Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2019-03-30 14:00:00
Newsletter

Kucharczyk: Braku ambicji nikt mi nie może zarzucić

Autor: Janusz Partyka, PG Fot. Janusz Partyka, Matusz Kostrzewa, Jacek Prondzynski, Adam Polak/Archiwum Legii
''Bywają dni gorsze i lepsze, ale zawsze człowiek daje z siebie maksimum. Gdybym nie był ambitny, być może nie byłbym dziś w tym miejscu. Być może nie byłoby mnie w Legii'' - mówi Legia.com Michał Kucharczyk, który rozgrywa już dziewiąty sezon w barwach Wojskowych. Zapraszamy do lektury pierwszej części rozmowy z ''Kuchym''.

Legia.com: - Powiedziałeś kiedyś, że nie lubisz udzielać wywiadów. Jak więc rozpocząć rozmowę, żeby od razu jej nie skończyć?

Michał Kucharczyk: - Tak kiedyś powiedziałem, ale już do tego przywykłem. To część mojego zawodu, nadal jednak nie lubię być na świeczniku. Jak widać nadmiernie się w mediach nie udzielam.

 

- To na początek - co z Twoim zdrowiem? Najpierw Szymański znoszony z kontuzją do szatni, to samo z Tobą w meczu ze Śląskiem. „Szymi” prawie wstał z tych noszy wrócił na boisko i zdobył bramkę życia. Jak jest z „Kuchym”?

- Jeśli „Szymiego” znieśli i później strzelił gola życia, to mam nadzieję, że i mnie w niedzielę uda się ta sztuka. Póki co zdrowie dopisuje, wszedłem już do treningu z drużyną, więc wszystko jest na dobrej drodze. Jestem gotowy do gry.

 

 

- Cofnijmy się o kilka lat. Przez maturę opóźniłeś o rok swoje przyjście do Legii. Zdałeś ją jednak i powiedziałeś wówczas: „Teraz mogę zająć się tylko piłką nożną. Niech przytrafi się, odpukać, jakaś kontuzja, która wykluczy mnie z czynnego uprawiania sportu, to będę miał zabezpieczenie na przyszłość”. Te groźne kontuzje, odpukać, w Legii Cię raczej omijają.

- Rzeczywiście, przez te dziewięć lat gry w Legii odnosiłem raczej drobne urazy, wynikające głównie z przeciążeń organizmu. W moim przypadku to jedno- dwutygodniowe przerwy. Raz zdarzyła mi się dłuższa, kiedy musiałem przejść zabieg kolana, pauzowałem wtedy 2,5 miesiąca. Są to więc raczej mikrourazy, które nie wyłączają mnie z gry na długi czas. Kiedyś ktoś powiedział, że jak się jest szybkim, to trudniej go trafić, ale nie wiem czy to się sprawdza. Piłka to sport kontaktowy, gdzie zawsze może dojść do niefortunnego zdarzenia. Do każdego meczu trzeba więc podchodzić ze stuprocentowym zaangażowaniem. Kiedy się odpuszcza, tych kontuzji jest więcej.

 

- Urodziłeś się w wigilię pierwszego dnia wiosny. Nie masz jednak charakteru wagarowicza, na treningach i w meczach zasuwasz za dwóch.

- Tak, jestem osobą ambitną i nikt nie może mi tego zarzucić. Bywają dni gorsze i lepsze, ale zawsze człowiek daje z siebie maksimum. Gdybym nie był ambitny, być może nie byłbym dziś w tym miejscu. Być może nie byłoby mnie w Legii. Ktoś powiedział, że wyciskam 100% swoich umiejętności i ja się z tym zgadzam. Za każdym razem daję z siebie tyle ile mogę i chyba to jest klucz do mojego małego sukcesu, że osiągnąłem jak na razie tyle, ile było mi dane.

 

- 20 marca 1991 roku Legia remisuje w wyjazdowym spotkaniu ćwierćfinałowym PZP z Sampdorią Genua 2:2 i awansuje do półfinału. Na świat przychodzi także Michał Kucharczyk. Z kolei jak miałeś pięć lat, 20 marca 1996 roku, legioniści grają rewanż w półfinale Ligi Mistrzów z Panathinaikosem. Pięknie wpisujesz się w te wielkie sukcesy klubu z Łazienkowskiej.

- Przypadek? Nie sądzę (śmiech). Już tak poważnie, to niezły zbieg okoliczności, że te daty pokrywają się akurat z dniem moich urodzin. W tamte wydarzenia oczywiście się nie wpisuję, bo nie brałem w nich udziału. Spiąłem jednak tę historię pewną klamrą, awansując z Legią do Ligi Mistrzów UEFA w 2016 roku. Mam nadzieję, że będzie mi dane jeszcze ją pisać.

 

 

- 20 marca obchodzony jest też Międzynarodowy Dzień Szczęścia. Jesteś szczęśliwym człowiekiem?

- Nie mogę narzekać na nic, więc można powiedzieć, że nim jestem. Moje największe szczęście nazywa się Oskar i przyszło na świat w listopadzie 2017 roku. To bez wątpienia ubarwiło życie całej mojej rodziny. Oczywiście bywają dni kiedy człowiek jest smutny, ale jak spojrzy przez pryzmat nieszczęść innych ludzi, musi stwierdzić, że jednak ma w życiu dobrze.

 

- Piłkarze do Legii przychodzą i odchodzą. Czasy się zmieniają, a „Kuchy” ciągle jest w komisjach –można by powiedzieć o Tobie zmieniając nieco cytat z „Psów”. Te komisje weryfikacyjne zazwyczaj jednak stawały po Twojej stronie.

- Przez te wszystkie lata zmian było bardzo dużo, a ja rosłem razem z tym stadionem. Jak przychodziłem do Legii on również miał początek swojej historii. Pamiętam mecz z Arsenalem i do dziś nie mogę uwierzyć jak to się stało, że „Jędza” strzelił Kanonierom te trzy gole. Zresztą chyba nie tylko ja. To ewenement na skalę światową (śmiech). Stadion więc się zmienia, pracownicy, piłkarze i trenerzy też, a ja cały czas tu jestem i jakoś się bronię. Zobaczymy jaka jeszcze czeka mnie tutaj przyszłość.

 

- Twoja kariera nie zawsze była łatwa. Miałeś momenty, w których byłeś bliski odejścia, ale za każdym razem zostawałeś i odwdzięczałeś się ważnymi golami. Czy Michał Kucharczyk jest idealnym piłkarzem dla Legii, skrojonym na jej miarę?

- Nie chcę oceniać siebie, są od tego inni. Rzeczywiście, parę razy byłem już na wylocie, a jednak sięgano po mnie szukając poniekąd ostatniej deski ratunku. Dla piłkarza najważniejsze jest zaufanie. Wtedy wie, że może sobie pozwolić na trochę więcej luzu na boisku. Każdy tego potrzebuje. U mnie zazwyczaj było odwrotnie. Na początku byłem krytykowany. A jak potem przychodziło co do czego, ten Kucharczyk był jednak dobry i potrzebny. To dla mnie największy znak zapytania – dlaczego zaraz przyjściu szkoleniowcy mnie odstawiali, a kiedy szło źle, nagle do mnie przychodzili i liczyli na wyciągnięcie drużyny za uszy. Jak jest dobrze, to każdy zawodnik potrafi grać w piłkę.

 

 

- Maciej Skorża, Jan Urban, Henning Berg, Stanisław Czerczesow, Besnik Hasi, Jacek Magiera, Romeo Jozak, Dean Klafurić - wiesz co Cię łączy, a właściwie dzieli od tych nazwisk? Tych szkoleniowców nie ma już w Warszawie, a Kuchy wciąż na Łazienkowskiej. Którego z trenerów darzysz największym sentymentem? Debiutowałeś u Macieja Skorży, z którym jednak później miałeś nieco kłopotów...

- Zapomniałeś dodać jeszcze „Vuko”, który dwa razy pełnił rolę pierwszego trenera.

 

- Nie uwzględniłem „Vuko”, gdyż nadal jest przy Łazienkowskiej.

- Dopóki trwa moja przygoda z piłką, nie chciałbym oceniać pracy poszczególnych trenerów. Nie wiadomo co mnie jeszcze czeka. Może spotkam się z którymś z nich w innym klubie. Z każdym przechodziłem lepsze i gorsze chwile. Ale prawda jest taka, że ja wciąż jestem przy Łazienkowskiej. I tu zagadka – co takiego zrobiłem dobrze, a co oni źle, że tak właśnie jest?

 

- Dziewięć sezonów w Legii, pięć mistrzostw Polski, sześć krajowych pucharów, 344 mecze, 71 goli, 57 asyst i tylko 28 lat na karku. Chciałoby się powiedzieć - wszystko jeszcze przed Tobą.

- Rzeczywiście, trochę się tego nazbierało. Ale są też historie których żałuję. Nie wszystko ułożyło się tak jak byśmy chcieli. Nie udało mi się w tym czasie wygrać… sześciu Superpucharów. Brakuje mi tego trofeum w kolekcji. Kiedyś powiedziałem, że chcę zagrać z Legią w Lidze Mistrzów UEFA i udało mi się to zrobić, Liga Europy UEFA także była i to kilkukrotnie. Z Legii dostałem się do kadry Polski, w której zagrałem dziewięć razy. Ktoś jednak kiedyś powiedział, że do 10 to przypadek, więc przydałoby się jeszcze kilka (śmiech). Patrząc przez pryzmat czasu nie mam się czego wstydzić, każdy sezon kończyłem z jakimś trofeum. Widać już takie mam szczęście, że przyszedłem do Legii w 2010 roku i od tamtego czasu zawsze coś zdobywa. Pewnie to przypadek, że tak wszystko się ułożyło (śmiech).

 

 

- Jeśli chodzi o dorobek indywidualny jesteś w absolutnym topie – masz na koncie 11 trofeów. Wyprzedza Cię tylko Kuba Rzeźniczak, który dołożył do tego Superpuchar. W tym sezonie możesz zostać rekordzistą jeśli chodzi o mistrzostwa Polski, a po ewentualnym zdobyciu Superpucharu, rekordzistą absolutnym.

- Na razie się na tym nie skupiam, przede mną ważniejsze cele. Najistotniejsza jest drużyna, cele indywidualne schodzą na dalszy plan. Odpadliśmy z Pucharu Polski i walczymy o mistrzostwo. Nie chciałbym skończyć sezonu, pierwszy raz od dziewięciu lat, bez jakiegokolwiek trofeum. Mam więc podwójną motywację żeby w końcu dogonić, a w rezultacie przegonić Lechię Gdańsk i zdobyć czwarty raz z rzędu tytuł dla Legii. Możemy przejść do historii, mamy więc o co grać.

 

- Jesteś także rekordzistą wśród piłkarzy, którzy zagrali najwięcej meczów z polskim zespołem w europejskich pucharach. Póki co licznik zatrzymał się na 67 spotkaniach. Które z nich wspominasz najlepiej, a o którym chciałbyś zapomnieć?

- Na pewno o dwumeczu z Dudelange, bo jest to nasza największa wpadka jeśli chodzi o europejskie puchary. Przynajmniej od czasu, kiedy jestem w Legii. Na drugim biegunie jest każdy mecz w Lidze Mistrzów UEFA. Patrząc przez pryzmat historii wiemy, jakim problemem jest awans do tych elitarnych rozgrywek i każda minuta spędzona na boisku jest nagrodą za poświęcenie się piłce. Rywalizować z najlepszymi klubami w Europie to coś niezwykłego.

 

 

- Zaraz po przyjściu do Legii powiedziałeś: „Wielu zawodnikom, którzy przychodzą do Legii uderza do głowy woda sodowa. Jeśli ktoś jest słaby psychicznie i zbyt szybko uwierzy w siebie, może szybko zakończyć przygodę z Legią. Tu trzeba być cały czas sobą, pilnować się, dostosować do panujących tu norm i ciężko trenować oraz walczyć na boisku. Nie można spocząć na laurach”. To wszystko sprawiło, że jesteś dziś tu gdzie jesteś. Chcesz jakoś zmodyfikować to stwierdzenie?

- Nie, nic bym nie zmienił. Ale przez pryzmat własnej kariery muszę przyznać, że sam miałem okres w którym woda sodowa uderzyła mi do głowy. Miałem wówczas zdecydowany spadek formy, nic mi nie wychodziło, popełniłem w życiu trochę głupstw. Na szczęście byli wokół mnie ludzie, którzy pokierowali mnie na właściwe tory. Jeśli miałbym więc coś dodać, to mieć trochę szczęścia do mądrych osób, które są w otoczeniu młodego piłkarza. To bardzo ważne. Nie mówię tylko o osobach bliskich, ale także chłopakach z szatni.

 

- Który okres z tej legijnej dekady był Twój, kiedy czułeś wysoką formę i prawdziwą frajdę z gry?

- Były momenty, kiedy czułem się znakomicie. Szczególnie wspominam dwa. Pierwszy, to sezon w europejskich pucharach za trenera Henninga Berga. Graliśmy wówczas z „Radko” na fałszywej dziewiątce. To był bardzo dobry czas w moim wykonaniu. Drugim był świetny czas za trenera Stanisława Czerczesowa. Praktycznie cała wiosna, gdzie stanowiłem o sile drużyny, strzelałem ważne gole i asystowałem. Mam jednak nadzieję, że taki czas jeszcze przyjdzie i będę mógł powiedzieć, że w szczególny sposób przyczyniłem się do końcowego sukcesu drużyny.

 

 

- Przez tę dekadę miałeś na murawie mnóstwo mniej lub bardziej uzdolnionych kolegów, ale i konkurentów do miejsca w składzie. Wymienię tylko Danijela Ljuboję, Macieja Rybusa, Michała Żyro, Rafała Wolskiego czy Guilherme. Z którym z nich najlepiej układała Ci się współpraca na boisku? A może ktoś taki jest w drużynie dziś?

- To zależy od okresu. Przychodziłem do Legii jako napastnik i cały czas uważam, że przestawienie mnie na bok pomocy było największym błędem. Czuję się napastnikiem. Przykład z Częstochowy, gdzie wyszedłem jako napastnik i wystarczyła mi jedna okazja, by znaleźć się w dobrej sytuacji i strzelić gola. Za trenera Jacka Magiery też na początku grałem jako napastnik. Strzeliłem cztery czy pięć goli, co pokazuje, że gdy ktoś mi da szasnę gry w ataku, potrafię się odwdzięczyć bramkami. Jeśli chodzi o boki pomocy, to było wielu zawodników, którzy stanowili dla mnie konkurencję - jak wspomniałeś Maciej Rybus czy Michał Żyro. Oni prezentowali poziom, który dał im przepustkę na kontynuowanie kariery zagranicą. Maciek tak się rozwinął, że został tam na dłużej, Michał przez nieszczęsny uraz musiał wrócić do Polski. Jeśli miałbym wybrać, który zawodnik był dla mnie największym wyzwaniem, to bez wątpienia Danijel Ljuboja w ataku.

 

- No właśnie, tak naprawdę pozycję numer "9" zamknęli przed Tobą Danijel Ljuboja, Marek Saganowski i Lado Dwaliszwili. Wówczas wylądowałeś na boku pomocy, gdzie grasz do dziś.

- „Ljubo” był świetnym zawodnikiem. To klasa światowa. Nie raz przesądzał o wynikach spotkań. Oprócz Rybusa i Żyro wysoko cenię umiejętności Guilherme, który miał świetną technikę, wydolność i zdolności do gry kombinacyjnej. I to on w rywalizacji na skrzydle sprawiał mi najwięcej kłopotów.

 

 

- A wiesz co wydarzyło się niespełna 10 lat temu, dokładnie 18 kwietnia 2009 roku w Łodzi?

- Nie przypominam sobie.

 

- Grając w Świcie strzeliłeś pięć goli SMS-owi, wygraliście wówczas 6:0. W Nowym Dworze zresztą strzelałeś mnóstwo goli. Jak sam twierdzisz napastnik to optymalna pozycja dla Ciebie. To już przeszłość, czy będziesz jeszcze przekonywać trenerów do tego pomysłu?

- Chciałbym ponownie otrzymać szansę gry w ataku. Tak jak wspomniałem, od zawsze czułem się tam najlepiej. Kiedy nie gram z przodu i tak dam bramkę czy asystę. Najlepiej jak potrafię grać będę jednak tam, gdzie trener mnie ustawi.

 

- W Legii grałeś już na pięciu pozycjach - w ataku, pomocy, na obu skrzydłach i w obronie. Jak myślisz, czy ta uniwersalności to Twoja wada czy zaleta? Gdybyś nie był tak wszechstronny, nadal grałbyś w Legii?

- Trudno odpowiedzieć jednoznacznie na to pytanie. Czasem ta uniwersalność jest wadą, a czasem zaletą. Zaleta jest taka, że nie jestem przypisany do jednej pozycji. Mogę wystąpić tam, gdzie jest taka potrzeba. Wadą zaś to, że trenując na wielu pozycjach nie mogę usystematyzować tej jednej. Trener przed meczem decyduje, gdzie jestem najbardziej potrzebny i jak najlepiej wykorzystać moje atuty. Lewa i prawa pomoc to niby jedno i to samo, ale tak nie jest. Na lewej stronie muszę lepiej operować lewą nogą, schodzić do środka,  na prawej zaś częściej dośrodkowywać. Był też taki okres w Legii, gdzie podczas jednego meczu wymienialiśmy się pozycjami. Ta wszechstronność jest więc dla piłkarza czymś optymalnym, ale z drugiej strony daje więcej możliwości do grania.

 

 

- Nie udało Ci się nigdy przekroczyć magicznej liczby 10 goli w ekstraklasie.

- Nigdy nie patrzę na to ile goli mam na koncie. Grając na bokach pomocy bardziej skupiam się na asystach, podaniach otwierających drogę do bramki. W każdym sezonie jestem w kanadyjskiej TOP3. To zabawne, że wszyscy narzekają na moją grę, a gdy przychodzi końcówka sezonu, to jednak gdzieś tam się pojawiam. Nagle są trzy asysty, do tego trzy gole i tę swoją cegiełkę zawsze gdzieś dołożę. Wciąż się zastanawiam, czy ja jestem aż taki zły, wręcz fatalny, czy jednak coś dobrego od siebie dołożę. Ciężko się nieraz w tym połapać.

 

- Jak to jest z tymi Twoimi rzutami karnymi? Dla kibiców to kilkadziesiąt sekund sporego stresu (śmiech). Masz wycięty układ nerwowy?

- To otoczka, którą tworzą ludzie. W tym roku skończyłem 28 lat. Jak spojrzymy na zawodników w innych ligach, to nawet 20-latkowie strzelają rzuty karne i jakoś kibice się nie stresują. Ja podchodząc do „jedenastki” czuję się bardzo pewnie.

 

 

- Tu chyba bardziej chodzi o sposób wykonywania tych „jedenastek”…

- A mnie się wydaje, że ten stres powoduje nie styl, a właśnie moja osoba. To, że „Kuchy” bierze piłkę i ustawia na jedenastym metrze. Kibice patrzą na to przez pryzmat moich udanych i nieudanych akcji. Nigdy nie wiedzą czy mi coś wyjdzie czy nie. Ale rzut karny to całkowicie inna historia i mogę ich zapewnić, że nie muszą sobie podnosić ciśnienia. Mimo że jest ćwiczony i doskonalony na treningach, to jednak wciąż jest loterią. Nie tacy piłkarze jak ja ich nie strzelali i to na wielkich imprezach, w finałach mistrzostw świata. Jeśli więc Kucharczyk nie strzeli karnego, to świat się nie zawali, bo równie dobrze może go nie strzelić ktoś inny. Ja jednak wiem, że dojrzałem do wykonywania „jedenastek”. Biorę odpowiedzialność za drużynę, więc muszę brać ją i w takich momentach.

 

- Właśnie - kibice. Dla jednych jesteś świetnym piłkarzem, po prostu "Kuchym Kingiem", dla innych zaś gościem, który jest za słaby na wyjazd zagranicę, dlatego wciąż jest w Warszawie. Tacy w każdym okienku odważą Cię na lotnisko. No ale - i tu wracamy do sedna - pokażcie mi drugiego gościa, który wykręca takie liczby. Czy Ty się w ogóle tym przejmujesz?

- Kiedyś się przejmowałem. Teraz już dojrzałem. Zmieniłem się całkowicie. Mówią, że tu jestem okej, ale za to jestem za słaby na wyjazd za granicę. To nieprawda. Wszyscy mi zarzucają, że nikt się mną nie interesuje, nie ma za mnie ofert i tak dalej. Ale tak naprawdę ludzie nie wiedzą co się dzieje wewnątrz. Nie wszystkie transfery są głośne, nie wszystkie zapytania klubów wychodzą na światło dzienne. Nie będę ukrywał, miałem kilka ofert z innych klubów, ale zdecydowałem, że zostaję tutaj. Nie jestem jeszcze na tyle stary, że zamknąłem sobie drogę na wyjazd za granicę. Jak wspomniałeś mam 28 lat, więc trochę grania wciąż przede mną. Do 30 czerwca jestem tutaj i interesuje mnie to, co dzieje się na Łazienkowskiej.

 

 

- Powiedz, tak z ręką na sercu, chciałeś kiedyś odejść z Legii, czy jest Ci tu po prostu tak dobrze? Byłeś kiedyś już tak na serio spakowany, zamykałeś drzwi na klucz? 

- Byłem raz bardzo blisko wyjazdu, jednak rzeczy nie potoczyły się tak, jak powinny i zostałem w Warszawie. Mogę powiedzieć, że nie żałuję, że zostałem w Warszawie w tamtym momencie, bo później spotkało mnie w Warszawie jeszcze kilka bardzo miłych rzeczy. Nie narzekam i nie żałuję tamtej sytuacji.

 

CDN.


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Więcej na temat

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 159
PLN
Cena 69,90
PLN
Cena 249
PLN