Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2018-12-14 17:45:00
Newsletter

Kucharczyk: Już się ogarnąłem

Autor: Jakub Jeleński Fot. Jacek Prondzynski, Mateusz Kostrzewa, Janusz Partyka, Adam Polak/Archiwum Legii, Archiwum MK
Kiedy jako dziecko najbardziej na świecie interesował się kasetami VHS, a później wędkowaniem, nikt - włącznie z jego rodzicami - nie śmiał przypuszczać, że chłopak wychowany na nowodworskim owianym złą sławą osiedlu, stanie się kiedyś najbardziej utytułowanym zawodnikiem Legii Warszawa. Z Michałem Kucharczykiem porozmawialiśmy… właściwie o wszystkim. Od wędkowania, do załatwienia wolnego pracującym w niedzielę. Zapraszamy na spacer z ''Kuchym'', obiecujemy - nie będzie fatalnie!

 

Legia.com: - Witam najsłynniejszego w Polsce kibica Świtu Nowy Dwór Mazowiecki.

Michał Kucharczyk: - Dzień dobry!

 

- Pamiętasz wynik ostatniego meczu Świtu w rundzie jesiennej?

- Czekaj, czekaj… Tydzień wcześniej grali u siebie, ale nie byłem na meczu, bo miałem pierwsze urodziny małego. Potem też chyba zagrali na własnym stadionie i skończyło się… już wiem, zero do zera!

 

- Z Olimpią Zambrów, brawo. A które miejsce drużyna zajęła na koniec rundy?

- Drużyn jest osiemnaście, trzy spadają, oni są tuż nad strefą spadkową, to mają jakoś trzynaste, może czternaste miejsce.

 

- Dokładnie tak, trzynaste miejsce w tabeli, pięć punktów przewagi nad miejscami spadkowymi. Widać, że jesteś mocno związany z Nowym Dworem, to w końcu tam – w dość niecodziennych okolicznościach – wyrobiłeś sobie swój największy atut na boisku: szybkość.

- Szybkość wzięła się raczej z genów. Mój tata amatorsko grał w siatkówkę oraz piłkę nożną i bardzo często zabierał mnie na swoje mecze. Dużo razy słyszałem opowieści, kiedy przerywałem mu spotkanie wołając: „Tata, tata! Siusiu!”, albo to drugie (śmiech). Tata podbiegał wtedy do arbitra i mówił: „Panie sędzio, muszę z synem do łazienki” i schodził z boiska. Czasem też kiedy on grał, to koledzy siedzący na ławce bujali mnie w wózku.

 

 

- Piłem do tego, że umiejętności biegowe ukształtowałeś uciekając przed kłopotami pomiędzy blokowiskami Twierdzy Modlin. Trudno się tam żyło w latach 90.?

- Ach, Twierdza Modlin… Nie chciałbym przytaczać tamtych rzeczy, każdy może poczytać sobie o historii Modlina lat 90., w Internecie jest tego pełno. Mogę powiedzieć tylko tyle, że owszem, zdarzały się sytuacje w których po prostu trzeba było uciekać. Im bardziej człowiek dorastał, tym bardziej był świadomy, że są rejony w których to niebezpieczeństwo się znajduje i po prostu tam nie chodził. Nie przytoczę tutaj za wiele takich historii, bo nie chciałbym na Twierdzę powiedzieć złego słowa. Tam się wychowywałem, przeżyłem mnóstwo różnych chwil i bardzo miło wspominam lata dzieciństwa.

 

- Podobno kojarzy Ci się ono z kasetami VHS.

- Oj tak! Rodzice wiele razy opowiadali mi dlaczego tak bardzo polubiłem VHS-y. Mieli kiedyś odtwarzacz video panasonika, a ja bardzo lubiłem patrzeć, jak kasety się wysuwały albo chowały. Cały czas naciskałem ten sam przycisk, żeby kasety jeździły tak w jedną i drugą stronę, aż w końcu pewnego dnia wpadłem na pomysł, żeby wsadzić do środka całe opakowanie kremu nivea. Video niestety nie przetrwało tej próby i rodzice musieli je wymienić (śmiech). A w tamtych czasach wiadomo, to była bardzo droga rzecz, którą niełatwo było dostać. Pewnie na mnie trochę pokrzyczeli, ale małemu dziecku wszystko się wybacza.

 

 

- Na szczęście pasja do ryb chyba takich szkód za sobą nie niosła?

- Zaraziłem się nią bardzo wcześnie, bo chodziłem wtedy jeszcze do przedszkola. Tata zawsze kiedy miał wolne po służbie, lubił spędzać wolny czas na rybach. Pewnego dnia zabrał mnie ze sobą. Był wczesny ranek, właściwie jeszcze noc, bo kiedy wychodziliśmy, zegar wybijał trzecią. Trzeba było sobie tak wcześnie zająć stanowisko, żeby nikt już potem nie mógł tam wejść. Mi się to bardzo spodobało. I chociaż od razu po przyjściu do domu padłem z wycieńczenia, to kiedy następnego dnia tata znowu oznajmił, że idzie na ryby, to powiedziałem, że ja też chcę z nim iść. On zaczął się wymawiać, że nie, że jestem zmęczony, że teraz będzie zimniej i najwyżej przyjdę do niego jak już zrobi się widno. Ja się zgodziłem, ale wieczorem położyłem się spać w ubraniu, gotowy do wyjścia. Nastawiłem sobie budzik i kiedy tylko usłyszałem, że tata szykuje się do wyjścia, to wstałem, przybiegłem do niego i oznajmiłem, że jestem gotowy. On stwierdził, że skoro tak to idziemy i od tamtej pory zabierał mnie ze sobą kiedy tylko mógł. Pierwsze ryby łowiłem na żyłkę zawieszoną na patyku, potem przeniosłem się na starą wędkę bambusową, a kiedy podrosłem, tata oddał mi swoją. Kiedy tylko możemy, wspólnie spędzamy czas nad wodą.

 

- Na Wigilię położysz na stole trzynastokilogramowego karpia?

- Złowiłem kiedyś takiego, ale od razu go wypuściłem. Na Wigilię taki duży jest już niedobry (śmiech). Może jeszcze uszedłby taki dziki, z czystych wód, ale i tak byłby strasznie tłusty. Aż tak duże ryby nigdy nie są dobre do jedzenia. Najlepszy byłby karp o wadze kilogram, może półtora. Ryba jest wtedy świeża, nie ma w sobie tłuszczu – idealna na wigilijny stół.

 

 

- Piłka też – podobnie jak wędkarstwo – zaczęła się od taty?

- Oj, to już zagmatwana i długa historia (śmiech). Swój udział miał w tym nie tylko tata, ale także mama, która sporo przyłożyła do tego swojej ręki. Ja tak naprawdę w ogóle nie miałem zaczynać w Świcie, moja historia gry w piłkę, to w ogóle jeden wielki przypadek. Po prostu grałem sobie na różnych turniejach szkolnych, do których przywiązywałem dużą rolę. Chciałem wygrywać, chciałem być najlepszy i prowadzić szkolną drużynę do zwycięstw. Pewnego dnia trener, który prowadził w Świcie rocznik 91., zapytał moich rodziców, czy by mnie nie przyprowadzili na trening. Oni powiedzieli, że nie, bo Michał nie będzie piłkarzem. Dla nich liczyła się przede wszystkim szkoła. Ja, jako dziecko, nie miałem im tego za złe, bo nie myślałem o graniu na poważnie. Później moi koledzy pytali moich rodziców, czy by mnie nie zapisali do klubu, ale oni cały czas byli na nie. W końcu trener Wojciech Stecyna przyjechał do nas do domu i usiadł z rodzicami do takiej poważniejszej rozmowy. Rodzice wreszcie się zgodzili, powiedzieli, że zapiszą mnie na próbę i zobaczymy jak mi się spodoba, jak w ogóle mi będzie szło. No i tak się złożyło, że oto jestem (śmiech)!

 

- Ile miałeś wtedy lat?

- Dziesięć.

 

- Późno, jak na początek przygody z piłką.

- Tak, teraz w takich Legia Soccer Schools trenują dzieci mające po trzy latka. Patrząc przez pryzmat tego jak bardzo rozwinęło się szkolenie maluchów, to rzeczywiście późno zacząłem.

 

 

- Ale nawet grając w Świcie nie traktowałeś piłki poważnie.

- Do piętnastego, szesnastego roku życia po prostu się nią bawiłem. Dużo czasu poświęcałem graniu, ale nie myślałem, że będę piłkarzem. Co prawda mówiłem rodzicom, że chciałbym w to iść, ale oni powtarzali, że piłka chleba mi nie da i powtarzali w kółko „szkoła, szkoła, szkoła”. Z jednej strony przytakiwałem im, ale z drugiej myślałem swoje. Kiedy dostałem propozycję trenowania z pierwszym zespołem Świtu, to wtedy zmiana myślenia nastąpiła i u mnie, i u moich rodziców. W pierwszym roku trochę potrenowałem, trochę pograłem z seniorami, bo byłem młody i wiadomo – nie łapałem się na każdy mecz. W następnym roku przyszedł trener Libor Pala i wszystko całkowicie się zmieniło. Na stałe zostałem w pierwszej drużynie, grałem w każdym meczu, udało mi się strzelić kilka bramek, a po sezonie odezwała się Legia. Wtedy zmieniły się priorytety, już nie słyszałem od rodziców w kółko o szkole. Oczywiście, skończyłem ją, zdałem maturę, ale zdecydowałem się skupić wyłącznie na piłce. Rodzice pewnie do tej pory myślą, że to jakiś wielki żart, ale już się chyba przyzwyczaili (śmiech).

 

- Późno zacząłeś trenować, nawet grając w Świcie nie traktowałeś tego zbyt serio. W takim razie kiedy zgłosiła się po Ciebie Legia pomyślałeś, że…

- …że to jakiś żart. Nie bardzo chciało mi się wierzyć, że po chłopaka z Nowego Dworu grającego w trzeciej lidze, zgłasza się Legia Warszawa. Kiedy okazało się, że to jednak prawda, pomyślałem – muszę zastanowić się nad swoją przyszłością. Zaczęto mi doradzać żebym poszedł i spróbował swoich sił, bo jeśli mam się dalej rozwijać, to wyłącznie tam. Ja też chciałem podjąć to wyzwanie, bo jestem z Nowego Dworu, a tutaj każdy chłopak marzy o tym, żeby zagrać przy Łazienkowskiej. Doszedłem do wniosku, że to może być pierwsza i ostatnia taka okazja w życiu. Musiałem spróbować i dlatego zdecydowałem się na ten krok.

 

 

- Legia była miejscem, w którym – nie zrozum mnie źle – ogarnąłeś się? W końcu trener Jacek Magiera wręczył Ci kiedyś książkę z dedykacją: „Kuchy, ogarnij się w końcu”.

- Na początku nie byłem zbytnio – jak to ujął trener – ogarnięty. Ale tak od dwóch, trzech lat, to już jest jednak całkowicie inny „Kuchy”. Może na boisku czy przed kamerami jestem troszeczkę inny, ale to jest element – nazwijmy to – życia sportowego. Tam każdy z nas różni się od osoby, którą jest na co dzień. W życiu jestem natomiast całkowicie innym człowiekiem. Ludzie mogą kojarzyć mnie z impulsywnymi zachowaniami, prywatnie natomiast jestem towarzyski, potrafiący się z siebie śmiać. Myślę, że gdyby ktoś poznał mnie na stopie prywatnej, to całkowicie zmieniłby o mnie zdanie.

 

- To, że nie lubisz dziennikarzy, to jedna Twoja łatka. Druga jest taka, że nie jesteś poważnym człowiekiem. Przeszkadza Ci to, że nie jesteś traktowany poważnie?

- Ja nie jestem traktowany poważnie ze względu na moje wywiady. Wszyscy uważają mnie za niewychowanego półgłówka, a przez to, że prasa często nakręca takie rzeczy, ludzie mają o mnie takie mniemanie. Tak jak mówiłem – gdyby ktoś spędził ze mną trochę czasu, na pewno zmieniłby na mój temat zdanie. Znam zresztą mnóstwo osób, które miały mnie za gbura, a potem poznały mnie bliżej i zupełnie zmieniły opinię na mój temat. Przecież wy mnie znacie, nagrywamy razem mnóstwo rzeczy, czy to ze mną, czy też z innymi zawodnikami. Po prostu jesteśmy wesołymi ludźmi, potrafimy się bawić, śmiać z siebie – najlepszym tego przykładem jest nasz suchar challenge, który nagraliśmy z „Jędzą”. Opinii na swój temat w Internecie nie możemy zmienić – dzisiaj rozwinął się on na taką skalę, że ja na przykład mogę sobie napisać coś o hokeju. Nie mam o nim pojęcia, a ktoś poda to dalej i taka spirala zacznie się nakręcać. O każdym można napisać wszystko, a potem ta osoba sama nie jest w  stanie się obronić.

 

 

- W Twoim procesie nabierania dystansu do takich rzeczy, czy „ogarnianiu się”, o którym rozmawialiśmy, ważną rolę odegrała data 12 listopada 2017 roku?

- To jest bezapelacyjnie największa zmiana jakiej doświadczyłem w moim życiu i mam nadzieję, że doświadczę jej przynajmniej jeszcze raz. To przemiana człowieka, który do tej pory kiedy tylko chciał mógł iść sobie do kina, na imprezę, czy umówić się z kolegami na piwo. Teraz pierwsze o co trzeba zapytać się żony, to czy można gdzieś wyjść (śmiech).

 

- Żona często pozwala?

- Nie ma z tym większego problemu, chociaż co za dużo to nie zdrowo. Żyjemy razem w bardzo dobrych relacjach, także od czasu do czasu mogę gdzieś wyskoczyć. Doskonale rozumie, że człowiekowi potrzebny jest nie tylko odpoczynek fizyczny, ale też psychiczny. Żona to oczywiście jedno, ale teraz na wszystko patrzę przede wszystkim przez pryzmat Oskarka, bo to jest nasze oczko w głowie, któremu musimy podporządkować całe życie i cały wolny czas.

 

- Jakbym był złośliwy, to mógłbym nawiązać do pewnej Twojej słynnej wypowiedzi na temat wolnego czasu…

- No i proszę bardzo, teraz rząd ustanowił wolne niedziele, także załatwiłem, nie ma problemu (śmiech)! Druga i trzecia niedziela wolna, pierwsza i ostatnia pracująca, może niedługo rząd zrobi pracującą tylko ostatnią!

 

- Może jeszcze niedługo załatwisz wolne niedziele dla ligowców?

- Nie, no tutaj już nie będziemy zmieniać, za chwilę powiedzą, że polski piłkarz za mało gra – kolejki niech będą rozgrywane w weekendy (śmiech)!

 

 

- Ale już mówiąc poważnie, jak to jest z tym odpoczynkiem? Kibice nie rozumieją was, a wy nie rozumiecie ich?

- To chyba od zawsze tak wygląda, że my nie do końca zrozumiemy kibiców, a oni nie do końca zrozumieją nas… Czekaj, czekaj, dlaczego się zatrzymujemy? Możemy jeszcze iść! Która jest godzina… 13:23, no to mamy jeszcze sporo czasu.

 

- Jak Ci się tak dobrze rozmawia, to ja bardzo chętnie.

- A, wy macie jakieś plany, tak?

 

- Nie, po prostu zwykle kończymy rozmowę po okrążeniu Kanałku.

- Dobra, to tym razem skończycie inaczej, chodźmy (śmiech)! Wracając – dużo osób mówi nam, że mamy dobrze. Jasne, że w niektórych aspektach na pewno mamy lepiej, ale tego wolnego czasu nie mamy wcale zbyt wiele. W tygodniu pracujemy codziennie, na pewno mniej niż inni ludzie, to jasne, ale nam dochodzą jeszcze obozy przygotowawcze, wyjazdy, zgrupowania przed każdym meczem, przez co naprawdę bardzo rzadko widujemy się ze swoimi rodzinami. Mowa tu zwłaszcza o zawodnikach zza granicy, bo niektórzy koledzy widzą się z bliskimi raz na dwa, trzy miesiące. To naprawdę nie jest łatwe.

 

 

- Ale wiesz: „za takie pieniądze…”

- Często zarzuca się nam, że za dużo zarabiamy. Ale pieniądze naprawdę nie są w życiu najważniejsze, nie zrekompensują pewnych ważnych chwil, w których nie mogłeś towarzyszyć rodzinie, nie kupisz za nie dodatkowego czasu. Nie mamy możliwości wzięcia tacierzyńskiego, nie możemy uczestniczyć w wielu rodzinnych uroczystościach. Ja na przykład byłem w życiu na dwóch weselach, a zaproszeń miałem na dwadzieścia parę. Moja rodzina jest potem na zdjęciach, na których mnie nigdy nie ma. Nic na to nie poradzę, życzę im miłej zabawy, ale ja muszę robić swoje. Nie narzekam, bo mam coś za coś, ale na pewno nie jest tak, że pieniądze są w stanie wszystko zastąpić.

 

- To robienie swojego nieźle Ci wychodzi – łącznie po boisku w barwach Legii biegałeś... ponad 21 dni.

- Na samym boisku, a dochodzą do tego obozy, wyjazdy, treningi. W klubie spędzamy po pięć, sześć godzin dziennie, mamy przygotowania do treningów, odprawy taktyczne, analizy. Naprawdę nie jest tak, że robimy coś przez dwie godziny dziennie, a potem laba. Jasne, mamy czas na regenerację, natomiast bardzo ważny jest odpoczynek nie tylko fizyczny, ale także psychiczny. Jeśli spotykałbym się z tobą codziennie i jeszcze rywalizowalibyśmy ze sobą o miejsce w składzie, raz ty byś grał, a raz ja, raz ty byś mnie denerwował, raz ja ciebie, widzielibyśmy się przez kilka tygodni na obozie, jedli razem śniadanie, obiad i kolację, to naprawdę moglibyśmy się sobą zmęczyć (śmiech). Odpoczynek psychiczny jest tak samo ważny jak fizyczny. Przez ostatnie lata zagraliśmy wiele meczów, przez co częściej przytrafiają się nam kontuzje, przez które musimy potem trenować trzy razy ciężej, żeby wrócić do grania w piłkę. Jednak mamy trochę tych wyrzeczeń.

 

 

- Dochodzimy do ulicy Rozbrat, a to chyba znak, że – mimo dłuższej niż zwykle trasy rozmowy – musimy zrobić... rozbrat. Czego Ci życzyć przed Świętami?

- Wyłącznie spokoju i naprawdę rodzinnych Świąt. To jest teraz dla mnie najważniejsze.

 


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Więcej na temat

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 159
PLN
Cena 69,90
PLN
Cena 249
PLN