Legia Warszawa
vs Pogoń Szczecin
Czas do meczu
Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2019-03-31 13:00:00
Newsletter

Kucharczyk: Legendą nigdy nie będę

Autor: Janusz Partyka, PG Fot. Jacek Prondzynski, Mateusz Kostrzewa, Janusz Partyka, Włodzimierz Sierakowski
''Myślę, że nie jest mi dane zostać legendą Legii, bo nie da się przebić legend takich jak Lucjan Brychczy czy Kazimierz Deyna. Może stworzy to czas, który za kilkanaście lat wybije i ludzie stwierdzą, że Michał Kucharczyk rzeczywiście wycisnął maksa dla Legii'' - mówi dla Legia.com Michał Kucharczyk. Zapraszamy do lektury drugiej części rozmowy z legionistą, który w tym roku ma szansę stać się najbardziej utytułowanym piłkarzem w historii klubu.

Legia.com: - Jesteś legionistą z krwi i kości, ale nie należysz do piłkarzy zbyt wylewnych, którzy jakoś specjalnie manifestują miłość do klubu, np. całując herb po strzeleniu gola. Swoje przywiązanie wolisz pokazywać liczbami i konkretami na boisku?

Michał Kucharczyk: - Trzeba zasłużyć na to, że kocha się klub całując herb po zdobyciu bramki. Jest mnóstwo zawodników i nie będę tego ukrywał, którzy przychodzą do różnych klubów i aby wpaść w łaski kibiców, po dosłownie jednym meczu czy jednym strzelonym golu pokazują, że już są jego częścią i dla nich liczy się tylko gra w tym klubie. W nowym społeczeństwie, w dobie internetu, co chwilę wrzuca się zdjęcia związane z klubem, oznacza się, że klub to, klub tamto. Tak dzieje się na całym świecie. Okej, nie mam z tym problemu. Są ludzie, na przykład ja, Artur Jędrzejczyk, Miro Radović, Inaki Astiz, którzy spędzili w Legii mnóstwo lat. Wiemy, że mamy pewne przyzwolenie, ale skupiamy się bardziej na grze i pokazywaniu zaangażowania oraz przywiązania do klubu na boisku, niż na takim celebrowaniu, które ma nam dać sympatię kibiców.

 

 

- Niemiecki dziennikarz Ulrich Hesse, autor książki "Bayern. Globalny superklub", mówi o Robercie Lewandowskim, że był jednym z najlepszych strzelców w historii Borussii Dortmund, ale legendą tego klubu nikt by go nie określił. Zarówno w Dortmundzie, jak i w Monachium gra nie dlatego, że kocha te kluby, ale dlatego, że zarabia dobre pieniądze i ma szansę zdobywać trofea. Fani go bardzo szanują, ale nie kochają. A jak Ty to postrzegasz?

- Tak, tylko że Robert był w Borussii cztery lata. Teraz jest w Bayernie już pięć, więc tak naprawdę spędził swoje dwa najlepsze okresy w Bundeslidze w dwóch najlepszych klubach. Przeniósł się z Dortmundu do Monachium, a wiadomo jaka jest tam rywalizacja pomiędzy tymi klubami. To tak, jakbym ja po czterech latach w Legii przeniósł się do Lecha. Jeśli na samym początku zacząłbym pokazywać symbole Legii, a później po przenosinach do Poznania pokazywał symbole Lecha, to coś byłoby ze mną nie tak. Spędziłem tutaj dziewięć lat i nie wiem, czy w ogóle mógłbym gdziekolwiek indziej w Polsce grać. Może tylko w Zagłębiu Sosnowiec (śmiech). Wiadomo, że na przywitaniu przed meczem mogę pokazać herb Legii, ale nie wiem co mnie w życiu czeka. Chyba, że zarząd przyjdzie do mnie z kontraktem i powie: "Michał podpisujemy na siedem lat". Wtedy będę wiedział, że całą swoją przygodę z piłką spędzę w Legii i wtedy z czystym sumieniem mogę pocałować herb (śmiech).

 

- Myślisz, że masz szansę zostać legendą Legii, a może poniekąd już nią jesteś?

- Myślę, że nie jest mi dane zostać legendą Legii, bo nie da się przebić legend takich jak Lucjan Brychczy czy Kazimierz Deyna. Może stworzy to czas, który za kilkanaście lat wybije i ludzie stwierdzą, że Michał Kucharczyk rzeczywiście wycisnął maksa dla Legii. Może nie legendą, ale zaszczytnym zawodnikiem.

 

 

- A propos legend, to w tym roku obchodzimy rok Kazimierza Deyny. Wiesz co Cię z nim łączy? Podobnie jak Ty przez lata gry w piłkę otrzymał tylko jedną czerwoną kartkę i także nie w wyniku jakiegoś brutalnego faulu. Za co właściwie obejrzałeś czerwień w sierpniowym meczu z Dudelange?

- Z mojego punktu widzenia w Dudelange należały nam się dwa rzuty karne. Krzyczałem do sędziego, że zasługiwaliśmy na nie, a sędzia wtedy po prostu się śmiał. Po końcowym gwizdku frustracja we mnie wybuchła i podszedłem na środek boiska, splunąłem przed siebie na murawę i powiedziałem mu prosto w twarz co myślę o jego sędziowaniu i w której lidze powinno być jego miejsce. On w tym momencie mnie zawołał, ale ja już nie chciałem z nim rozmawiać, i wyciągnął czerwoną kartkę. Pomyślałem "okej”, dał mi czerwoną kartkę, będę pewnie pauzował jedno czy dwa spotkania. W protokole meczowym napisał, że… oplułem mu obydwa buty, przez co muszę niestety pauzować w pięciu najbliższych meczach kwalifikacji europejskich pucharów. W tym jest dla mnie największa rozpacz, ponieważ nie będę mógł pomóc kolegom w eliminacjach.

 

- Jesteś bardzo ambitny, ale nie zbierasz za dużo kartek, jaka jest na to recepta? Może podpowiedz coś w szatni kolegom przed meczem w Krakowie (śmiech).

- Rzeczywiście, ja pauzowałem chyba tylko raz za nadmiar żółtych kartek. Nie wiem, może nie popełniam aż tak brutalnych fauli. To też kwestia pozycji. Wiadomo, że obrońcy i środkowi pomocnicy zbierają najwięcej kartek. Naprawdę nie wiem. Nie jestem z tych zawodników, którzy notorycznie łapią upomnienia. Trudno mi coś powiedzieć na ten temat. Niektórzy jak grzyby po deszczu zbierają kartki, a ja muszę czekać (śmiech). W tym sezonie mam chyba jedną, albo nie mam nawet żadnej żółtej kartki. Tyle meczów rozegranych, tyle fauli popełnionych, a ja wciąż nie mam kartki. Kiedyś dostawałem je za symulowanie, ale teraz już nie wypada symulować. Wiadomo, że VAR wszystko i tak widzi, więc nie ma sensu tego robić.

 

 

- A jak wy postrzegacie VAR?

- Uważam, że wprowadzenie VAR-u weryfikuje wyniki na sprawiedliwe. Piłka nożna to sport bardzo dynamiczny, sytuacja zmienia się w ułamku sekundy, a czasami decyduje jedna bramka. W sytuacjach spornych, jeśli chodzi o rzut rożny, spalony, rzut karny, jest to bardzo pomocne. Pomaga to sędziom, jednak jest też haczyk - czy sędziowie mając VAR, nie są tak skupieni na meczu i sytuacjach, które dzieją się w danym momencie, ponieważ wiedzą, że ktoś może im coś podpowiedzieć? Wiadomo, jeśli na boisku coś się dzieje i używany jest VAR to podnosi to ciśnienie. Według mnie jest to bardzo dobra technologia, bo wyniki są bardziej sprawiedliwe. Trudniej już powiedzieć, że sędziowie ciągną Legię za uszy, choć wiadomo, że błędy na VAR-ze też się zdarzają w obie strony. Jest to nowy system, obecny od dwóch lat - to jak działał w pierwszym sezonie, a jak obecnie to jak dzień i noc. Żałuję tylko, że nie ma w polskiej lidze technologii goal line, ponieważ było kilka przypadków, gdzie ta decyzja jest trudna do podjęcie, nie ma kamer w bramce, które pokazywałyby linię. Jeśli ta technologia była jeszcze wprowadzona do LOTTO Ekstraklasy, to nie byłoby żadnych kontrowersji.

 

- Jego przeciwnicy mówią, że zaburza on nieco rytm meczu.

- Tak, ale dużo wyników było niesprawiedliwych, bo było mnóstwo sytuacji spornych w polu karnym, zagrania ręką i tak dalej. Jeśli chodzi o rytm gry, to VAR go zaburza, ale jeśli chodzi o fairplay, to jestem za.

 

 

- Słyniesz też z powiedzeń, które obarczone są pewną dozą kontrowersji, ale przechodzą do historii. Przytoczmy choćby te: "fatalny to ty jesteś" czy "to ja nie dojechałem na mecz". Jesteś wyrazisty w swoich opiniach, ale z drugiej strony umiesz przyznać się do błędów. Czy Michał Kucharczyk jest inny na boisku, a inny w codziennym życiu?

- Zawsze powtarzam, można zapytać się ludzi, którzy mnie znają - Michał Kucharczyk przed kamerami i na boisku, a Michał Kucharczyk w życiu prywatnym, to dwie całkowicie różne osoby. Wspominałem, że nie przepadam za wywiadami, ale to też moja praca. Mam już łatkę po rozmowie z jednym dziennikarzem "fatalny to ty jesteś", "fatalne zagranie", "fatalny dzień", wszystko fatalne... Wtedy, po meczu z Ajaksem, byłem bardzo przejęty, nie wykorzystałem sytuacji, odpadliśmy. Ale czego dotyczyło to pytanie? Czy fatalnie wyglądam na boisku? Czy fatalnie wygląda moja twarz? Czy fatalnie się ubrałem? Mnóstwo osób w mixed zonie miało różne historie, przecież nie tylko ja. Następnego dnia, gdy nagranie się ukazało, to większość ludzi była po mojej stronie, ale niestety przypięto mi już łatkę, która pewnie ciągnęła się będzie przez całe moje życie. Jak to się mówi, nie ważne co piszą, ważne jak piszą. Ja mówię wprost, nie szukam kwadratowych jaj, nie mam problemów z wyrażaniem tego, co czuję przed kamerami. Tak samo, dużo chłopaków przez cały czas spędzony w szatni mówi mi, że czasem powiem za dużo, ale wiedzą, że mówię szczerze i prosto do nich, a nie rozpowiadam na bokach. Ci którzy są dłużej już się do tego przyzwyczaili, ci którzy przychodzą może mają z tym problem, jednak muszą dojść do tego, że jestem człowiekiem, który niczego nie ukrywa i kiedy coś mi nie pasuje, to mówię o tym od razu przed nimi, a nie trzymam w sobie i rozpowiadam po kątach.

 

- Od ponad dwóch lat jesteś szczęśliwym ojcem. Na ile zmienił Cię syn?

- O, to jest dopiero zmiana w życiu! W tym momencie wszystko co dotyka mnie, nie jest tak ważne jak to, co dotyka mojego syna. Wszystkie problemy całkowicie schodzą na drugi plan, bo najważniejsze jest to, co mogę dać mojemu synowi. Swoją pracą oddziałuję na niego i dbam o jego przyszłość. Dlatego zmieniłem się, mniej można mnie zauważyć w mediach, zajmuję się tym czym powinienem, czyli dbaniem o jego dobro. Nie przenoszę niepowodzeń z klubu do domu, bo jeśli po porażce wraca się do siebie i mały tuptuś biegnie do ciebie i krzyczy "tata" to od razu wszystko co się działo wyrzucam za siebie i daję radość synowi. Nie mówię tylko o sobie, ale też o innych. Oddzielenie życia sportowego od prywatnego to wartość bardzo ważna.

 

 

- Jak Twój zawód odbierają najbliżsi - żona Róża i syn Oskarek. Mąż i tato ciągle w rozjazdach. Nomen omen, nie ma czasem róży bez ognia?

- Z żoną jesteśmy szmat czasu, dziesięć lat razem. Gdy przeszedłem do Legii Warszawa, Róża wiedziała na co się pisze i po prostu się przyzwyczaiła. Syn jeszcze tego nie rozumie, dlaczego taty nie ma w domu. Jak zrozumie, to będę miał większy problem (śmiech). Póki co jest tutaj plusik, ponieważ nie sprawia mu to takiej przykrości, kiedy nie ma mnie przez dwa dni. Jak dorośnie będzie większy problem z wytłumaczeniem, że tata musi wyjechać. Z żoną tyle czasu jesteśmy razem, że jeśli wyjeżdżam, to żona ma chociaż szansę odpocząć.

 

- Twoim hobby jest łowienie ryb. Pamiętasz "wędkę", którą dostałeś od trenera Macieja Skorży? 

- Tak (śmiech). Była to 43. minuta meczu ze Śląskiem Wrocław w Warszawie w 2011 roku. Wszedł za mnie Janusz Gol. Byłem młodym zawodnikiem, nie powinienem się tak zachować, ale ambicja nie pozwoliła mi zejść na ławkę i zbić piątkę z trenerem. Miałem później poważną rozmowę o tym, że nie powinienem się tak zachowywać. Trener chciał mnie wysłać do drugiej drużyny. Rozumiałem tę karę.

 

 

- Cztery dni później był mecz ze Spartakiem w Moskwie, gdzie obaj byliście bohaterami całej piłkarskiej Polski. Piłkarska "wędka" dla tak młodego piłkarza jest z pewnością bolesnym doświadczeniem?

- To jest właśnie zabawne. Zachowałem się nieodpowiedzialnie, powinienem podejść do trenera i zbić z nim piątkę. Po tej rozmowie widziałem się już w drugiej drużynie. A tak jak wspomniałeś, cztery dni później wybiegłem w pierwszym składzie na mecz ze Spartakiem Moskwa, wygraliśmy, a ja strzeliłem gola na 2:1. Śmiech na sali, że tak się to wszystko potoczyło. Po tym wszystkim trener zapomniał o całej sprawie.

 

- Co wyzwala większą adrenalinę - strzelenie gola, czy walka z rekordowym, ośmiokilowym karpiem, którego złowiłeś pięć lat temu?

- Największą adrenalinę wyzwoliła we mnie bramka z Dundalk na 1:1 i w ostatnim sezonie gol w Poznaniu dający nam mistrzostwo Polski. To była adrenalina szczęścia, która przez długi czas nie pozwoliła mi zasnąć.

 

 

- Wciąż mówią do Ciebie w szatni Ribery? Dawniej tak wołali Artur Jędrzejczyk i Michał Żewłakow.

- Już przestali. Każdy mówi wyłącznie „Kuchy”. Czasami, jeśli ktoś chce pożartować, to krzyczy "king". Ja się wtedy szyderczo uśmiecham i odpowiadam - "co chcesz od kinga?". Zostałem "Kuchym", albo "Kukim", jeśli ktoś ma problemy z wymową.

 

- Kiedyś, choć kompletnie nie interesowałeś się polityką, kandydowałeś na radnego w Nowym Dworze. Po przyjściu do Legii zapytany o cele stwierdziłeś, że najpierw... musisz nauczyć się grać w piłkę. Do wszystkiego podchodzisz na żywioł?

- Jeśli chodzi o politykę, to burmistrz chciał wtedy dla partii zyskać chyba trochę głosów (śmiech). Wiadomo, moje przejście do Legii była dla Nowego Dworu efektem wow, więc zgodziłem się jako młody człowiek. Byłem podpięty do listy startowej, aby zdobyć kilka głosów więcej. Mówiono mi potem, że bawię się w politykę, ale nie przejmowałem się tym zbytnio. Jeśli chodzi o naukę gry w piłkę - mam 28 lat i wciąż uważam, że muszę się sporo nauczyć.

 

- Do końca rundy zasadniczej zostały cztery kolejki i dwa punkty straty do prowadzącej Lechii. Do odrobienia?

- Jak najbardziej. Jestem tego zdania, że prędzej czy później dogonimy i przegonimy Lechię i po 37. kolejkach będziemy na pierwszym miejscu.

 

 

- Wszyscy liczą, że runda finałowa znów będzie nasza. Dlaczego prawie zawsze tak jest, że zakasacie rękawy i zabieracie się do odrabiania strat gdy gołym okiem widać już metę?

- Wydaje mi się, że jest to też kwestia doświadczenia i umiejętność dźwignięcia presji w decydujących momentach. Nie raz graliśmy o najwyższe cele, nie raz graliśmy ważne mecze i myślę, że nasza siła tkwi w doświadczeniu zawodników. Moim zdaniem problemem w naszej grze są wczesne przygotowania do europejskich pucharów. W tym roku nie mamy na co zrzucić winy, ponieważ gramy co tydzień i to my powinniśmy być stroną dominującą. Nie jesteśmy, musimy gonić, ale łatwiej zawsze gonić niż do końca utrzymać pozycję lidera. W ostatnich latach goniliśmy, więc jestem optymistą i uważam, że znajdziemy się na pierwszym miejscu.

 

- Będziesz więc najbardziej utytułowanym legionistą w historii?

- Miejmy nadzieję, że stanie się to już w tym roku.

 

Pierwszą część wywiadu znajdziecie w TYM miejscu.

 


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 89
PLN
Cena 114,50
PLN
Cena 119
PLN