgodę z góry, więc paszport wydać mi musiał. 

 

W strukturach klubowych zdarzali się wojskowi, którzy oficjalnie byli nastawieni antykościelnie, ale prywatnie mieli odmienne poglądy?

 

Tacy ludzie z pewnością byli, ale nie obnosili się z tym. Byli w stosunku do mnie po prostu obojętni.

 

Rozumiem, że rola księdza w Legii rozszerzyła się również do funkcji psychologa sportowego?

 

Każdy ksiądz, z tej racji, że w seminarium studiuje elementy psychologii, także w tej dziedzinie służy pomocą. Posługa duszpasterska, to przecież również oddziaływanie na  psychikę drugiego człowieka. W świecie sportu, każdy zawodnik, który jest słaby psychicznie, jest też słaby fizycznie. I vice versa. 

 

 

Proszę przybliżyć kulisy niezwykłej mszy, jaką ksiądz odprawił przed meczem FC Barcelona - Legia na stadionie Camp Nou w 1989 roku.

 

Przygotowania do tego wydarzenia zaczęły się na długo przed meczem. Legia zwróciła się z oficjalnym pismem do prymasa Glempa z pozwoleniem, abym mógł - jako ksiądz - jechać z drużyną do Hiszpanii. Prymas się zgodził, co było ewenementem, bo wtedy nie zdarzało się, aby ksiądz wyjeżdżał z posługą kapłańską zagranicę, a już szczególnie z drużyną sportową. Po drugie, musieliśmy mieć zgodę biskupa diecezji, do której należała kaplica stadionowa. To też się udało. Paradoksalnie największy problem mieliśmy z... polskimi dziennikarzami. Gdy temat ujrzał światło dzienne, to okazało się, że wielu z nich chce wziąć udział w nabożeństwie. Naszym zamysłem było jednak odprawienie kameralnej mszy dedykowanej tylko zespołowi. W skupieniu, spokoju, bez rozgłosu. Chcieliśmy być sami. Posłużyliśmy się fortelem - uroczystość była zaplanowana rano w dniu meczu. Po cichu przesunęliśmy plany na wcześniejszą godzinę, więc gdy dziennikarze zaczęli gromadzić się na stadionie, to my już kończyliśmy Eucharystię. 

 

Dziennikarze byli niepocieszni?

 

Część z nich zrozumiała nasz ruch, inni nie. Ci, którzy czuli, czym jest msza święta, i którzy nie chcieli robić z tego show, przyznali nam rację... Zresztą sama kaplica jest tak mała, że więcej niż dwadzieścia kilka osób nie pomieści. Nie było tam klimatyzacji, pot spływał mi po plecach. Na zakończenie powiedziałem do drużyny: „Panowie, jeśli się spocicie tak samo na meczu jak ja teraz, to będzie dobrze”. I było. Zagrali super mecz.

 

 

Kazanie miało wydźwięk motywacyjny?

 

Nawiązałem do biblijnej przypowieści o walce Dawida z Goliatem. Wszyscy szybko skojarzyli, że tym Dawidem jest Legia, a Goliatem Barcelona. Chciałem ich natchnąć, by byli sprytni, mądrzy, silni duchowo. Chwyciło. I to nawet osoby, które - jak same mówią - „nie narzucają się panu Bogu”, np. pana Lucjana Brychczego. Do dziś mi przypomina, że wtedy, tam w Katalonii, przeżył duchowo coś tak mocnego, że aż był cały wzruszony. Piłkarze też mi mówili, że zyskali pokój serca. Ale ja byłem tylko przekaźnikiem, to była zasługa Ducha Świętego.

 

Drugą pielgrzymkę sportową do wyjątkowego miejsca odbył ksiądz do Ziemi Świętej w 2011 roku.

 

Tak, to była moja druga podobna przygoda kapłańsko-piłkarska. Legia grała wtedy z Hapoelem Tel-Awiw w Lidze Europy i trener Maciej Skorża zaprosił mnie na ten wyjazd. Zdecydował nawet, że pojedziemy dzień wcześniej, by wykorzystać te chwile na zwiedzenie Ziemi Świętej. Byłem przewodnikiem całego zespołu po Jerozolimie. Wyjazd do tego miejsca był swoistą klamrą, która dopełniła moją obecność w Klubie Legia Warszawa. Pojechałem oczywiście już z młodszym pokoleniem piłkarzy, z innym ludźmi, ale z tą samą Legią. I to gdzie? Do najważniejszego miejsca dla każdego chrześcijanina! Mogę więc powiedzieć, że byłem z moją ukochaną drużyną w dwóch najważniejszych miejscach dla kibica piłkarskiego i katolika. Na jednym z największych i najpiękniejszych stadionów świata - Camp Nou i w Ziemi Świętej. Zmianę pokoleniową też poczułem bezpośrednio. W autokarze w Izraelu siedział przy mnie Kuba Kosecki, syn Romana, z którym 22 lata wcześniej zwiedzałem Barcelonę. Pan Bóg nie mógł tego lepiej wyreżyserować. 

 

 

Którzy nasi piłkarze wykazywali szczególne przywiązanie do wiary?

 

Trzeba by ich zapytać. Na pewno temat był bliski Romkowi Koseckiemu, bo to dzięki niemu znalazłem się w Legii. Lecąc do Barcelony siedziałem obok Jacka Cyzio, prowadziliśmy razem długie rozmowy. O życiu rozmawiałem też dużo z Leszkiem Piszem czy Julkiem Kruszankinem. Wyróżniał się również Maciek Szczęsny. To był człowiek, z którym można było porozmawiać na każdy temat, miał szerokie horyzonty. Na wyjazdy i zgrupowania zawsze brał książki, uczył się też angielskiego z kaset magnetofonowych. Niektórych zawodników spowiadałem przed Świętami Wielkiej Nocy w pomieszczeniach klubowych, gdyż nie mogli zdążyć po meczach w Wielką Sobotę do swoich parafii. Pamiętam, że jedną z takich spowiedzi odbyliśmy w magazynie ze sprzętem piłkarskim. Udzielałem rozgrzeszenia siedząc wśród piłkarskich butów, koszulek i piłek...

 

A były w szatni osoby, które krzywo patrzyły na księdza koloratkę?

 

Nie czułem niechęci. Być może między sobą piłkarze rozmawiali o mnie i jednym się bardziej, a innym mniej podobała moja rola, ale nigdy nie dali mi odczuć, że traktują i mnie z dystansem.

 

 

Szatnia piłkarska jest specyficznym, nieco koszarowym miejscem. Nie uderzał księdza ten klimat?

 

Ja się w tej szatni bardzo dobrze czułem, byłem jej stałym gościem. Stałem się jedną z tych osób, które traktowały szatnię jak swoje miejsce. W pełni rozumiałem i akceptowałem reguły, które w niej obowiązywały. Niektórzy mogli być zdziwieni, że stałem się częścią drużyny, że wszedłem do ich wewnętrznego świata, ale wszelkie dywagacje szybko uciął trener Kapera, który z całym przekonaniem ogłosił, że jestem członkiem ekipy. 

Czy czułem się źle w tym klimacie? Nie. Czułem się zupełnie naturalnie. Ja od dziecka marzyłem, by być piłkarzem, potem dziennikarzem. Bóg był tak dowcipny, że stałem się księdzem, ale takim, który został blisko piłki. Dziennikarstwa zresztą też trochę posmakowałem – pisałem swego czasu do sportowych magazynów, a w latach 90. udało mi się zredagować magazyn Katolickiego Stowarzyszenia Sportowego pt. „Mistrz”.

 

A koszarowy klimat szatni - słownictwo, tematyka rozmów?

 

Kto był w szatni ten wie, że to specyficzne miejsce, przeznaczone dla mężczyzn, którzy są zamknięci w swoim świecie. Jeśli jednak drużynę łączy jakaś wspólnota i tworzą zgraną paczkę, to w takim miejscu ten kto żyje piłką, czuje się dobrze. Ja zostałem szybko zaakceptowany jako jeden z nich. Pomógł mi w tym również mój wiek – byłem młodym księdzem, równolatkiem dla Dziekanowskiego, Wdowczyka, Bąka czy Kaczmarka. Płaszczyzna wiekowa była wielkim atutem. Zobaczyli też, że potrafię się odnaleźć w ich szeregach, że mamy o czym ze sobą rozmawiać. Stałem się ich przyjacielem. Z niektórymi kontakt mam do dziś.

 

 

 

Dał ksiądz przykład innym ligowym klubom? Tam też działali klubowi kapelani? 

 

Ja byłem jednym z pierwszych przy drużynie sportowej. Z czasem podobne osoby pojawiły się w GKS Katowice, ŁKS, Widzewie, Ruchu Chorzów, Cracovii, czy Lechu Poznań. To przypadki, o których słyszałem, ale osobiście nie znałem tych kapłanów. Księża nie jeździli na mecze, nie było okoliczności do spotykania się.

 

W latach 80. silnym ośrodkiem katolicyzmu patriotycznego był Gdańsk. Na płaszczyźnie duchowej też były kontakty na linii Legia - Lechia?

 

Ja nie miałem żadnych. Większe na pewno mieli kibice, choć też na odległość. To nie były czasy gdy organizowało się wspólne pielgrzymki kibicowskie jak obecnie. Nie było takiej organizacji, raczej wszystko działo się na odległość.

 

 

Jak ksiądz przeżywał wyniki sportowe? Życząc wygranej Legii, życzył przegranej rywalom... Spytam z uśmiechem – księdzu przystoi? 

 

Wyniki przeżywałem w różny sposób. W meczach, w trakcie których byłem z drużyną, Legia nie przegrywała często – było dużo remisów, ale porażki zdarzały się rzadko. Bardzo natomiast przeżyłem mecz na Camp Nou. Legia powinna to spotkanie wygrać. Nie uznano nam prawidłowej bramki, zdobytej w drugiej połowie przez Koseckiego i skończyło się remisem. W Barcelonie byłem też obiektem zainteresowania hiszpańskich mediów. W lokalnej prasie pisano o mnie, o mszy którą odprawiłem dla legionistów. Przed strzałem Koemana z karnego, siedząc na ławce z piłkarzami, przeżegnałem się, co zaraz wychwyciły katalońskie media i miały temat do artykułów o tym, że za Legię modły wznosił młody, polski ksiądz. Dla nich było to wielkie zaskoczenie, że drużyna przyjechała z osobą duchowną. Na początku w ogóle myśleli, że jestem jednym z piłkarzy. Ich przypuszczenia były trochę uzasadnione, bo dzień przed meczem pożyczyłem od Darka Wdowczyka buty oraz strój sportowy i wyszedłem na trening z całym zespołem. Miałem więc niezwykłą okazję pokopać piłkę na słynnym Camp Nou.

 

Podobno po raz pierwszy nasza ekipa była też zupełnie nieźle przygotowana pod względem marketingowym do tego wyjazdu zagranicę?

 

Ma pan zapewne na myśli zdjęcia poszczególnych piłkarzy, które legioniści wzięli ze sobą do Barcelony i rozdawali hiszpańskim kibicom? Powiem teraz coś, czego nigdy nie mówiłem do tej pory publicznie. Nie chciałbym jednak, żeby zabrzmiało to jakoś nieskromnie. To prawda, że pomogłem wtedy naszemu klubowi nie tylko duchowo. Legia w tamtym okresie nie miała tyle funduszy co dzisiaj i nie mogła pozwolić sobie na jakieś ekstra materiały reklamowe. Chcąc pokazać się w Hiszpanii z jak najlepszej strony, postanowiliśmy jednak zrobić coś własnymi środkami. Maciek Szczęsny, który uwielbiał aparat fotograficzny, zrobił nam wszystkim indywidualne zdjęcia na murawie stadionu. Ja natomiast, mając duże znajomości w Kurii Warszawskiej, zorganizowałem wydrukowanie ich w diecezjalnej drukarni przy ul. Miodowej. I w ten sposób na maszynach, które wcześniej przygotowywały tylko materiały duszpastersko – teologiczne, powielone zostały pocztówki piłkarzy Legii. Można więc powiedzieć, że archidiecezja warszawska stała się na moment reklamowym sponsorem klubu z Łazienkowskiej. Ja miałem natomiast małą satysfakcję, że zdjęcia spodobały się piłkarzom. Śmiejąc się mówili nawet, że powinienem być nie tylko ich kapelanem, ale zostać również menadżerem klubu...

 

 

A co z negatywnymi emocjami? Takie też się musiały pojawiać, skoro poruszamy się w świecie sportu.

 

Słabsze momenty też były – jestem człowiekiem, mam prawo do nerwów. Opowiem dowcipną historię z meczu pucharowego, jaki Legia grała z Karpatami Krosno. Krosno to moje rodzinne miasto, gdzie się urodziłem. Gdy wyszedłem razem z piłkarzami na rozgrzewkę, to cały stadion kierował w nasza stronę wiadome słowa. Byłem zbulwersowany, że nawet gdy widzieli księdza, to tak brzydko śpiewali. Było mi wstyd przed Legią, że w moim mieście ludzie się tak zachowują. Gdy zeszliśmy do szatni, spiker stadionowy ogłosił wszystkim, że z drużyną z Warszawy przyjechał ksiądz Zapolski, ziomek, człowiek stąd. Stadion odpowiedział na te słowa oklaskami. Ja jednak czułem się trochę urażony i pomyślałem „teraz to już za późno na oklaski”. Byłem członkiem całej drużyny, musiałem to znieść razem ze wszystkimi zawodnikami.

 

W jakich okolicznościach zakończyła się zażyłość księdza z Legią?

 

Nasze drogi całkowicie się nie rozeszły, ciągle jestem z Legią i to nie tylko sercem. Choć już nie tak blisko – teraz mam inne zadania, gdyż jestem proboszczem parafii w Pieczyskach, 50 km od Warszawy. Trudno mi bywać na meczach w weekendy. Mam jednak nadal kontakt z Klubem. W 2011 roku zostałem zaproszony przez trenera Skorżę na finał Pucharu Polski do Bydgoszczy i razem z drużyna mogłem świętować sukces. Natomiast ostatnio byłem na meczu Legia – Wisła Kraków, z tym, że jako gość... drużyny z Krakowa. Czasem żałuję, że Legia nie zawsze pamięta o ludziach związanych z klubem w przeszłości, ale rozumiem to. Gdyby miała zapraszać na mecze wszystkich, którzy byli w tym Klubie, to chyba szybko by... zbankrutowała.

 

 


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 229
PLN
Cena 299
PLN
Cena 99
PLN