Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2018-12-06 19:16:00
Newsletter

Piotrek ''Manian'' - Skazany Nr 0007

Autor: Maciej Dobrowolski Fot. Mateusz Kostrzewa, Archiwum PM; Grafika: Tomasz Grzybek
Przed Wami siódmy odcinek kultowego cyklu pt. ''Skazani na Legię'', który niegdyś ukazywał się na łamach Tygodnika Kibiców ''Nasza Legia''. Tym razem gościem Maćka Dobrowolskiego jest Piotrek ''Manian'' - fan Legii, który swoją przygodę z Ł3 rozpoczął na początku lat 90. W tamtych latach prowadził także doping na ''Żylecie''. Z kibicowania najbardziej lubi wyjazdy, zresztą nie tylko na mecze piłki nożnej. Zapraszamy!

 

 

Z koszem na wyjazd

Nie pamiętam jaki mecz był tym pierwszym, który widziałem na żywo. Nikt mnie też nie namawiał, ani nie przyprowadził na Legię. Nie potrafię wytłumaczyć dlaczego tak się stało - bez dorabiania do tego jakiejś sztucznej ideologii, najwidoczniej tak miało być, że pojawiłem się na Łazienkowskiej. Pamiętam natomiast, że stałem na środkowym sektorze trybuny otwartej, na samej górze i zafascynowany byłem widokiem kibiców, wiszących flag oraz boiskiem. To było w 1993 roku, w sezonie, w którym ukradziono nam tytuł mistrza Polski. Po pierwszym meczu wiedziałem, że nie ma opcji, żebym poprzestał na tej jednej wizycie. Zacząłem chodzić regularnie, poznawać innych kibiców, spotykać znajome twarze z mojej dzielnicy, czyli w sumie wszystko zgodnie ze schematami, którymi często się to odbywa. Dosyć szybko pojawił się także pomysł pierwszego wyjazdu, bo już rok później. Niestety, przez wzgląd na bardzo młody wiek wiedziałem, że nie mogę liczyć w domu na „błogosławieństwo”, gdybym szczerze powiedział o swoich zamiarach... O umówionej godzinie oznajmiłem po prostu, że... idę wyrzucić śmieci. Zsyp miałem pod klatką, więc bez wzbudzania podejrzeń, w klapkach (chociaż była zima) i z kubłem w ręku, wyszedłem z domu. Moi koledzy oczekiwali na mnie gdzieś w pobliżu i kiedy się spotkaliśmy, razem ruszyliśmy do Szczecina. Legia miała wówczas zgodę z Pogonią, panowała wspaniała atmosfera i wyjazd nieznacznie się przedłużył. Wiadomo, że kiedy wróciłem do domu, nie witano mnie „chlebem i solą”. Niemniej w pozytywnym znaczeniu byłem już stracony na rzecz Legii, życie zaczęło się dla mnie toczyć od meczu do meczu.

 

 

Pełna egzotyka

Bardzo szybko najważniejsze stały się dla mnie wyjazdy. Przez te pierwsze lata jeździłem na 99 procent możliwych. Nie było takiej organizacji jak dzisiaj, że wszyscy jadą specjalnym pociągiem albo samochodami. W ogóle nie było też czegoś takiego, że wszyscy jadą razem. Niektórzy jechali samochodami, niektórzy autokarami, a jeszcze inni koleją. Ja akurat najbardziej lubiłem i najczęściej wybierałem właśnie wspomniane pociągi rejsowe. W dniu meczu wystarczyło, że każdy komu zależało aby pojechać, przyszedł o 6 rano na dworzec i wiadomym było, że się spotka kogoś, kto też będzie podróżował. Dopiero na dworcu podejmowało się decyzję, którym pociągiem i jaką trasą jedziemy. Czasami zbierało się nas kilku, czasami kilkunastu, a czasami większe grupy. Dla mnie do historii przejdą eskapady takie, jak do Lubina, gdzie małą grupką wyruszyliśmy dzień wcześniej, a na stadionie zjawiliśmy się z samego rana i kilka ładnych godzin czekaliśmy na rozpoczęcie meczu. Mogę śmiało powiedzieć, że część tego naszego stałego pociągowego składu, to byli prawdziwi wyjazdowi zapaleńcy. Doszło nawet do tego, że w zimie, kiedy była przerwa od rozgrywek piłkarskich, razem z kilkoma kolegami zaczęliśmy jeździć na wyjazdowe mecze koszykarzy Legii. Do dziś pamiętam takie egzotyczne drużyny, jak Mitex Kielce, Linodrut Zabrze, czy jeszcze kilka innych, na których dopingowaliśmy Legię. Właśnie podczas wyjazdów na koszykówkę często zdarzało się tak, że to ja prowadziłem doping. Z biegiem czasu stałem się też jednym z „gniazdowych” na piłkarskich meczach Legii, które - nie ma co ukrywać - zawsze były priorytetem. Prowadzenia dopingu w tamtych latach nie da się porównać z tym, jak wygląda to obecnie. Fanatyzm był ten sam, ale zdecydowanie mniejsza liczba kibiców była do ogarnięcia. Dziś, na nowym stadionie, trzeba zapanować nad dwiema szerokimi i piętrowymi trybunami. Tak samo na wyjazdach, zarówno stadiony, jak i liczba jeżdżących jest większa niż wtedy. Szczerze mówiąc, to ja byłem fanem starych stadionów, dziś można się z nich śmiać, ale dla mnie miały swój niepowtarzalny urok i klimat.

 

 

Skrajne emocje

Spośród wyjazdów, w których na przestrzeni lat miałem okazję uczestniczyć, dwa zapadły mi szczególnie w pamięci. A to ze względu na skrajne wydarzenia, które im towarzyszyły. Pierwsze zdarzenie mogło zakończyć się tak, że byśmy dzisiaj już nie rozmawiali. Sytuacja miała miejsce podczas wyjazdu na mecz z Cracovią w 2007 roku. W drodze do Krakowa, w okolicach Skierniewic, mieliśmy wypadek - zderzenie z TIR-em. Ledwo uszliśmy z życiem. Mnie, nieprzytomnego, straż pożarna wyciągała ze zniszczonego samochodu. Miałem na tyle poważne problemy z nogą, że istniało zagrożenie amputacji. Tydzień spędziłem w tamtejszym szpitalu, później przewieziono mnie do Warszawy. Po jakimś czasie jedyną opcją przemieszczania się był wózek inwalidzki. Nie przestałem jednak uczęszczać na mecze, tyle, że zacząłem wtedy jeździć z kibicami niepełnosprawnymi. To był cięższy okres w moim kibicowskim życiu, ale dzięki olbrzymiej pomocy grupy kibiców z Powiśla, jak i wielu innych fanów Legii, wyszedłem na prostą. Z tym drugim wyjazdem wiążą się już zdecydowanie inne emocje. To było w 2013 roku, podczas wyjazdowego meczu Lazio – Legia. Pojechałem tam razem ze znajomymi autokarem i pomimo tych wszystkich aspektów, które mają miejsce na większości kibicowskich podróży, dla mnie najważniejszym była możliwość odwiedzenia grobu Jana Pawła II. Wywarło to na mnie największe wrażenie. Dziś nie uczestniczę już tak regularnie we wszystkim, ale jak jest możliwość, to staram się być na meczach u siebie i wyjazdach - zresztą razem z moim synem i partnerką.

 

 

Spełnienie marzeń

Wiele lat temu przyprowadziłem syna mojej ówczesnej żony i trochę później swojego na Legię. Było tak, że zabierałem ich na większość meczów. Jeździli ze mną na koszykówkę, hokeja, siatkówkę, no i oczywiście piłkę nożną. Mój syn, Sebastian, garnął się też do grania. Zaprowadziłem go na treningi na Agrykolę, przeszedł przez kilka kolejnych etapów i tak się szczęśliwie potoczyło, że w końcu został wypatrzony przez skautów Legii. Obecnie jest bramkarzem jednego z roczników naszego klubu. Nie muszę chyba mówić jaki to dla mnie zaszczyt i szczęście. Wierzę w to, że kiedyś wystąpi w bramce „pierwszej” Legii. Dla mnie będzie to też spełnienie marzeń, że mój syn zagra w drużynie, której oddałem serce.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

                  

 


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 159
PLN
Cena 69,90
PLN
Cena 249
PLN