Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2019-02-22 17:30:00
Newsletter

Legijne Skarby - Muzeum bez tajemnic (13)

Autor: Kamil Majewski Fot. Janusz Partyka, Eugeniusz Warmiński, Adam Polak/Archiwum Legii
Europejska przygoda Legii Warszawa z sezonu 1969/1970 do dziś wzbudza w jej sympatykach, w szczególności tych starszych, fantastyczne emocje. Na stałe do historii klubu wpisał się półfinałowy dwumecz Pucharu Europy z Feyenoordem Rotterdam, a pamiątki z nim związane możemy dziś podziwiać w Muzeum Legii.

Zanim dojdziemy do meczu z zespołem z Holandii, przybliżymy Państwu nieco historię występów Legii w tamtej edycji najbardziej prestiżowych rozgrywek piłkarskich w Europie. Jako mistrz Polski 1969 legioniści przystąpili do walki w Pucharze Europy. W szeregach Wojskowych panowały nastroje bojowe, ci bowiem, po dwóch nieudanych podejściach do rywalizacji o to trofeum z poprzednich lat, chcieli wreszcie udowodnić swoją wartość na tle zespołów z zachodniej części Starego Kontynentu. Pierwszą przeszkodą do pokonania, w 1/32 finału, był ówczesny mistrz Rumunii, UT Arad. Zespół, który w stolicy uważany był za wymagający i niezwykle niewygodny.

 

 

18 września 1969 roku w Rumunii doszło do pierwszego spotkania tej rundy rozgrywek. Legioniści mimo, iż od siódmej minuty przegrywali po bramce Flaviusa Domide zdołali zwyciężyć 2:1 po golach Janusza Żmijewskiego oraz Roberta Gadochy. Nie był to wielki spektakl, niemniej jednak wyjazdowa wygrana stawiała Wojskowych w dobrej sytuacji przed rewanżem. Rewanżem, którego przebieg przeszedł najśmielsze oczekiwania prawdopodobnie nawet samych zawodników, którzy wzięli w nim udział. „To nie był zwykły mecz, lecz piłkarska uczta. Włożyliśmy w to spotkanie wszystkie swoje siły i ambicje. Mistrz Rumunii nie był słabym zespołem, a jednak tego wieczoru tylko do 51. minuty, kiedy to strzeliłem pierwszego gola, zdołał utrzymać się na poziomie godnym tytułu” – wspominał Bernard Blaut.

 

Pierwsza połowa spotkania rozegranego 1 października na stadionie przy ul. Łazienkowskiej zakończyła się bezbramkowym remisem, który oznaczał, że kwestia awansu wciąż pozostaje sprawą otwartą. Rumunom przecież do promocji brakowało zaledwie dwóch trafień. Wspomniany wyżej gol Blauta otworzył sprawił, że worek z bramkami rozwiązał się. W trakcie kolejnych 34 minut Wojskowi trafili jeszcze siedmiokrotnie! „Piłkarski poemat godny rekordu Guinnesa” – tak o meczu wypowiadali się fachowcy.

 

 

Dobre występy na krajowym podwórku sprawiały, że przed kolejnym dwumeczem w ramach Pucharu Europy Wojskowi byli pewni siebie. Rywal, który na nich czekał był jednak nieporównywalnie mocniejszy. AS Saint-Etienne – mistrz Francji, zespół naszpikowany wręcz zawodnikami o wysokim poziomie. Konfrontację poprzedziły wzajemne przeszpiegi, do Polski przyleciał Albert Batteux, w przeciwnym kierunku udał się zaś Ignacy Ordon.

 

12 listopada 1969 roku obydwa zespoły wyszły na murawę stadionu przy ul. Łazienkowskiej. W pierwszej połowie lepsze wrażenie sprawiali goście z Francji, a dowodem takiego stanu rzeczy było trafienie Arnauda Revelli’ego z 39. minuty. Na trybunach doszło do nieprzyjemnych incydentów, a po wybuchu petardy niewiele zabrakło, aby arbiter zakończył spotkanie przed czasem. Podrażnieni legioniści wznieśli się na wyżyny umiejętności i w samej końcówce zdołali przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść – w 78. minucie gola strzelił Jan Pieszko, kilkadziesiąt sekund później tej samej sztuki dokonał Kazimierz Deyna. Optymizm przed wyjazdem do Saint-Etienne był umiarkowany, bowiem w poprzedniej rundzie zespół znad Loary zdołał w rewanżu pokonać wielki Bayern Monachium.

 

 

Również w przypadku meczu rewanżowego nie obyło się bez kontrowersji pozaboiskowych. Tym razem walkower groził gospodarzom, a powodem był… strajk pracowników zakładów energetycznych, przez który istniała realna groźba braku możliwości uruchomienia oświetlenia. Ostatecznie udało się osiągnąć porozumienie, a Legia rozegrała jeden z najlepszych meczów w swojej historii. Ku rozpaczy 30 tysięcy miejscowych kibiców, najpierw zdołała przetrwać szaleńcze ataki Francuzów, później zaś sama ruszyła do przodu. Decydująca okazała się 85. minuta. Kazimierz Deyna przejął piłkę i zdecydował się na uderzenie z dystansu. Futbolówka nabrała niesamowitej trajektorii i wpadła do bramki. Co ciekawe, pewni awansu miejscowi piłkarze jeszcze przed rozpoczęciem rewanżu zorganizowali wystawną kolację, jednak furia po niepowodzeniu, jakie zafundowali im Wojskowi, nie pozwoliła im na wzięcie w niej udziału. Sam Deyna, zdobywca jedynej bramki we Francji, zyskał wśród dziennikarzy pseudonim „Le general”. 

 

Ćwierćfinał Pucharu Europy, w którym Legia miała zmierzyć się z Galatasaray SK, również poprzedziło szpiegostwo ze strony Ignacego Ordona. Atmosfera w Stambule podczas pobytu stołecznego wysłannika była tak gorąca, że przyznano mu specjalną ochronę. Pewne było jedno – emocji w trakcie tych 180 minut nie zabraknie. Znani z porywczego temperamentu Turcy chcieli udowodnić warszawiakom swoją wyższość. Swoje starali dołożyć również kibice Galaty, którzy w nocy zebrali się pod hotelem legionistów i głośnymi okrzykami starali się ich zdekoncentrować, tuż przed pierwszym gwizdkiem sędziego zaprezentowali niezwykle efektowną oprawę. 

Legioniści wyglądali na zdezorientowanych, nigdy wcześniej nie przyszło im bowiem w tak fanatycznej atmosferze. Podopieczni Edmunda Zientary przetrwali początkowy napór zespołu gospodarzy, a następnie sami ruszyli do ataku. Wynik spotkania otworzył Lucjan Brychczy. Doświadczony zawodnik przeprowadził indywidulną akcję zakończoną przepięknym strzałem, z którym bramkarz drużyny przeciwnej, Nihat Akbay nie miał prawa sobie poradzić. Tuż po przerwie rywale zdołali doprowadzić do wyrównania, a później żadna z drużyn nie strzeliła gola na wagę zwycięstwa. Remis 1:1 w lepszej sytuacji przed rewanżem stawiał Wojskowych, którzy sami czuli się faworytami.

 

 

18 marca w Warszawie doszło do rewanżu. Spotkanie przyciągnęło na trybuny komplet publiczności, co budziło obawy, czy Wojskowi są gotowi do gry pod tak wielką presją. Jak pokazał początek meczu, słuszne, ponieważ to Turcy narzucili początkowo swój styl gry. Po kilkunastu minutach sprawy w swoje ręce postanowił wziąć bohater pierwszego starcia, przeżywający drugą młodość Brychczy. Gole z 11. i 55. minuty sprawiły, że faworyzowany zespół Galatasaray został wyrzucony za burtę. Awans do półfinału Pucharu Europy był przed rozpoczęciem zmagań w tych rozgrywkach odważnym marzeniem, teraz jednak cel był jeden – finał. 

 

Los nie był łaskawy dla Legii, jej rywalem w 1/2 finału miał być Feyenoord Rotterdam. Holendrzy do Warszawy przylecieli już dwa dni przed meczem, a ich obecność wzbudziła na Okęciu olbrzymie poruszenie. Po graczy tego zespołu przybyła delegacja Legii z wiceprezesem, płk. Edwardem Potorejką na czele. Zanim jednak dotarli do autobusu, musieli zmierzyć się z młodymi chłopcami chcącymi zdobyć autografy idoli. Szczególne zainteresowanie wzbudziła również grupa holenderskich kibiców, ubranych w kolorowe szaliki i czapki, zaopatrzonych w klubowe flagi. Po ich wizycie zostały w stolicy charakterystyczne kotyliony, a jeden z nich możemy dziś zobaczyć w Muzeum Legii. W trawionej komunizmem Polsce było to nieznane, ale to właśnie w ten sposób demonstrowano swoje przywiązanie do ukochanej drużyny w zachodniej części Europy. 

 

 

1 kwietnia obydwa zespoły wyszły na murawę stadionu Legii. Jeszcze przed rozpoczęciem meczu nad Warszawą rozpętała się potężna ulewa, która szybko zmieniła boisko w jedną wielką kałużę. Zarówno gospodarze, jak i goście z Rotterdamu nie potrafili wykorzystać stworzonych przez siebie okazji i pierwsza część dwumeczu zakończyła się bezbramkowym remisem. Dziennikarze „Przeglądu Sportowego” przekonywali, że na suchej murawie legioniści z pewnością strzeliliby chociaż jednego gola. 

 

Do rewanżu Wojskowi przygotowywali się w Berlinie. Przed odlotem do NRD doszło jednak do sytuacji, która z pewnością miała ogromny wpływ na losy spotkania rewanżowego z Feyenoordem. Władysław Grotyński oraz Janusz Żmijewski, podczas kontroli osobistej, zostali złapani na próbie przewiezienia przez granicę dużej kwoty w dolarach. Cała drużyna została w tym momencie poddana olbrzymiemu stresowi, a przez to 15 kwietnia piękna przygoda Legii z Pucharem Europy dobiegła końca. W 3. minucie wynik spotkania otworzył Willem van Hanegem, a niespełna pół godziny później na 2:0 trafił Franz Hasil. Doświadczony zespół holenderski nie pozwolił Wojskowym na zdobycie chociażby kontaktowej bramki. Ostatecznie Feyenoord został zwycięzcą Pucharu Europy w sezonie 1969/1970, pokonując w finale Celtic Glasgow. Legia została pierwszą polską drużyną w historii, której udało się dotrzeć do półfinału tych rozgrywek. Dziś o tym historycznym wyczynie przypominają nam pamiątki znajdujące się w Muzeum Legii, które pozostały po dwumeczu z Holendrami.

 

 

 

 


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 159
PLN
Cena 69,90
PLN
Cena 249
PLN