Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2019-01-09 19:16:00
Newsletter

Piotrek ''Dziwny'' - Skazany Nr 0012

Autor: Maciej Dobrowolski Fot. Jacek Prondzynski, Archiwum; Video: Jakub Goliński; Grafiki: Tomasz Grzybek
Przed Wami 12. odcinek kultowego cyklu pt. ''Skazani na Legię'', który niegdyś ukazywał się na łamach Tygodnika Kibiców ''Nasza Legia''. Tym razem gościem Maćka Dobrowolskiego jest Piotrek ''Dziwny'' - fan Legii, który swoją przygodę z Ł3 rozpoczął na początku lat 90. Z kibicowania najbardziej lubi wyjazdy, których zresztą na swoim koncie ma całkiem sporo. Zapraszamy!

 

 

Wyniki na drugim planie

Urodziłem się i wychowałem na Jelonkach, gdzie kibicowanie Legii jest tradycją. W szkole do której chodziłem temat Legii też przewijał się na każdym kroku, jednak bez wątpienia największy wpływ na to, że i ja zostałem legionistą, miał mój starszy brat. Wiadomo, co innego starsi koledzy ze szkoły czy z podwórka, a co innego świadomość tego, że rodzony brat kibicuje i jeździ na wyjazdy... Naturalną rzeczą było, że i na mnie w końcu przyjdzie pora i tak się stało - któregoś razu zabrał mnie ze sobą na stadion. Dokładnej daty nie pamiętam, ale był to początek lat 90., a graliśmy wtedy z Hutnikiem Kraków. Z tego meczu najbardziej zapadły mi w pamięć dwie sprawy: trzech kibiców Hutnika w sektorze dla przyjezdnych i porażka Wojskowych 0:2. Wynik jednak nie miał żadnego wpływu na moje dalsze losy i od tej pory zacząłem jeździć na mecze.

 

 

Do dziś pamiętam osiedlowe zbiórki na autobusy linii 155 lub 159, kiedy w kilkadziesiąt osób jechało się razem z Jelonek na Łazienkowską. Mniej więcej rok po swoim debiucie na Legii pojechałem na pierwszy wyjazd - do Łodzi na Widzew. To był wyjazd pociągowy, tak jak większość w tamtych latach. Kibiców z Warszawy było wtedy około trzystu, a piłkarze przegrali 0:3. Cała otoczka tej pierwszej wyprawy spodobała mi się na tyle, że już tydzień później pojechałem do Zabrza. Tak jak teraz patrzę na te swoje początki, to charakterystyczne były... porażki Legii. To były lata, kiedy graliśmy bardzo słabo i otarliśmy się o II ligę. Gdyby nie wygrana w Lublinie z Motorem, to pierwszy raz w powojennej historii klubu, spadlibyśmy z najwyższej klasy rozgrywkowej. Być może tamte lata zahartowały mnie na tyle, że praktycznie do dziś wyniki są dla mnie sprawą drugorzędną.

 

 

Zapomniane kluby

Wiadomo, jak to często bywa, pojedzie się na jeden wyjazd, drugi, trzeci i człowiek wciąga się na tyle, że ciężko sobie wyobrazić, żeby zabrakło go na kolejnym. Tak jak wspomniałem, zaczynałem swoją przygodę z kibicowaniem w czasach bardzo słabych występów piłkarzy, a na mecze jeździło niewielu kibiców. Miałem jednak to szczęście, że zdążyłem zwiedzić z Legią wiele miast i miasteczek, których kluby od lat nie wróciły do ekstraklasy. Kto z młodego pokolenia pamięta albo ma świadomość, że Legia grała z takimi drużynami jak: Siarka Tarnobrzeg, Stal Stalowa Wola czy Warta Poznań? Na tych wymienionych byłem i dziś patrzę na to jak na jakąś wyjazdową egzotykę.

 

 

Pamiętam, że w Tarnobrzegu byliśmy skromną grupką, ok. 70-osobową i gdy piłkarze Legii strzelili pierwszego gola, miejscowi zaczęli skandować: „jeden zero to za mało, żeby Siarkę załamało”. Skończyło się na tym, że kiedy wygrywaliśmy 7:2, to my skandowaliśmy: „dwa do siedmiu to za mało, żeby Siarkę załamało”. Na tym drugim wspominanym wyjeździe do Stalowej Woli, przegraliśmy 0:1 i część kibiców miejscowych w euforii wybiegło na murawę. Szaleństwo było takie, jakby Stal zdobyła tytuł mistrza Polski. Jak się okazało poturbowano wtedy bramkarza Legii, Macieja Szczęsnego. Po jakimś czasie Szczęsny nieładnie się wypowiedział, zapominając o pomocy kibiców Legii. Te wyjazdy miały swój niepowtarzalny klimat i znacznie różniły się od tego, co dzieje się dziś. Teraz jeździ dużo więcej ludzi niż wówczas, kiedy wszystko działo się spontanicznie.

 

 

Podróże koleją

Czym byłaby pasja kibicowania bez wyjazdów zagranicznych? Chyba każdy może przyznać, że takie eskapady wspomina się latami. Starałem się i staram jeździć wszędzie, ale mam kilka swoich najlepszych podróży, które zapamiętam do końca życia. W tym samym sezonie, w którym Legia zakończyła swoją przygodę z Ligą Mistrzów - na ćwierćfinale, przegrywając z drużyną Panathinaikosu - niestety jeszcze nigdzie nie jeździłem. Jednak w tym samym roku ślepy los sprawił, że znów wylosowaliśmy Panathinaikos, tyle że w Pucharze UEFA. Postanowiłem więc jechać. Jako że nie wdając się w szczegóły całe moje życie „kręciło” się wokół pociągów, wybraliśmy się do Aten koleją. W weekend pojechałem jeszcze na wyjazd do Krakowa na mecz z Hutnikiem, a dzień później razem z czterema kolegami wyruszyliśmy do Grecji. Podróż w jedną stronę trwała 44 godziny, a po drodze mieliśmy dwa postoje - w Budapeszcie i Salonikach. Na miejscu zameldowaliśmy się dzień przed meczem.

 

 

Pod względem sportowym Legia dużo lepiej zagrała niż w Lidze Mistrzów i choć przegraliśmy 2:4, to pozostawała szansa na udany rewanż. Dzień albo dwa po meczu, tą samą trasą i w takim samym czasie, wróciliśmy do Warszawy i... zdążyliśmy na ligowy mecz Legii. Przygód, jakie zaliczyliśmy podczas tego wyjazdowego tygodnia było tyle, że nie starczyłoby tu miejsca, żeby wszystkie opisać. Na podobny wyjazd koleją wybrałem się do Walencji. W tym przypadku podróż w jedną stronę trwała prawie trzy dni i ciężko zapamiętać wszystkie przesiadki i postoje po drodze. Legia przegrała wtedy dosyć wysoko, bo aż 0:6. Wracaliśmy tą samą drogą, ale nie do Warszawy, tylko do Szczecina - na ligowy mecz z Pogonią. To były dwie wyprawy kolejowe w moim życiu, które ciężko będzie przebić, zarówno pod względem przejechanych kilometrów jak i przygód.

 

 

Pełna egzotyka

Natomiast dwa najbardziej egzotyczne wyjazdy na których byłem, to bez wątpienia Gruzja i Islandia. W obydwu przypadkach poleciałem samolotem. O Islandii, nawet w tej rubryce, wspominano już kilkukrotnie, natomiast niesamowitą przygodą był wyjazd do Tbilisi w Gruzji. Razem z kilkunastoma kolegami lecieliśmy tym samym samolotem co piłkarze i dziennikarze. Ciekawie zrobiło się na pokładzie przy podchodzeniu do lądowania, kiedy sekundy przed dotknięciem ziemi samolot nagle podniósł się i poszybował do góry. Wśród wszystkich podróżnych, poza naszą ekipą, zapanowała panika. My natomiast zaczęliśmy wówczas śpiewać: „nigdy nie spadnie, samolot nigdy nie spadnie”. Początkowo nikt nie wiedział o co chodzi, a nasz śpiew wcale nie rozładował napięcia. Dopiero komunikat kapitana, że manewr spowodowany był lądowaniem innego samolotu, na pokładzie którego był premier Turcji i nasz samolot po prostu musiał ustąpić pierwszeństwa, uspokoił całą sytuację.

 

 

Później zawodnicy udali się do swojego autokaru, który oczekiwał na nich na lotnisku, a my wynajęliśmy zdezelowany pojazd, którego właściciel za drobną opłatą w postaci butelki whisky zawiózł nas do tego samego hotelu co piłkarze. Były kąpiele w basenie, zwiedzanie miasta i odwiedziny w różnych restauracjach. Tak jak przy okazji wizyt w innych krajach ceny znacznie przewyższały te w Polsce, tak w Tbilisi wszystko było dużo tańsze i bardziej przystępne. Na meczu zajęliśmy miejsca wśród miejscowych kibiców, dokładnie na samym środku stadionu. Skończyło się skromnym zwycięstwem Legii 1:0 i... ewakuacją główną płytą boiska. Nasza grupa na tyle nie spodobała się miejscowym, że milicja, wojsko i Bóg wie kto jeszcze uznali, że to jedyna bezpieczna droga do wyjścia. Długo po meczu, z wygaszonymi światłami w autokarze, opuściliśmy tereny należące do klubu z Tbilisi.

 

 

Kibicowanie Legii to bez wątpienia życiowa pasja i choć chciałbym, żebyśmy zawsze walczyli o najwyższe miejsca w tabeli i przechodzili kolejnych rywali, to wiem, że takim samym kibicem byłbym na każdym szczeblu rozgrywek na którym grałaby Legia. Z tego się nie wyrasta. Natomiast podróżowanie za Legią, czy to po kraju czy zagranicą, to dla mnie esencja wszystkiego. I to się nigdy nie zmieni.

 

 

 

 

 

 

 


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 159
PLN
Cena 69,90
PLN
Cena 249
PLN