Legia Warszawa
vs Termalica
Czas do meczu
Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2016-12-23 19:16:00
Newsletter

Podbrożny: Każdy walczył za każdego

Autor: Nikodem Chinowski Fot. Włodzimierz Sierakowski, Eugeniusz Warmiński/Archiwum Legii
Jaka była najsłabsza strona Pawła Janasa jako trenera Legii? Dlaczego wygrana z Wartą Poznań była równie ważna jak zwycięstwo w UEFA Champions League z mistrzem Anglii? I którzy piłkarze do dziś kultywują tradycje Legii Mistrzów UEFA z 1995 roku? – o tym, w drugiej części rozmowy, opowiada Jerzy Podbrożny.

Przez kilka sezonów był Pan czołowym strzelcem ligi, a w drużynie narodowej zagrał Pan raptem sześć meczów.

 

Jerzy Podbrożny: - To jest ten największy niedosyt w karierze. Za mało tych meczów miałem. Problem w tym, że ja dostawałem powołania w złych momentach. Nie wtedy kiedy byłem w najlepszej formie, ale gdy akurat miałem dołek. Selekcjonerzy wtedy nie brali w ogóle pod uwagę, że ktoś może mieć zjazd formy. Powołanie, gdy akurat byłem w życiowej formie, dostałem raz - na Rumunię w eliminacjach do EURO ’96. I akurat wtedy zatrułem się i zagrałem ledwie 20 minut… A byłem wtedy szykowany do pierwszego składu. Ależ ja wtedy formę złapałem! To mógłby być mój mecz. Czułem, że taki będzie... Ale mnie pech dopadł - dzień przed meczem, na stołówce, zacząłem mieć drgawki. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie przeżyłem.

 

Może te drgawki to skutek nerwów, nadmiernych emocji?

 

- Nie, ewidentnie coś nie tak z jedzeniem było.

 

 

Nie jest tajemnicą, że piłkarze z zagranicy niechętnie patrzyli w kadrze na „zwykłych” ligowców.

 

- Coś w tym było. W meczu ze Szwecją wszedłem na drugą połowę. Przez cały mecz dotknąłem piłkę trzy razy, z czego raz sam musiałem ją wywalczyć. Ciężko się pokazać w drużynie, gdy nie dostaje się piłek od kolegów… Nie było jedności między nami, starzy nie chcieli grać z nowymi. Tamci znali się ze zgrupowań, byli bardziej zżyci, lepiej traktowani przez trenera.

 

Była napięta atmosfera między wami?

 

- Nie, atmosfera poza boiskiem była fajna, ale nie przekładało się to na boisko. Tam każdy ciągnął już w swoją stronę.

 

Czyli dokładnie odwrotnie niż w Legii Mistrzów.

 

- Tak. U nas w szatni były przytyki, różne słowa padały, ale jak wychodziliśmy na boisko, to każdy dawał z siebie maksa i walczył za każdego.

 

 

Ustrzelił Pan świetne liczby w dwóch klubach polskich – w Lechu i w Legii. Do którego klubu jest Panu obecnie emocjonalnie bliżej?

 

- Raczej nie do Lecha. Po tym wszystkim, co się tam wydarzyło po moim odejściu z Poznania, to nie mam dużo sentymentu do nich. Jestem zdecydowanie bliżej Legii – tu mieszkam, tu chodzę na mecze. Jednocześnie żałuję, że nie mogę być bardziej zaangażowany w Legię, pracować przy tym klubie. Jest wielu byłych piłkarzy Legii, którzy są teraz niewykorzystani, a szkoda. Mogliby się przydać w klubie.

 

Ksywa „Gumiś” przyszła jeszcze z Poznania czy powstała już na Legii?

 

- Jeszcze z Poznania, choć pierwotnie to było „Guma”, ksywka, którą nosiłem jeszcze od czasów młodzieńczych. Są dwie wersje jej pochodzenia. Pierwsza, bo często żułem gumę. Druga, bo byłem bardzo słabo rozciągnięty i sarkastycznie zaczęli na mnie mówić „Człowiek-Guma”. Natomiast potem, już w Lechu, Kazek Moskal porównał mnie do grasującego wtedy w Krakowie „Gumisia”, który podkładał bomby. „Jak ty tak bombardujesz tych bramkarzy, to ty dopiero jesteś ‘Gumiś’”. I tak już przeszło to do Legii.

 

Tradycje Legii Mistrzów UEFA pielęgnujecie dzięki inicjatywie „Champions Legia”.

 

- To była nasza wewnętrzna inicjatywa. Staramy się jak najczęściej rozgrywać mecze pokazowe w składzie z Ligi Mistrzów UEFA. To okazja nie tylko do pogrania w piłkę, ale też do utrzymywania relacji z kolegami. Stworzyliśmy całkiem profesjonalne struktury - prezesem jest mój i Leszka Pisza kolega z czasów Igloopolu Stanisław Baczyński. Leszek jest wiceprezesem, w zarządzie jestem ja i „Mandziej”. Mamy swojego menadżera, czekamy na telefon i jedziemy w Polskę się pokazać.

 

 

Którzy bohaterowie z 1995 roku jeszcze przyjmują powołania do służby w zespole Wojskowych?

 

- Jestem ja, Leszek Pisz, Grzesiek Lewandowski, Jacek Kacprzak, Zbyszek Mandziejewicz, czasami Jacek Zieliński, Marek Jóźwiak, rzadziej Jacek Bednarz i Maciek Szczęsny. Za Szczęsnego czasami gra Grzesiek Szamotulski. Od czasu do czasu bywają jeszcze Piotrek Mosór czy Czarek Kucharski. Dodatkowo wciągnęliśmy w to jeszcze Jacka Cyzio i Maćka Śliwowskiego.

 

Więcej niż trzon tamtej drużyny. Odwrócę pytanie - kto odrzuca zaproszenia?

 

- Nie chce się już grać Tomkowi Wieszczyckiemu i Zbyszkowi Robakiewiczowi. Nie mamy natomiast kontaktu z Rysiem Stańkiem i Andrzejem Kubicą. Nikt nie wie co się z nimi dzieje.

 

To, że wtedy w drużynie byli tylko Polacy miało znaczenie dla poziomu integracji i utrzymywania kontaktów poza szatnią?

 

- Zdecydowanie tak. Trzymaliśmy się razem, nie mieliśmy problemów z komunikacją między sobą. Mentalnie też byliśmy podobni. Dopiero potem pojawił się pierwszy chłopak zza granicy, Roman Oreszczuk.

 

 

Podsumujmy zatem Pana pobyt przy Łazienkowskiej. Pana najlepszy mecz w barwach Legii? Blackburn w Lidze Mistrzów i jedyny gol w meczu?

 

- Czy Blackburn? Być może. Ale jeszcze w lidze miałem super mecz z Wartą Poznań - wygraliśmy 3:2, strzeliłem trzy gole, trzeciego w ostatniej minucie. To było ważne zwycięstwo, nawet bardzo ważne, bo bez niego nie wygralibyśmy mistrzostwa w 1994 roku. To nam otworzyło drogę na szczyt, bez tej wygranej z Wartą mogłoby nie być całej serii sukcesów i Ligi Mistrzów UEFA.

 

A najgorszy?

 

- Najłatwiej wskazać na ten pamiętny Legia-Widzew 1:2. Ale czy ja akurat tam słabo zagrałem? Nie pamiętam. W Trondheim też słabo graliśmy, przegraliśmy 0:4. Wtedy nikomu nie szło, ja też grałem słabo. Gorszy mecz w moim wykonaniu przydarzył się też w Blackburn - zszedłem po przerwie. To był pierwszy i jedyny raz w karierze kiedy zostałem zmieniony tak szybko. Dopiero później w Hiszpanii mnie trener zmieniał, ale to był jego dziwny schemat, niezależny od poziomu gry zawodnika. Trener już przed meczem komunikował nam jakich dokona zmian w trakcie spotkania i nie miało znaczenia jak kto zagra. Był mecz, w którym do przerwy strzeliłem dwa gole, a i tak zszedłem w 55. minucie, bo tak wcześniej wymyślił sobie trener. Kłóciłem się z nim o to, bo to jakieś nienormalne było.

 

Wróćmy do Warszawy. Najlepszy kumpel z szatni?

 

Grzegorz Lewandowski. Do dziś czasem ze sobą rozmawiamy, choć już rzadziej. Każdy z nas ma swoje życie, Grzesiek na stałe zamieszkał w Koszalinie, daleko od Warszawy.

 

 

Kolega, z którym było nie po drodze?

 

- Nie było takiego, nie miałem konfliktów z nikim. Z każdym rozmawiałem. Czasem na boisku mogłem się na kogoś zagotować, ale potem w szatni sobie problem wyjaśnialiśmy.

 

Najbardziej wartościowy piłkarz, z jakim Pan grał w Legii?

 

- Leszek Pisz. Potrafił dograć naprawdę kapitalną piłkę. Był mózgiem zespołu, wiedział kiedy zwolnić akcję, kiedy przyspieszyć. Reżyser naszej gry.

 

A najsłabszy?

 

- Było sporo młodych, którzy dopiero wchodzili do zespołu. Mieli problemy, żeby doskoczyć do naszego poziomu. Starali się, ale my byliśmy wtedy naprawdę mocną drużyną. Nie chcę jednak mówić, że oni byli słabi, bo gdyby faktycznie nie umieli grać w piłkę toby w ogóle do Legii nie trafili.

 

 

Pytanie o najlepszego i najsłabszego trenera w Legii jest bezzasadne, bo pracował Pan tylko pod Pawłem Janasem. Więc spytam inaczej - najjaśniejsza i najciemniejsza strona trenera Janasa?

 

- Najsłabsza? Może od strony taktycznej? Ale wtedy w Polsce żaden trener nie pracował nad taktyką. Na dobrą sprawę to z założeniami taktycznymi pierwszy raz spotkałem się dopiero w Hiszpanii w wieku 30 lat. Trochę późno… A grałem w bardzo silnych klubach polskich, w Lechu, Legii. Nie było treningów taktycznych. Janas miał zdecydowanie więcej pozytywów niż jakichś słabości. Potrafił się z drużyną dogadać. Poza boiskiem pozwalał na wiele, miał do nas zaufanie. Najważniejsze dla niego było to, co się pokazywało na boisku. Nie musiał za nami chodzić, sprawdzać, kontrolować. Choć podobno i tak wszystko wiedział co się dzieje wokół drużyny, bo miał świetne układy z naszymi dziewczynami czy żonami. One mu zawsze mówiły jak się prowadzimy, ile kto piwa wypił i o której wrócił do domu.

 

Najlepsze i najgorsze przeżycie przy Łazienkowskiej?

 

- Najlepsza była Liga Mistrzów UEFA. Najgorsze? Rozczarowanie, że w 1996 roku straciliśmy mistrzostwo w tamtym meczu z Widzewem. Potem wszystko się rozleciało. Za szybko rozbito tamą drużynę. Myślę, że można było jeszcze spróbować nas zatrzymać, utrzymać skład i powalczyć o kolejną Ligę Mistrzów UEFA. A tak, każdy pojechał w swoją stronę…

 

  

Poprzednią część wywiadu przeczytasz TUTAJ

 

Przeczytaj POZOSTAŁE WYWIADY w cyklu "Powrót do przeszłości"


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 229
PLN
Cena 299
PLN
Cena 99
PLN