Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2018-10-04 20:00:00
Newsletter

Pazdan: Nie byłem nastawiony na sukces

Autor: Jakub Jeleński Fot. Jacek Prondzynski, Mateusz Kostrzewa
Piłką na poważnie nie zajmował się do 20 roku życia, aż w końcu do ekstraklasy... uciekł z Hutnika Kraków. Choć na jego pierwsze zgrupowanie kadry nie chciała wpuścić go ochrona, to właśnie w niej zdobył niezwykłą popularność, której jednak w żaden sposób nie chciał wykorzystać. O swoim dzieciństwie, życiu piłkarskim i osobistym, w rozmowie z Legia.com opowiada Michał Pazdan.

 

Legia.com: - Jeśli chciałbym Cię przedstawić pseudonimem, to powinienem użyć „Arbuza”, „Piranii”, „Sogi” czy „Kung-Fu”?

Michał Pazdan: - Ani jedna z tych ksywek nie dotrwała do dziś. „Arbuz”, czy „Soga” odnoszą się do czasów, kiedy byłem jeszcze trampkarzem i wynikają z różnych śmiesznych sytuacji dotyczących mojej młodości. „Kung-fu” to chyba wiadomo skąd się wzięło, historię „Piranii” chyba też już wszyscy znają (śmiech). Teraz wszyscy mówią do mnie „Pazdek”, nawet moja żona.

 

- Podobno miałeś duży problem z tymi ksywkami. 

- Na początku rzeczywiście się nimi denerwowałem, a wszyscy specjalnie podkręcali mnie jeszcze mocniej, więc ja się coraz bardziej pompowałem (śmiech). Ale wiadomo – im człowiek starszy, tym do wszystkiego łapie większy dystans, także teraz nie miałoby to dla mnie znaczenia jeśli ktoś by ich użył.

 

 

- Pseudonimy towarzyszyły Ci w czasach dzieciństwa, a jeśli Twoje dzieciństwo, to krakowska Nowa Huta. Tam naprawdę jest tak strasznie jak głoszą legendy?

- Nie, wydaje mi się, że to wynika raczej ze stereotypów. Ludzie podświadomie bardzo źle kojarzą Nową Hutę, bo ona przez cały czas przedstawiana jest w takim a nie innym świetle. Kiedy tam mieszkasz, rzeczywistość wygląda inaczej niż większość o niej myśli. W Hucie dni są bardzo zwyczajne. Nie wiem jak teraz, ale za moich czasów nie było tam innych rozrywek niż wyjście na zewnątrz, siedzenie na ławce, czy granie w piłkę pod blokiem. Panował tam fajny, specyficzny klimat. Za dzieciaka trzymałeś się z tymi samymi ludźmi, z którymi do dzisiaj utrzymujesz kontakt. I to mi się bardzo podoba.

 

- Tam konflikty rozwiązuje się raczej w prosty sposób. I podobno Ty swoje konflikty też tak rozwiązywałeś.

- Nie, ja nie. Wiedziałem jednak co się dzieje, bo mieszkając na osiedlu zawsze wiadomo co w trawie piszczy. Siłą rzeczy miałem świadomość, co dzieje się dookoła, ale sam w żadnych bójkach nie brałem udziału.

 

- Taki jesteś grzeczny, a na „dołku” wylądowałeś.

- No tak, byłem na „dwa cztery” (śmiech). Jechaliśmy z kolegami obejrzeć mecz I ligi, pamiętam, że to było dzień przed początkiem zajęć na studiach. Wtedy zaczynałem pierwszy rok na uczelni i nie byłem na jego rozpoczęciu, bo siedziałem na komisariacie (śmiech). No więc szliśmy sobie spokojnie na mecz, aż tu nagle podeszła do nas grupa innych chłopaków nastawionych na bójkę. Musieliśmy się przed nimi bronić, więc zaczęła się bijatyka, a kiedy zobaczyliśmy, że nadjeżdża policja, to wszyscy zaczęli uciekać, my zresztą też. No i zgadnij kogo złapali, tych co chcieli się bić, czy tych, którzy chcieli uciec (śmiech)? Pojechaliśmy na „dołek” i jak to na „dołku” – każdy jest niewinny, nie ma w ogóle żadnej gadki, więc posiedzieliśmy 24 godziny i musieli nas wypuścić. Sprawa zakończyła się po szóstej czy ósmej rozprawie w sądzie grodzkim, kiedy wreszcie udowodniliśmy, że po prostu szliśmy na mecz i to my zostaliśmy zaatakowani.

 

 

- Jak się potem z tego tłumaczyłeś w domu?

- Jeden z nas miał w radiowozie telefon, którego nie zabrali mu funkcjonariusze, więc od razu wszyscy zaczęliśmy sms-ować. Ja napisałem do brata, że zgarnęła mnie policja i poprosiłem żeby nie robił afery i wytłumaczył w domu, że to po prostu niefortunny zbieg okoliczności. Ja byłem pewny swego, bo nic złego nie zrobiłem, a atmosfera wśród nas była... zabawna. Siedzieliśmy zgarnięci przez policję, a w samochodzie leciała piosenka „Jak to policeman przeszukuje mnie?” (śmiech). Na pewno mam teraz co wspominać!

 

- Grałeś wtedy w II lidze, a mimo to często pozwalałeś sobie wtedy na imprezy.

- Oj tak... Gdybym porównał obecnego siebie z tym óczesnym Michałem Pazdanem, to byłyby to zupełnie dwie różne osoby. W Warszawie mieszkam trzy lata, a alkohol piłem tylko po zdobytych mistrzostwach (śmiech). Zresztą tak naprawdę wydoroślałem jeszcze wcześniej, kiedy urodził się mój Marcel. Teraz wolę odpoczywać z rodziną, a wtedy... Człowiek był nauczony, że jak jest sobota, to idzie się w miasto. Do 20 roku życia nie było weekendu, żebym był w domu. Kiedy grałem w Hutniku to specjalnie mi to nie przeszkadzało, nikt z nas nie słyszał wtedy o czymś takim jak profesjonalizm. Grałeś mecz, potem impreza, na drugi dzień trening i tak w kółko. Wtedy to nie było coś nadzwyczajnego, często na mieście spotykałem chłopaków z Hutnika.  

 

- Czasy bardzo się zmieniły?

- Oczywiście. Kiedy patrzę teraz na młodych w szatni, to to jest naprawdę niebo a ziemia. Zresztą umówmy się – ja sobie kopałem w II lidze w Hutniku, a oni grają w Legii Warszawa. To nawet nie jest przeskok, tylko inny rodzaj rzeczywistości. Ja nigdy nie byłem w szkółce piłkarskiej, czy w internacie – no w internacie to może i dobrze, że nie byłem (śmiech). Profesjonalizmu tak naprawdę człowiek uczył się wtedy sam. Nie było tak, że ktoś ci coś powiedział, tylko ty obserwowałeś zachowanie innych i swoje. Ja zacząłem na to zwracać uwagę dopiero po przyjściu do ekstraklasy.

 

 

- Zapaliła Ci się kiedyś lampka podczas tych imprez? Że jeszcze jedno igristoje i o poważnej piłce będzie można zapomnieć?

- Całe szczęście, że po pierwszym roku studiów udało mi się przejść do Górnika. Swoją drogą, to na studiach też było ciekawie. Zaliczyłem wtedy oba semestry, aż nagle przyszła propozycja z Zabrza. Powiedziałem sobie wtedy, że to jest ostatni dzwonek, jeśli myślę o tym, żeby w piłkę grać na poważnie. Było obok mnie bardzo wielu uzdolnionych chłopaków, którzy takiej propozycji nie otrzymali, więc ja ją bardzo mocno doceniłem. Powiedziałem sobie wtedy, że trzeba się po prostu ogarnąć, bo drugiej szansy mogę nie otrzymać już nigdy. U mnie nie było tak, że od dziecka marzyłem o grze w Legii czy reprezentacji Polski. Po prostu, trenowałem, bo to lubiłem, ale nie byłem nastawiony na jakąś karierę czy sukces. Robiłem swoje i w pewnym momencie poszło to w dobrym kierunku. 

 

- Studiowałeś w Akademii Pedagogicznej. Dla faceta do dość dziwny kierunek. 

- Tak, ale ja tam studiowałem wychowanie fizyczne i obronne. Żartowaliśmy, że to taki AWF, ale z mniejszą ilością stresu i z mniejszą ilością nauki. Te studia wybrałem dlatego, że były cztery dni zajęć w tygodniu – dwa dni na rano, dwa dni na popołudnie, a to mi nie kolidowało z treningami. Na AWF-ie moim kolegom było zdecydowanie trudniej połączyć piłkę z nauką. 

 

- Studia, imprezy co weekend, luźne podejście do piłki. Mocno zderzyłeś się z ekstraklasą?

- Tak naprawdę dostałem bardzo duży bodziec do pracy, bardzo dokładnie to pamiętam. Cieszył mnie i motywował fakt, że mam możliwość trenowania z tak dobrymi zawodnikami. Mam w sobie taki gen rywalizacji i ta rywalizacja z ekstraklasowymi piłkarzami bardzo mocno mnie nakręcała. To polegało głównie na tym, na zwiększonej motywacji. Bo też nie było tak, że zmieniłem nagle swoje życie o 180 stopni. Nadal lubiłem wyjść gdzieś z kolegami, nadal lubiłem skoczyć na imprezę. Na pewno jednak bardziej kontrolowałem to co robię. Miałem świadomość tego, że jestem w ekstraklasie i muszę się trochę ogarnąć. Mnie tak cieszyła perspektywa gry w lidze, że jak poszedłem do gabinetu prezesa, a on pokazał mi kontrakt na pięć lat, to ja od razu, nie pytając o nic, wszystko z marszu podpisałem (śmiech). Chciałem mieć to już za sobą i jak najszybciej znaleźć się w drużynie. Co ciekawe, w Hutniku nie wiedzieli nawet, że ja byłem w Zabrzu na testach. Pojechałem bez zgody klubu i trenowałem przez tydzień z Górnikiem. Nikt się o niczym nie dowiedział, bo z portali internetowych to istniało tylko 90minut.pl, gdzie byłem opisany jako „zawodnik testowany”. Ja też nic ludziom w Hutniku nie mówiłem, bo wiedziałem, że nie będą robić problemu.

 

 

- Była potem aferka?

- Na początku była, ale jak się okazało, że Górnik za mnie zapłaci, to szybko się skończyła (śmiech).

 

- Aferą zacząłeś i aferą skończyłeś – kiedy odchodziłeś do Jagiellonii, klub nie pozwolił Ci się pożegnać na oficjalnej stronie i zrobiłeś to na forum kibiców Górnika.

- Była taka sytuacja, ale nie szukałbym w tym wszystkim jakiegoś drugiego dna. Z tego co pamiętam, oficjalna strona klubu miała taką politykę, że pisali na niej tylko pozytywne informacje. Jeśli ktoś przychodził do Górnika, zrobił coś fajnego, to ok, wrzucamy na stronę. Ale jeśli ktoś coś przeskrobał, albo żegnał się z klubem, to nie pisano o tym ani słowa. Chciałem wtedy przekazać kibicom kilka słów podziękowania, bo w końcu spędziłem w Górniku parę ładnych lat, ale mi nie pozwolono. Wszedłem więc na forum i napisałem to co chciałem im przekazać.

 

- Wtedy każdy Ci dziękował i życzył powodzenia. Pożegnanie z Białymstokiem nie wyglądało już tak różowo. 

- Wiesz jak jest. Każdy kto przychodzi do Legii z polskiego klubu ma ciężko. Z Legią zawsze każdy chciał wygrać, a w ostatnich latach urosło to do jeszcze większych rozmiarów. Kiedy grałem w Górniku czy Jagiellonii, to była jeszcze Wisła, Legia nie potrafiła tak zdominować ligi. Teraz ta chęć zwycięstwa jest u wszystkich jeszcze mocniejsza – a wiem co mówię, bo przecież gadam z chłopakami – mecz z Legią dla wielu klubów jest najważniejszym w całej rundzie. Nikt się więc na pewno z mojego przejścia do Warszawy nie cieszył, ale z drugiej strony nie spotykały mnie jakieś przykre sytuacje. Będąc w Białymstoku, czy to na boisku, czy na trybunach, nigdy się z tym nie spotkałem.

 

 

- A koledzy z podwórka?

- Mają luz. Gdybyśmy byli młodzi i mieli po 20 lat, to pewnie znalazłoby się sporo osób, dla których chłopak z Krakowa grający w barwach Legii byłby rzeczą nie do przełknięcia. Ale jesteśmy trochę starsi i ludzie zaczęli rozumieć na czym polega zawód piłkarza. Dojrzeliśmy.

 

- Ty chyba najbardziej dojrzałeś w lutym 2015, kiedy urodził Ci się syn. Jak bardzo ojcostwo zmienia człowieka?

- Na mnie wpłynęło bardzo dobrze. Nie dość, że urodziło mi się dziecko, a więc w mojej rodzinie zapanowało ogromne szczęście, to jeszcze piłkarsko przeżyłem bardzo fajny okres. Z Jagiellonią zajęliśmy trzecie miejsce w lidze, latem kupiła mnie Legia, zacząłem też regularnie grać w reprezentacji.

 

- To prawda, że Twoje pierwsze słowa, kiedy zobaczyłeś syna, brzmiały: „Czy to jest moje dziecko”?

- Tak było (śmiech)! Graliśmy wtedy mecz ze Śląskiem, a ja prosto z Wrocławia pojechałem do Krakowa. Nie mogłem być przy porodzie, więc kiedy przyjechałem do szpitala i wszedłem do sali gdzie leżał chłopiec, spytałem pielęgniarki czy to moje dziecko. Ona mi na to, żebym sobie nie żartował w ten sposób (śmiech). Potem się okazało, że pomyliła mnie ze szwagrem, który już wcześniej był z Dominiką i myślała, że to on jest jej mężem.

 

 

- O narodzinach dziecka dowiedziałeś się przed, w trakcie czy po meczu?

- W drodze do Wrocławia. Z Białegostoku jechaliśmy jakieś dziewięć godzin, ja cały czas czekałem na wieści od żony, a tu nic. I w momencie kiedy dojechaliśmy na miejsce, a ja wychodziłem z autobusu, dostałem telefon z wiadomością, że urodził mi się syn. Ciężko mi nawet dokładnie opisać to co wtedy przeżywałem.

 

- Żona nie miała Ci za złe, że nie byłeś przy porodzie?

- Nie, bo rozumiała sytuację. Ja dowiedziałem się w piątek, że najprawdopodobniej Marcel będzie się już rodził, podczas gdy ja będę w drodze na mecz i już nic nie mogłem z tym faktem zrobić. Uniknąłem dzięki temu dylematu czy powinienem być, czy nie powinienem być przy porodzie, bo wiem, że jest na ten temat mnóstwo opinii. Dominice w tym szczególnym dniu bardzo pomogła siostra, jestem jej za to naprawdę wdzięczny.

 

- Nie ma Cię w domu, bo klub, nie ma Cię w domu, bo kadra. Z nią zresztą od początku miałeś niezłe przygody.

- Pierwsze powołanie dostałem w 2007 roku, zbiórkę mieliśmy w jednym z warszawskich hoteli. Ja byłem młodym chłopakiem i nosiłem ciuchy typowe dla tamtego okresu – dresowe spodnie, bluza z kapturem. Średnio wyglądałem na reprezentanta Polski (śmiech). Przyjechałem do hotelu i mówię na recepcji: dzień dobry, ja na zgrupowanie. Popatrzyli tylko na mnie i powiedzieli, że niech pan sobie jaj nie robi (śmiech). Ja w szoku, głowię się co tu zrobić. W końcu poszedłem na ochronę i mówię – panowie, nazywam się Michał Pazdan, dostałem powołanie do reprezentacji Polski. Oni widocznie musieli być bardziej obeznani z tematem, bo dali mi kartę do pokoju. Ale to nie był wcale koniec przygody, bo na pierwsze piętro można było dostać się wyłącznie windą, którą uruchamiało się za pomocą tej karty. Nie byłem wtedy raczej przyzwyczajony do hoteli, a też wstydziłem się zapytać jak to zrobić i czekałem tam chyba z 15 minut, aż wreszcie ktoś podszedł do windy i mogłem się przypatrzeć jak ją uruchomić (śmiech).

 

 

- Teraz chyba nie miałbyś z tym problemu. Po Euro 2016 wybuchła „pazdanomania”, która – mam wrażenie – chyba trochę Ci przeszkadzała. 

- Na początku tak, bo nie byłem do tego przyzwyczajony. Przed Euro może nie byłem zupełnie anonimową postacią, ale kojarzyli mnie tylko kibice interesujący się ekstraklasą. Kiedy jednak wróciliśmy z Francji zaczepiali mnie dosłownie wszyscy, byłem w szoku ile osób na ulicy rozpoznawało moją twarz. Pewnego razu kumpel namówił mnie na założenie sobie fanpejdża na facebooku. Mówię: ok. No i założyłem, miałem tam niecałe 10 tysięcy polubień. Po turnieju odpalam telefon, wchodzę na fejsa, a tam ponad 400 tysięcy, początkowo nie wiedziałem w ogóle skąd to się wzięło! Przez pierwsze miesiące było tak, że gdzie nie poszedłem, to każdy mnie znał. Pół roku było dla mnie takie... nieswobodne. Nie mogłem nawet spokojnie iść z żoną zjeść, bo od razu ktoś podchodził po zdjęcie czy autograf. Nie wiedziałem jak sobie z tym radzić, z czasem się przyzwyczaiłem, poza tym stopniowo wszystko cichło.

 

- Przez pewien czas byłeś w Polsce rozpoznawalny bardziej niż prezydent. Dlaczego wtedy nie skorzystałeś z tej popularności i nie zacząłeś masowo występować w reklamach?

- Starałem się wszystko poukładać tak, żeby najważniejsza była piłka, a dopiero później cała reszta. Udzielałem wielu wywiadów, dostawałem sporo propozycji reklamowych, ale ja po prostu nie chciałem się tym wszystkim zachłysnąć. Zagrałem jeden dobry turniej i nie chciałem robić z siebie celebryty. Poza tym wielu rzeczy po prostu nie czułem. Nie zamierzałem też na siłę reklamować produktów, z którymi nie miałem nic wspólnego.

 

- A nie bałeś się też tego, że w przypadku obniżki formy wszyscy powiedzą, że za mało grasz w piłkę, a za dużo w reklamach?

- Nie, bo to jest naturalne. Pamiętam sytuację z Grześkiem Krychowiakiem, który grał bardzo dobrze i dwa razy zdobył Ligę Europy UEFA, a potem miał słaby sezon i od razu pojawiły się głosy, że to celebryta. W Polsce mamy trochę błędne postrzeganie sportowców. Naprawdę, to czy grasz w reklamach czy nie, nie ma większego znaczenia, jeśli chodzi o twoją formę. Ludzie i tak będą gadać.

 

 

A jak będą gadać po meczu ze Śląskiem? Bardzo dobry mecz z Lechem, rozbita Miedź Legnica, potem zwycięstwo w Chojnicach a ostatnio remis z Arką. Czego zabrakło, żeby wygrać z Arką?

- Ciężko mi powiedzieć. Można mówić, że graliśmy trzeci mecz w ciągu sześciu dni, ale w sumie Arka miała bardzo podobną sytuację. Teraz jednak skupiamy się na kolejnych meczach. Zaczynamy czuć wpajaną przez trenera wizję i teraz wszystko powinno pójść we właściwym kierunku.

 


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 159
PLN
Cena 69,90
PLN
Cena 249
PLN