Legia Warszawa
vs Termalica
Czas do meczu
Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2016-08-06 14:00:00
Newsletter

Magiera: Dwa mistrzostwa to za mało

Autor: Nikodem Chinowski
Z drugiej części rozmowy z Jackiem Magierą dowiecie się m.in. o czarnej robocie na boisku, zakochiwaniu się w Warszawie, pracy z młodzieżą i tym, co na #Ł3 było najpiękniejsze.

 Przeczytaj pierwszą część wywiadu

 

 

Pamiętam Cię jako piłkarza, który zawsze grał bardzo blisko piłki, zawsze był pod grą. Zasuwałeś od jednej bramki do drugiej.

 

Jacek Magiera: - Moje zadania na boisku to w większości było wykonywanie czarnej roboty. Miałem funkcje mało widoczne dla kibica czy przeciętnego obserwatora, ale trenerzy cenią takich zawodników. Bardzo dużo biegałem, robiłem dużo wolnego pola kolegom obok. Często też ustawiany byłem przez trenerów na różnych pozycjach – grałem w środku pola, na lewej i prawej obronie, grywałem też jako libero. Wszędzie dawałem radę, potrafiłem skutecznie łączyć te funkcje. To miało dobre i złe strony. Dobre, bo pozwalało mi grać w większej liczbie meczów. Złe, bo nie miałem możliwości wyspecjalizować się w jednej roli.

 

W którym sezonie czułeś się najpewniej w Legii?

 

- Moje najlepsze lata to okres 2002-2004. Wcześniej musiałem mozolnie budować zaufanie trenerów i kibiców. Jak już udało mi się przekonać trenera, że warto na mnie stawiać, że dużo daję drużynie, to zaraz następowała zmiana szkoleniowca. I od nowa zaczynała się ciężka harówka na treningach. Zaczynałem za Stachurskiego, potem był Jabłoński, Brychczy, Kubicki, Smuda, Gawara i dopiero u Okuki poczułem się pewnie. Potem zostałem jako podstawowy gracz u Kubickiego i Zielińskiego. Ze składu wypadłem dopiero u Wdowczyka, on odstawił mnie na bok.

 

Miałeś żal do niego czy czułeś, że już faktycznie odstajesz od konkurencji?

 

- Nie miałem żalu, przyjąłem decyzję Wdowczyka ze zrozumieniem. Czułem, że nie byłem już piłkarzem, który prezentowałby taką jakość, jaką powinien. Miałem w nogach mnóstwo kilometrów. W tym wieku zawodnik powinien mieć przebieg jednego tira, a ja miałem przebieg dwóch tirów. Od dziecka grałem bardzo intensywnie – Raków, Legia, młodzieżówka. Każdy mecz to było mnóstwo biegania. W pewnym momencie mój organizm tego nie wytrzymał. Przyszli młodsi, żywsi, sprawniejsi. Ja byłem już na etapie opadającym. Z Wdowczykiem uznaliśmy, że pora odpuścić. Poszedłem do Rakowa, potem do Cracovii, aż wreszcie zakończyłem karierę. Nie była bardzo długa, ale za to bardzo intensywna.

 

 

Ostatecznie udowodniłeś sobie i innym, że jesteś wartościowym piłkarzem, choć trochę to trwało.

 

Wchodziłem do zespołu jako młody w czasach, gdy polska piłka była zupełnie inna. Byli inni ludzie, inne zasady, inny „profesjonalizm”. Ja wyznawałem i nadal wyznaję inne wartości niż wielu piłkarzy, szczególnie tych młodych. Wtedy, w Legii, miałem przez to trudniej… Miałem problemy, żeby się zaaklimatyzować. Nie chodziłem z drużyną na imprezy. Innym trudno to było zrozumieć.

 

Czułeś, że powinieneś, żeby się wkupić w drużynę?

 

- Nie miałem takiego poczucia. Dla mnie liczyła się przede wszystkim opinia trenera o mojej grze, a nie to, co myślą koledzy o moim życiu i podejściu do wiadomych spraw. Ja granie w piłkę łączyłem ze studiami. Po meczu drużyna szła się pobawić, wyluzować, a ja – chcąc nie chcąc – musiałem czas spędzać z książkami. Brakowało mi integracji, ale wybrałem sobie pewną drogę i chciałem się jej trzymać. Po skończeniu studiów mogłem sobie już pozwolić na trochę mniej dyscypliny. Wtedy wszedłem mocniej w drużynę, zostałem nawet kapitanem. W sezonie 2001/02 zrobiła nam się naprawdę fajna szatnia.

 

Wiesz, które masz miejsce pod względem rozegranych meczów dla Legii?

 

- Nie wiem, nie sprawdzałem nigdy. Strzelałbym, że koło trzeciej dziesiątki.

 

W punkt. Zamykasz ją – 30 lokata.

 

- Za moich czasów grało się w sezonie mniej meczów niż obecnie. Liga była krótsza, w Pucharze Polski też mniej graliśmy. No i Puchary – w Europie, nie było fazy grupowej. I to, co już mówiłem – skończyłem bardzo wcześnie, w wieku zaledwie 29 lat. Gdybym pociągnął do 34-35. roku życia to poszedłbym w tym rankingu sporo wyżej.

 

Przez 10 lat gry w Legii wygrałeś dwa Mistrzostwa Polski. To wynik na miarę możliwości tamtych drużyn?

 

- Dwa Mistrzostwa to mało. Dla mnie dużo za mało. Przychodząc tu powiedziałem sobie, że chcę być mistrzem pięć, sześć razy. Z drugiej strony, byli w Legii piłkarze lepsi ode mnie, którzy nie mają ani jednego Mistrzostwa. Legii zawsze o te tytuły było trudno, bardzo trudno. Przez moje 18 lat w Legii, Legia wygrała ligę tylko pięć razy.

 

Era Wisły była główną przeszkodą?

 

- Nie. Problemem nie była ani Wisła, ani Lech, ani Widzew. Naszym problemem były słabe drużyny, które pałętały się na końcu tabeli. Wisłę ogrywaliśmy u siebie po 4-1 czy 5-1. A potem przyjeżdżała tu Odra Wodzisław i wygrywała z nami 1-0. Jak się przegrywa z Polonią Bytom to nie ma co myśleć o wygraniu ligi.

 

 

Z czego to wynikało, że ogrywaliście bardzo mocną Wisłę, a przegrywaliście ze słabeuszami?

 

- Nie wiem, nie znam odpowiedzi na to pytanie. Gdybym znał, to byśmy wtedy do takich sytuacji nie dopuszczali. Na każdy mecz jechaliśmy tak samo zmotywowani, z tymi samymi założeniami. Tyle, że potem inaczej to wyglądało na boisku przeciw Wiśle, a inaczej przeciwko takiej Odrze. W takich meczach była zupełnie inna atmosfera – wyjdź na mecz w Wodzisławiu na Odrę, a wyjdź na Lecha w Poznaniu. Dziś już wszędzie wygląda to bardzo przywozicie, cała otoczka jest właściwie zbudowana, ale wtedy często nie było nawet oświetlenia.

 

Na Mistrza czekaliśmy aż do 2002 r.

 

- W takim klubie jak Legia czekanie na Mistrzostwo siedem lat to zdecydowanie za dużo. Zawsze czegoś brakowało, zawsze kończyło się na podium, ale bez złota. Mistrzostwo w 2002 roku przyjęliśmy z olbrzymią ulgą, nastąpiła kumulacja euforii. Sezon zaczął się fatalnie – przegraliśmy pierwsze trzy mecze. Po Amice spotkaliśmy się w „Kredensie”, porozmawialiśmy sobie. Przed nami był mecz z liderem na wyjeździe. Dzień przed tym meczem „Przegląd Sportowy” napisał że Legia spadnie do 2 ligi. Pojechaliśmy do Chorzowa, wygraliśmy na Ruchu 4-0. Wtedy wiedziałem, że to początek czegoś wielkiego. Sezon skończyliśmy na 1. miejscu, zdobyliśmy dla Legii Mistrza.

 

Pamiętasz ostatni mecz z Odrą?

 

Tak, do wygrania ligi brakowało nam remisu. Przed spotkaniem byliśmy spokojni, ale w trakcie meczu zaczęło nas paraliżować. Spiker już w trakcie rozgrzewki zaczął odczytywać plan fety – beczki piwa, koronacja, Starówka. To nas denerwowało, bo Wojtek Hadaj mógł tym zapeszyć. W 70. minucie, przy 0-0, zszedłem z boiska na noszach - leżąc patrzyłem w niebo, a tam już strzelały fajerwerki! To były najdłuższe minuty w życiu. A potem euforia. Mistrzostwo Polski... To było moje marzenie grając w Legii.

 

Właśnie w Legii czy po prostu Mistrzostwo, bez znaczenia z jakim klubem?

 

- Najbardziej chciałem wygrać z moim Rakowem, ale to było nierealne. Poszedłem więc do Legii właśnie po to, żeby wygrać Mistrzostwo. To było moje marzenie, mój cel. I tak też się stało. Nie powiem, że Legia to klub, o którym marzyłem za dzieciaka. Tak nie było. Oczywiście oglądałem mecze tej drużyny, jeszcze na czarno-białym telewizorze. Podziwiałem ten zespół - Wdowczyka, Kubickiego, Kazimierskiego, Buncola czy Dziekanowskiego. Nie byłem jednak kibicem Legii. Natomiast gdy tylko dostałem propozycję gry w tym klubie to nie wahałem się nawet sekundy – wiedziałem co to znaczy „zagrać w Legii”.

 

Początek był trudny…

 

Inne miasto, inni ludzie, inna mentalność. Z każdym miesiącem, z każdym rokiem powoli poznawałem Warszawę i się w niej zakochiwałem. Pierwsze dwa-trzy lata były naprawdę ciężkie. Dopiero po pięciu latach się tu odnalazłem, poczułem sens budowania swojego dalszego życia w tym mieście. Obok Rakowa, Legia zawsze będzie dla mnie najważniejsza.

 

 

Znany byłeś z rozsądku, z racjonalnego podejścia do życia. Zawsze cichy, ułożony, stojący w drugim rzędzie. Nie zabrakło Ci  wizerunku kogoś ostrzejszego?

 

- Zawsze byłem profesjonalistą, to było dla mnie zawsze priorytetem. Dla mnie liczyło się to, co pokazuję na treningu i na meczu, a nie to, co robię w czasie wolnym. To były inne czasy - nie było Internetu, social-mediów. Mnie nie interesowało zdanie innych. Liczyła się sumienność, ciężka praca, profesjonalizm. Pytasz o wyrazistość – dziś jest nią pokazywanie tego, co jesz na obiad. Ja wyrazistość rozumiałem na swój sposób: zawsze miałem swoje zdanie i swoje zasady. To było dla mnie najważniejsze. Własne zasady i wierność nim. Nigdy się nie podporządkowywałem i nie będę podporządkowywał innym.

 

Miałeś pedagogiczne podejście do młodych w Legii. Ta rola przyszła naturalnie czy ktoś Ci ją narzucił?

 

- Dobrze się z tym czułem. Praca była owocna, większość chłopaków, którym pomagałem w życiu daje sobie dziś radę. To dla mnie największa satysfakcja, gdy widzę, że ta praca poszła we właściwym kierunku. 90 proc. tych ludzi wyszło na swoje.

 

Wśród tych felernych dziesięciu procent jest m.in. Dawid Janczyk.

 

- Wiele rzeczy, nie tylko w kontekście Janczyka, musi zostać między mną, a zainteresowanym, więc nie będę tego komentował. Powiem tylko, że Dawid nie chciał ze mną współpracować, powiedział, że jest na tyle rozsądny, że sobie sam poradzi. Miał prawo. Ja nigdy nikogo nie zmuszałem do współpracy, wybrał swoją drogę i OK.

 

To pomówmy o innych przypadkach - Korzym, Smoliński, Wróblewski, Zganiacz, Zjawiński, Klatt, Mierzejewski, Fabiański…

 

- Z nimi grałem w jednej drużynie, starałem się ich wprowadzać nie tylko do zespołu, ale i do dorosłego życia. Nie robiłem tego z perspektywy trenera czy opiekuna tylko kolegi. Najważniejsze było, żeby przekonać ich nie ckliwą bajerą, ale prawdą i osobowością. Nie chcę jednak rozmawiać o poszczególnych nazwiskach - to tematy, które zostają tylko między nami.

 

Z wyżej wymienionych poważną karierę zrobił tylko Fabiański. Inni się pogubili czy po prostu nie mieli odpowiednich umiejętności?

 

- Nie zawsze chodziło o sukces sportowy. Często to nie strzelona bramka, nie transfer do lepszej ligi, ale poradzenie sobie w życiu było najważniejsze. To, że wyszli z opresji, z problemów. Nie będę mówił nazwisk ani konkretnych przypadków – najważniejsze, że oni to pamiętają i są mi wdzięczni. Ja nie robiłem tego nigdy dla poklasku i nie zależało mi, by o tym się głośno mówiło.

 

 

Jak, przez pryzmat swojego pedagogicznego podejścia, oceniasz dwa głośne konflikty na linii kibice-klub? Najpierw wojna z ITI.

 

- Interesowałem się tematem, ale nigdy nie chodziłem do prezesa pytać o szczegóły i jego podejście. To była sytuacja, która nas mocno denerwowała i martwiła. Każdy chciał, aby była wspólna linia z kibicami, żeby był doping i zdrowa atmosfera. A tu widać było, że porozumienie będzie trudne do osiągnięcia. Moja wiedza dotycząca tych spraw nie była tak rozległa, żebym miał prawo teraz oceniać i osądzać. Z jednej strony byłem pracownikiem klubu, a z drugiej strony rozumiałem kibiców i ich potrzebę nawiązania dialogu, czego znowu nie chciał klub. Konflikt szedł w ślepy zaułek, przestano szukać rozwiązań. Nigdy nie byłem mediatorem w tym sporze, nie spotykałem się ani z jedną, ani z drugą stroną. W drużynie nie miałem aż takiej pozycji by się spotykać indywidualnie z Miklasem czy Zygo.

 

Sprawa Kaczorowskiego?

 

- Kaczorowski był sam sobie winny. W życiu trzeba umieć się zachować, pokazać klasę. To on odpowiadał za ten incydent i powinien być świadomy jego następstw. To nie był 6-latek tylko dorosły facet. Zawsze trzeba się zachowywać rozsądnie i szanować rywala. Dla „Kaczora” była to trudna sytuacja, dla nas – kolegów z szatni – również. Rozumieliśmy złość kibiców, ale z drugiej strony to był kolega z drużyny. Sytuacja była patowa. „Kaczor” nie był skłonny przeprosić i odpokutować. Kibice są pamiętliwi i takich rzeczy nie puszczają bokiem. Niech sprawa Kaczorowskiego będzie nauczką dla innych.

 

Wam zdarzało się śpiewać na inne kluby?

 

- Nigdy nie wyrażaliśmy swojej radości wulgarnymi piosenkami. Śpiewaliśmy tylko o Legii, bo to był nasz klub. My jesteśmy Legia, inne kluby nas nie interesowały. Zawsze zachowywaliśmy się fair i z szacunkiem do rywali. Niestety nie działa to w przeciwną stronę, Legię wszyscy traktują inaczej. Ale to ich sprawa.

 

 

Kończymy typowo – Twój najlepszy i najgorszy mecz w Legii?

 

- 19 września 2003 roku czyli Legia – Wisła. Tam strzeliłem swoją najlepszą bramkę, do tego dołożyłem bardzo dobrą grę, no i wynik całego meczu też był prawidłowy.

 

Najsłabszy mecz zagrałem z Odrą za Kubickiego. Słabo się wtedy czułem fizycznie, a jak mam braki fizyczne to zawsze gram słabo. Cały mecz mi nie wyszedł.

 

Kolega z szatni, z którym było Ci najbliżej?

 

- Sporo było chłopaków, z którymi złapałem dobry kontakt. Na zgrupowaniach w pokoju kwaterowałem się z Sokołowskim albo Szalą. Do dziś mam z nimi kontakt. Ich bym wyróżnił jako moich najbliższych kolegów w klubie. 

 

Najlepszy trener?

 

- Okuka, bo najlepiej wspomina się zawsze miłe chwile i sukcesy. U niego dużo grałem i wygraliśmy Mistrzostwo.

 

Najlepszy piłkarz, z którym grałeś w klubie?

 

- Tomek Sokołowski I. Piłkarz kompletny, miał bardzo dobrą i lewą i prawą nogę. Czegoś mu jednak zabrakło, by zrobić karierę, do której był predestynowany.  W Polsce miał okresy znakomite, ale nie zrobił tego jednego kroku do przodu, nie przeskoczył ligowego poziomu. Czegoś mu zabrakło. Może agresji? Przebojowości? Wzięcia odpowiedzialności za grę, poświadczenia, że jest liderem drużyny i na boisku i poza nim? Szkoda, że nie dostał szansy się sprawdzić w lepszej lidze.

 

Najpiękniejszy moment przy Łazienkowskiej?

 

- Całe 18 lat, które spędziłem w tym klubie mogę ocenić jako najlepsze. To było 18 lat nauki – nie tylko piłki, ale przede wszystkim życia. Osiągnąłem tu swoją drugą życiową pełnoletność. Zaczynałem jako człowiek, który musiał mocno walczyć o swoje, potem stałem się jednostką, która miała już słowo decyzyjne, aż wreszcie byłem tym, który swoją wiedzę, swoje doświadczenie przekazywał młodszym. To były najlepsze lata mojego życia. Żadnego momentu z tych 18 lat się nie wstydzę, jestem dumny ze wszystkiego, co się w Legii ze mną w roli głównej wydarzyło.

 

 

Rozmowa w ramach cyklu Nikodema Chinowskiego pt. "Powrót do przeszłości". TUTAJ inne rozmowy autora. 

 


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 229
PLN
Cena 299
PLN
Cena 99
PLN