Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2016-06-28 21:30:00

Naczelny Legia.com komentuje 11 Stulecia

Autor: Łukasz Kowalski
Osobiste spojrzenie redaktora naczelnego Legia.com, Łukasza Kowalskiego, na wybraną przez Was jedenastkę wszech czasów.

Deynę widziałem na żywo raz. Podobno widziałem, bo byłem trzylatkiem, więc nie pamiętam. Na Stadionie X-lecia Polska grała z Bułgarią. Pamiętam tylko, że wokół było bardzo dużo ludzi. I pamiętam też, że usłyszałem jego nazwisko. Nie wiem, w jakim kontekście. A może sobie to tylko wymyśliłem? Co może pamiętać trzylatek? Pewnie wszystko, jeżeli tylko chce sobie coś przypomnieć...

 

Ciężko jest ustalić Jedenastkę Stulecia takiego Klubu, jak Legia. Gdy planowałem Plebiscyt Stulecia, chyba największą ulgę poczułem w momencie, w którym zdałem sobie sprawę z tego, że temat wybrania takiej drużyny - co w przypadku świętowania jubileuszu o takim ciężarze gatunkowym jest czymś nieodzownym - spada z barków redakcji. Olbrzymia odpowiedzialność to jedno, możliwość skrzywdzenia/pominięcia kogoś - drugie. Spójrzcie na te nazwiska. Mnóstwo znakomitych zawodników, ale wciąż patrzę na nią i dodałbym przynajmniej trzy, jednocześnie nie mając w pełni przekonania do tego, by kogoś z tej jedenastki usunąć. Może powinniśmy byli zaplanować również Ławkę Rezerwowych Stulecia? I tak ciężko byłoby zadowolić wszystkich. Byłaby to prawdowdopodobnie najdłuższa ławka rezerwowych w historii piłki nożnej. 

 

Ale właściwie dlaczego zacząłem od mojego mglistego wspomnienia o Kazimierzu Deynie? Bo są dwa nazwiska w historii Legii, które są oczywiste: właśnie Deyna, a także Brychczy. Pan Lucjan to nasza Legenda; człowiek, który jest Legią, bez którego nasz Klub nie byłby tym, czym jest. I chyba nie ma potrzeby o tej znakomitej dwójce dłużej pisać. Do wyboru była więc tak naprawdę dziewiątka...

 

Z przodu Lucjanowi Brychczemu towarzyszy Wojtek Kowalczyk. Ech, ten Wojtek... Pamiętam, jak na początku lat 90. przychodziło się na Łazienkowską właśnie dla niego. Pięknie wkomponował się w galerię tych zawodników, dla których "na Legię się przychodzi...". A tę najbliższą konkurencję miał przecież naprawdę z najwyższej półki: kibice mieli jeszcze w pamięci brawurową finezję Dariusza Dziekanowskiego, którego zastąpił przebojowy Roman Kosecki. Było jednak w "Kowalu" coś wyjątkowego - on był jednym z nas, chłopakiem, który trafił na murawę niemal wprost z "Żylety". Dawał możliwość identyfikacji, a ta w relacji zawodnik - fan nie zdarza się często. Na 10 chłopaków przychodzących na mecze Legii, przynajmniej dziewięciu w pewnym momencie swojego życia marzyło o grze w klubie z Łazienkowskiej. Marzenie Wojtka się spełniło. Z dnia na dzień stał się piłkarzem rozpoznawalnym w Europie, ale nie przeszkadzało mu to w tym, by pogadać z kumplami na ławeczce przed blokiem. Było w tym coś urokliwego - jeden z nas strzela bramki z "eLką" na piersi. To było coś! I choć w ostatnich latach pęd na telewizyjne szkło trochę zmienił tego "naszego" Wojtka w pana z telewizji, który nie zawsze znajduje u kibiców zrozumienie dla swoich - momentami dziwnych... - komentarzy, to tej magii rodem z warszawskiego Bródna duża grupa kibiców Legii nie zapomni już nigdy.

 

Obok Kazimierza Deyny za sprawą Waszych głosów stanęli Radović, Pisz i Gadocha. Ludzie, którzy na żywo widzieli w grze "Piłata", lubią powtarzać, że takiego lewoskrzydłowego polska piłka nie miała nigdy wcześniej i prędko się takiego nie doczeka. A przecież po zakończeniu przez niego kariery przez polskie boiska przebiegło kilka pokoleń zawodników. Tylko że Gadocha nad boiskiem frunął, a gdy już musiał na nim stanąć, by odbić się do dalszego lotu, czarował zagraniami w brazylijskim stylu. Siedem asyst podczas niezapomnianego mundialu w 1974, 72 zdobyte dla Legii bramki. "Robert Gadocha, Roberta Warszawa kocha!" - to jeden z okrzyków, które wznosiła na jego cześć rodząca się w latach 70. legendarna warszawska "Żyleta".

 

Na prawym skrzydle ustawiliście Miro Radovicia. To świeża historia, korytarze stadionu Legii jeszcze doskonale pamiętają jego uśmiechniętą twarz. Ja jednak pamiętam coś innego - tę zaciętość, która pojawiała się w jego rysach, gdy trzeba było wrzucić drugi bieg, poderwać kolegów z zespołu do większego wysiłku, walki. Lubiłem go zawsze za to, że nie bał się wziąć na siebie odpowiedzialności - a gdy już ją brał, walczył do końca. Nie zawsze jego kariera w Legii była pasmem sukcesów, za to zostawił na murawie stadionu przy #Ł3 mnóstwo zdrowia. A że robił to w sposób często tak widowiskowy, jak i kończony akcjami bramkowymi, nie dziwi, że zapadł fanom tak mocno w pamięć.

 

Kibic piłki nożnej rzadko bywa spokojny - dopingowanie piłkarzy to emocjonalnie ciężki kawałek chleba. Ale Leszek Pisz potrafił uspokoić. Gdy arbiter dyktował rzut wolny w okolicach pola karnego, tłum obserwujący mecze Legii cichł. Ten w Warszawie spodziewając się najlepszego, ten okupujący trybuny stadionow odwiedzanych przez Wojskowych zaś z przestrachem. Prawdopodobieństwo, że filigranowy pomocnik za chwilę umieści piłkę w siatce, zawsze było duże. Czuł tę piłkę wyjątkowo, ale też pracował  - podczas treningów i po nich - nad tym, by leciała ona tam, gdzie sobie to przed uderzeniem wymyślił. To działało. I to jak! A przecież w jego zawodowym emploi uderzenia z wolnych nie były jedynym atutem. Rozdzielał piłki, przytrzymywał - widział, przewidywał, był motorem napędowym działań kolegów z drużyny. A ta niesamowita bramka strzelona głową w Goeteborgu?! Otworzyła zupełnie nowy rozdział w historii polskiej piłki nożnej... Rozdział, który Legia z kapitanem, ba, "Generałem" Leszkiem Piszem zapisała piękną, futbolową kaligrafią.

 

W tej przygodzie towarzyszył mu Jacek Zieliński. Pamiętam, jak kiedyś podczas jakiejś okolicznościowej klubowej imprezy podniósł na mnie głos, bo w komentarzu czy też relacji napisałem o nim coś niepochlebnego. Byłem wtedy młodym dziennikarzem, dość pyskatym człowiekiem, więc mało brakowało, by doszło między nami do mocniejszej wymiany zdań. Jakoś rozeszło się po kościach, ale ja dłuższą chwilę o tym zdarzeniu myślałem. Czemu ten opanowany facet, którego na boisku ciężko było wyprowadzić z równowagi, który swoim spokojem w grze nadawał legijnym poczynaniom właściwy ton, nagle tak się przejmuje dziennikarską krytyką? Bo mu zależało. Po prostu. Pamiętam jego wielką radość na stadionie ŁKS-u po finale Pucharu Polski w 1997 roku, pamiętam też łzy wkurzenia po przegranej 0:3 na tym samym stadionie rok później, gdy Legia pogrzebała swoje szanse na dobry wynik w lidze. 14 sezonów w Legii. Szacunek.

 

Adam Topolski? Najlepszy obrońca Polski! Na żoliborskim podwórku, na którym się wychowałem, starsi koledzy z wypiekami na twarzy opowiadali o meczu sprzed kilku lat - w 1980 roku Legia pokonała wtedy w Częstochowie Lecha Poznań 5:0. Żaden z kolegów tego meczu nie widział, wszyscy byliśmy za młodzi, by być wtedy w Świętym Mieście. Ale podobno ktoś z Sadów Żoliborskich był... I opowiedział. I ten mecz stał się dla nas, dzieciakach zakochanych w Legii, bajką piękną, choć i straszną. Legenda tego meczu rosła z roku na rok, nie zawsze poprzez opowieść tylko piłkarską, ale gdy mówiono o zawodnikach, o grze, o bramkach, nazwisko Topolskiego padało zawsze. Bo przecież uderzył "prawie z połowy boiska". Nie była to połowa. Mecz obejrzałem wiele lat później, niecały. W końcu zobaczyłem tę bramkę. Odżyły wspomnienia z kopania piłki na piaszczystym "boisku" specyficznie zabarwionym przez walające się wszędzie owoce morwy. Zawsze graliśmy do momentu, gdy piach i kurz przesłaniały już wszystko i trzeba było na chwilę usiąść. Wtedy zaczynały się opowieści. Piękna bramka, Panie Adamie, piękna...

 

Nie pamiętam tak spektakularnego trafienia Kuby Rzeźniczaka, ale pamiętam za to moment, w którym trafił na Łazienkowską. Dzieciak, długie włosy, jakiś taki mikry - nie obrażaj się, Kubo, tak to wyglądało z trybun... I gdyby ktoś wtedy powiedział mi, że ten niepozorny dzieciak będzie kiedyś kapitanem Legii, że na swoim koncie będzie miał taka ilość sukcesów, trofeów zdobytych z moim ukochanym klubem, po prostu bym nie uwierzył. A jednak! Jest dla mnie "Rzeźnik" przykładem na to, że trzeba chcieć. Chcieć, wierzyć w siebie i ciężko pracować - wtedy możliwe jest naprawdę wszystko. Za to wielki szacunek, Kapitanie. Pewny jestem, że niejedna karta przed Tobą do zapisania. A ja chciałbym, żeby każdy młody człowiek, który trafi do warszawskiej Legii, był tak zmotywowany, by wszystko podporządkować piłce nożnej. Jest to zapisane w naszym legijnym etosie, tak to po prostu trzeba robić.

 

A Dickson Choto? Brakuje mi jego uśmiechniętej twarzy. Choć był to przerażający facet - ten jego łagodny uśmiech, z którym na twarzy potrafił "łamać nogi". Nóg może nie łamał, ale weź takiego przejdź... Solidny, przez lata pewny punkt warszawskiej defensywy. Nie grał z fajerwerkami, ale też nie taka była jego rola na boisku. Miał być kluczowy w momencie zagrożenia pod warszawską bramką. I często spełniał tę rolę w sposób co najmniej poprawny. 

 

Czas, bym doszedł do bramki. Artur Boruc. Czy muszę pisać coś więcej? Nieobliczalny, krewki, z temperamentem, który pewnie znakomicie sprawdziłby się, gdyby grał w polu. Na przykład na lewym skrzydle, bo podobno bramkarz i lewoskrzydłowy w każdym zespole powinni być szaleni. Kiedyś zagrałem z Arturem w ataku - nie, dowcipnisie, nie na konsoli do gier, tylko na boisku. Wpadł do Polski, by spotkać się ze znajomymi, przyjechał do nas na sztuczną murawę, by trochę pobiegać. U mnie z bieganiem od lat jest tak sobie, więc kopałem piłkę z przodu. On z kolei miał prawdziwą radochę z tego, że może sobie pozdobywać gole. Choć przecież strzelił kiedyś dla Legii bramkę przepiękną - na starym Estadio WP niemiłosiernie skarcony przez Legię Widzew (6:0) musiał znieść również to, że jednym ze zdobywców gola dla Wojskowych był bramkarz. Artur na pełnym luzie podszedł do ustawionej na 11. metrze futbolówki i spokojnie skierował ją do siatki. Potem już tak spokojnie nie było - szalona radość, machanie chorągiewką wyrwaną z narożnika boiska i... żółta kartka. Cały Artur. Byłem na meczu w Szczecinie, gdy wszedł na boisko za kontuzjowanego Radka Stanewa i nie ukrywam, że chętnie jeszcze raz zobaczyłbym "debiut" Artura w barwach Legii. Bo na trybunach naszego stadionu spotkam go z pewnością niejeden raz.

 

BORUC TOPOLSKI CHOTO ZIELIŃSKI RZEŹNICZAK GADOCHA DEYNA PISZ RADOVIĆ BRYCHCZY KOWALCZYK

 

Pozwólcie, Panowie, że wyrażę Wam swój szacunek.

 


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 159
PLN
Cena 69,90
PLN
Cena 249
PLN