Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2018-11-10 15:00:00
Newsletter

Kulenović: Jestem jeszcze dzieciakiem

Autor: Jakub Jeleński Fot. Janusz Partyka, Mateusz Kostrzewa, Jacek Prondzynski
Ma 19 lat, a w piłkę grał już w trzech krajach. Po polsku nauczył się mówić w cztery miesiące, a do tego biegle posługuje się chorwackim, angielskim oraz włoskim. Występując w Juventusie trenował u boku jednego z dwóch największych idoli z dzieciństwa, z drugim natomiast wygrał walkę o skład w Legii Warszawa. Poznajcie Sandro Kulenovicia - najmłodszego strzelca w kadrze Wojskowych, który sam o sobie mówi, że do dorosłości jeszcze mu daleko.

 

Legia.com: - Masz większy talent do piłki nożnej czy języków obcych?

Sandro Kulenović: - Powiedziałbym, że do piłki (śmiech). Chociaż i z językami nie mam problemu – mówię w czterech i jestem z tego bardzo zadowolony.

 

- Ile czasu zajęło Ci nauczenie się polskiego? 

- Już po trzech, czterech miesiącach opanowałem podstawy i mogłem porozumieć się z kolegami, a po pół roku normalnie gadałem. 

 

- Z włoskim było tak samo?

- Nawet szybciej, bo tam dość płynnie rozmawiałem po czterech miesiącach.

 

 

- Szybko Cię ciągnęło za granicę, co jest o tyle dziwne, że Dinamo Zagrzeb ma jedną z najlepszych akademii piłkarskich na świecie. Dlaczego postanowiłeś wyjechać do Polski?

- Podjąłem taką decyzję, bo Legia była mną mocno zainteresowana, co bardzo mi się spodobało. Stwierdziłem też, że warto spróbować czegoś nowego. Dostałem sygnał, że jeśli dołączę do klubu, to pojadę na obóz z pierwszą drużyną i jak dam radę, to być może nawet będę mógł w niej zostać. To było zdecydowanie lepsze niż gra w juniorach. Zdecydowałem się więc na wyjazd i nie żałuję tego.

 

- Jak duży był przeskok między Chorwacją a Polską?

- Jeśli chodzi o kwestie piłkarskie, to rzeczywiście zupełnie co innego. W juniorach Dinama dużo graliśmy piłką, kładziono nacisk na technikę, a w III lidze, gdzie grałem z rezerwami Legii, w ogóle czegoś takiego nie było. Tam praktycznie kluczowa była fizyczność, więc na początku miałem spore trudności. Zdecydowanie łatwiej było mi pod względem życia w obu krajach. Warszawa jest podobna do Zagrzebia, więc od razu poczułem się w niej jak w domu.

 

- Skoro o domu mowa – Ty raczej nie byłeś typem spokojnego dziecka.

- Nie, mama nigdy nie miała ze mną problemów. Zachowywałem się dobrze. Może czasami zdarzało mi się zrobić coś złego, ale chyba nie można było narzekać na moje zachowanie.

 

- Po obejrzeniu nagrania, na którym skaczesz kilkanaście metrów z mostu do wody, jakoś trudno jest mi podzielać tę opinię.

- No dobra, byłem trochę szalony (śmiech)! Ale chyba każdy dzieciak taki jest.

 

 

- Trzeba się było potem w domu tłumaczyć?

- Trochę tak, bo mamie raczej się to nie spodobało (śmiech). Mówiła, że to zupełnie zwariowane, że to niebezpieczne i że mogę sobie zrobić krzywdę. Ale raczej się tym nie przejmowałem, mamy takie są – zawsze się martwią.

 

- Mama tak się martwiła, że przyjechała za Tobą do Polski. 

- Miałem 17 lat, pierwszy raz byłem za granicą i na pewno nie dałbym sobie bez niej rady. Dopiero zaczynałem swoją przygodę z piłką, a mimo to mama poświęciła się i wyjechała ze mną, co bardzo dużo dla mnie znaczyło. Miałem oczywiście trudne momenty, bo byłem daleko od przyjaciół, brata, czy taty. Obecność mamy była więc dla mnie niezwykle ważna. Cały czas mi kibicowała, wierzyła we mnie, a to bardzo wiele znaczyło. 

 

- Drugim takim niezwykłym kibicem była Twoja babcia. 

- Od zawsze trzyma za mnie kciuki cała rodzina. Babcia jednak dzwoniła do mnie przed meczami i mówiła, że dzisiaj na pewno wygramy 5:0, 4:0, a ja zdobędę ze dwie bramki. Niedawno niestety odeszła, ale takie jest życie. Strzelonego w Białymstoku gola zadedykowałem właśnie jej. 

 

- Dojrzałe podeście, Ty chyba w ogóle szybko dorastałeś. Przeglądałem Twoje wpisy na portalach społecznościowych sprzed lat. Przebijały się tam dwie rzeczy: miłość do Chorwacji i Jezusa. Coś się od tego czasu zmieniło?

- Nie i nigdy się to nie zmieni. Kocham swój kraj, jestem z niego dumny, a wiara daje mi bardzo dużo siły. Czuję, że kiedy modlę się do Boga, on gdzieś przy mnie jest i daje mi taką pewność, że wszystko będzie dobrze. 

 

 

- Mówiąc o dorastaniu, nie sposób nie poruszyć tematu Twojego wyjazdu do Włoch. 

- Ten rok bardzo dużo mi pomógł, bo po raz pierwszy wyjechałem zupełnie sam. Nie miałem już oparcia w mamie, o wszystkie swoje sprawy musiałem troszczyć się osobiście. Przeżyłem bardzo dużo trudnych momentów, ale tak wygląda życie. Trzeba sobie z nimi radzić, na tym to wszystko polega.

 

- Przed rokiem zapytany o to co umiesz ugotować odpowiedziałeś, że wodę na herbatę.

- No to teraz moje umiejętności uległy poprawie (śmiech)! Potrafię przyrządzić makaron, umiem usmażyć kurczaka, także z głodu już na pewno nie umrę.

 

- Kulinarnie sobie radziłeś, ale piłkarsko były problemy. Miewałeś momenty zwątpienia po tej kontuzji kolana?

- Nie, bo nigdy bym nawet nie pomyślał, że piłka nie jest dla mnie. Jasne, każdy zawodnik miewa swoje trudne momenty, ale ja uprawiam ten sport odkąd skończyłem cztery lata i nie wyobrażam sobie życia bez niego. Okej, miałem kontuzję, nie grałem, później na boisku też mi nie szło, ale nawet nie przyszło mi do głowy, by w cokolwiek wątpić. 

 

- Z czego wynikały Twoje problemy? W Primaverze w ogóle nie mogłeś się wstrzelić, z kolei w Viareggio trafiałeś sześciokrotnie w sześciu meczach. 

- Nie mam pojęcia. Na początku prawie każdy mecz grałem po 90 minut, ale nie mogłem strzelić gola. Było mi bardzo trudno, walczyłem, ale koniec końców stało się to co nieuniknione – wylądowałem na ławce. Mocno pracowałem żeby to zmienić, jednak zaraz dostałem kontuzji, więc trudno było mi wrócić. Mimo to nie poddawałem się.

 

 

- Co myśli sobie napastnik, który nie może zdobyć bramki?

- Przede wszystkim tracisz wtedy pewność siebie, bo im dłużej nie możesz trafić, tym bardziej jesteś nerwowy. Wiedziałem jednak, że jeśli będę pracował ciężko, to w końcu mi się uda. No i trenowałem, walczyłem, aż na tym Viareggio odpaliło wszystko. 

 

- W takim razie co się zmieniło, że zacząłeś tam strzelać mecz za meczem?

- Dostałem szansę po czterech miesiącach i wykorzystałem ją. Wszedłem na boisko, strzeliłem dwa gole i od razu zyskałem tę pewność siebie, o której mówiłem. I potem znowu gramy mecz, a ja znowu strzelam, cały czas zyskując coraz więcej pewności.

 

- Tam było super, ale potem znów zaczęła się Primavera, a Ty znów zacząłeś mieć problemy ze strzelaniem. Skąd się to brało?

- Też chciałbym to wiedzieć (śmiech). W życiu jest tak, że czasami się udaje, a czasami nie.

 

- Powrót do Polski był dla Ciebie wytchnieniem?

- Nie nazwałbym tak tego. Może w aspekcie piłkarskim rzeczywiście nie zrobiłem niczego wielkiego, bo we Włoszech nie trafiałem za często, ale ten rok na pewno mi pomógł. Miałem dużo treningów z pierwszą drużyną, więc uczyli mnie znakomici piłkarze. Ponadto usamodzielniłem się i zaznałem trochę dorosłości. 

 

 

- Kiedy przychodziłeś do Włoch kibice w Chorwacji nazywali Cię „nowym Mandżukiciem”. Stanięcie z nim oko w oko było chyba dla Ciebie szczególnym wydarzeniem?

- Spełniłem swoje marzenie. Czułem się wtedy jak prawdziwy piłkarz, miałem takie poczucie, że coś osiągnąłem. Jasne, jestem na początku swojej drogi, nic wielkiego nie zrobiłem, ale kiedy w wieku siedemnastu lat trenowałem z moim idolem, to rzeczywiście odczułem dumę. Miałem takie poczucie, że idę w dobrym kierunku. 

 

- Każdy ma jakiegoś idola, ale nie znam nikogo, kto zrobiłby sobie dokładnie taki tatuaż jak on.

- (Śmiech). Kiedy Mario zrobił sobie taki tatuaż, od razu mi się to spodobało i postanowiłem zrobić sobie identyczny wzór. Sporo osób pyta mnie o te cztery asy na przedramieniu, niektórzy myśleli nawet, że to ma coś wspólnego z wizytami w kasynie, ale ja po prostu chciałem mieć taki tatuaż jak Mario Mandżukić.

 

- Ale wiesz, że on ma ich jeszcze trochę?

- Na razie wystarczy mi jeden (śmiech).

 

- Tak czy inaczej Mandżukić to nie Twój jedyny idol z jakim pracowałeś. Pamiętasz jak w Zagrzebiu chodziłeś na mecze Eduardo da Silvy?

- To był chyba 2006 rok, a ja byłem na swoim pierwszym meczu w życiu. Eduardo grał wtedy w Dinamie i był tam największą gwiazdą. Wszyscy dookoła się nim zachwycali, a w jego grze było coś niesamowitego. Nigdy bym nie uwierzył, że kiedyś zagram z nim w jednym klubie.

 

 

- Uczeń przerósł mistrza? Jakby nie patrzeć, w Legii wygrałeś z Eduardo rywalizację o miejsce w składzie.

- Trzeba pamiętać o tym, że on ma teraz problemy ze zdrowiem. Nadal jednak bardzo dużo się od niego uczę. Na treningach wszystko przychodzi mu bardzo łatwo, czasem robi z piłką rzeczy, które są dla mnie nieprawdopodobne. Pytam go jak to w ogóle jest możliwe, a on tłumaczy, że to kwestia doświadczenia. Każe mi być cierpliwym i robić swoje, więc słucham go i pracuję cały czas.

 

- Gol w ekstraklasie, decydujący rzut karny w Pucharze Polski, trenowanie ramię w ramię ze swoimi idolami. Możesz o sobie powiedzieć: jestem dorosłym facetem?

- Chyba nie. Na razie jestem najmłodszy w składzie i w wielu sytuacjach jestem jeszcze dzieciakiem.

 

- To cieszę się, że nie odlatujesz, bo koledzy z drużyny mówią to samo. Podobno kiedy zgubiłeś paszport na lotnisku wcale nie przejąłeś się jego brakiem, tylko tym, że mama Cię za to zabije.

- Tak było! Wiedziałem, że jeśli go nie znajdę, to będę miał przez to całą masę problemów, z moją mamą na czele. Musiałbym wtedy jechać do Chorwacji specjalnie po to, żeby wyrobić sobie nowy dokument, a na to nie było czasu. Klub znalazł się w bardzo trudnej sytuacji, odpadliśmy z europejskich pucharów, przyszedł nowy trener. Wiedziałem, że jeśli go nie znajdę, to pojawi się całe mnóstwo komplikacji.

 

- Po odpadnięciu z pucharów one i tak się pojawiły.

- Było to dla mnie coś zupełnie nowego, nigdy w życiu nie miałem takiej sytuacji, bo tak naprawdę to mój pierwszy poważny sezon. Było nam trudno, ale podnieśliśmy się. Każdy młody zawodnik musi przeżyć takie momenty, bo z pewnością nabiera dzięki nim doświadczenia. 

 

 

- Teraz chyba odżyliście. Dostałeś szansę Ty, zupełnie odrodził się Dominik Nagy. W jaki sposób trener zdołał tak odmienić drużynę?

- Nie wiem co zmieniło się w przypadku innych chłopaków, ja mogę mu tylko podziękować za każdą minutę spędzoną na boisku, bo dzięki nim nabieram doświadczenia. Trener podejmuje decyzje, my musimy robić swoje. 

 

- Tobie chyba nieźle to idzie. Twoja reakcja po bramce w Białymstoku, gdy od razu pobiegłeś z piłką na środek boiska, sporo mówi chyba o Twoim charakterze. 

- My jesteśmy Legią, a Legia chce wygrywać każdy mecz. Trzy mistrzostwa z rzędu nie są przypadkiem, teraz chcemy zrobić to po raz czwarty. Naturalne więc, że od razu ruszyłem z piłką do środka. 

 

- W Gliwicach długo Ci się szło ze środka boiska do punktu karnego?

- Muszę być szczery i powiedzieć, że tak. Byłem jednak pewny siebie, a trener powiedział, że mi ufa, co bardzo mi pomogło. 

 

- Jaka była Twoja ostatnia myśl przed oddaniem strzału?

- Nie mam pojęcia, naprawdę nie pamiętam tamtego momentu (śmiech). Na pewno się bałem, bo to był pierwszy poważny karny w moim życiu, poza tym decydował o tym czy awansujemy czy nie. Na całe szczęście byłem skoncentrowany do końca i wytrzymałem ciśnienie, dzięki czemu pomogłem drużynie. 

 

 

- Zgłosiłeś się sam, czy wyznaczył Cię trener?

- Po treningach często zostaję z Michałem Kucharczykiem i razem trenujemy rzuty karne. Przed konkursem „jedenastek” trener podszedł do mnie i zapytał, czy jestem gotowy. Powiedziałem, że tak i usłyszałem tylko: „Zrób to jak na treningu”. No i udało mi się.

 

- Kiedy miałeś większe problemy z zaśnięciem – po meczu z Jagiellonią czy Piastem?

- Z Jagiellonią, wtedy w ogóle nie spałem (śmiech). No, może zdrzemnąłem się na jakieś półtorej godziny. To był wieczór, którego nigdy w życiu nie zapomnę. Mam nadzieję, że takich wieczorów jeszcze dużo przede mną.


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 159
PLN
Cena 69,90
PLN
Cena 249
PLN