Legia Warszawa
vs Termalica
Czas do meczu
Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2016-12-22 19:16:00
Newsletter

Podbrożny: Wiedzieliśmy, gdzie i po co gramy

Autor: Nikodem Chinowski Fot. Włodzimierz Sierakowski, Eugeniusz Warmiński/Archiwum Legii
Z jakim podejściem Legia wyszła na premierowy mecz Ligi Mistrzów UEFA z Rosenborgiem? Dlaczego trener Janas nie przywiązywał uwagi do dyspozycji piłkarzy na treningach? – między innymi na te pytania odpowiada Jerzy Podbrożny, były piłkarz Legii, uczestnik Ligi Mistrzów UEFA 1995/96. Zapraszamy do lektury pierwszej części wywiadu w ramach cyklu „Powrót do przeszłości”.

Wojskowi mają za sobą niesamowity rok. Śledził Pan Legię – w LOTTO Ekstraklasie, w Lidze Mistrzów UEFA?

 

Jerzy Podbrożny: - Rzadko mogłem oglądać drużynę w lidze, bo w weekendy miałem swoje mecze. Natomiast na Borussii byłem na stadionie, resztę widziałem w telewizji. Choć pierwszego gola z Realem w Warszawie nie widziałem – zdążyłem wejść do mieszkania spóźniony o minutę i już było 0:1.

 

Jak tak doświadczony piłkarz jak Pan zinterpretował to, co w meczach z hiszpańskim gigantem pokazała Legia?

 

- Real na pewno nie zagrał w pełni tego, co potrafi. Ich pełne zaangażowanie było widać dopiero po bramce na 3:2 dla Legii, gdy nagle - na kilka minut przed końcem - zaczęli przegrywać. Zaczęli grać na serio, w kilka minut zdążyli strzelić gola i obić poprzeczkę. Wtedy zagrali na maksa, wcześniej nie. Ale to nie umniejsza sukcesu Legii. Przede wszystkim widać, że po przyjściu Jacka Magiery piłkarzom „puściły głowy”. Odblokowały się. Jeśli to będzie utrzymane, ten rytm, ten brak strachu, to Legia daleko pójdzie. Ugrali dobry wynik, bo na Real wyszli bez strachu. Uważam, że wytrzymali presję gry z nimi także dzięki brakowi kibiców.

 

 

Z kibicami by się im grało ciężej?

 

- Z pewnością presja byłaby dużo większa. Myślę, że po 0:2 już by się nie podnieśli. Głowy spuszczone i czekanie na dalsze gole. A tu zareagowali prawidłowo - poczuli, że nie mają nic do stracenia, poszli odważnie do przodu. Wyszło im kilka pierwszych akcji, uciekli spod presji Realu i uwierzyli w siebie. Dodatkowo, brak kibiców sprawił, że Real mógł się czuć jak na treningu czy sparingu, co też przełożyło się na brak pełnego zaangażowania u nich.

 

Czyli, według Pana, te niemiłe wydarzenia w pierwszym meczu z Borussią, ostatecznie pomogły piłkarzom?

 

- Pół-żartem pół-serio można powiedzieć, że kibice się przysłużyli. Choć oczywiście szkoda, że tego meczu nie oglądały 32 tysiące na stadionie.

 

Wy w Lidze Mistrzów UEFA trafiliście na drużyny mocne piłkarsko, ale absolutnie nie tak prestiżowe, rozpoznawalne i kultowe jak Real czy Borussia. Z drugiej strony i Blackburn i Spartak byli w waszym zasięgu, co dało awans z grupy. Pan żałował po losowaniu, że nie zagracie z Juventusem, Realem czy Bayernem?

 

- Może i nie były to tak znane zespoły jak Real, ale to byli mistrzowie swoich krajów. Teraz ani Real ani Borussia nie wygrali swoich lig. Nie uważam, żeby Blackburn i Spartak były słabe - co najwyżej u nas się ich po prostu nie doceniało. My już w eliminacjach trafiliśmy na bardzo mocny Goeteborg, który był zdecydowanie mocniejszym rywalem niż ci, których Legia miała teraz.

 

 

Był stres przed debiutem w Lidze Mistrzów UEFA, czy podeszliście do tego na miękko?

 

- Byliśmy pewni swoich umiejętności. Od klubu dostaliśmy wreszcie świetne warunki do przygotowań. Mówię „wreszcie”, bo rok wcześniej przed meczami eliminacyjnymi z Hajdukiem wyglądało to źle. Tym razem mieliśmy dobrze zorganizowany obóz i, co najważniejsze, mocnych rywali. To były naprawdę wartościowe mecze, które pokazały nam jak wyglądamy na tle mocnych drużyn z Europy. Graliśmy z Lyonem, Bastią i Auxerre. Mocne drużyny z Francji, a nie przegrywaliśmy z nimi. Potem był Duisburg i Besiktas, z którym wygraliśmy 3:0. Utwierdziło nas to w przekonaniu, że możemy dać radę z Goeteborgiem. To samo czuliśmy przed Rosenborgiem - wierzyliśmy w swoje umiejętności, w to, że ten pierwszy mecz w Lidze Mistrzów UEFA wygramy.

 

Pan nie zagrał w tym otwierającym meczu. Wrócił Pan niedysponowany ze zgrupowania reprezentacji.

 

- Czymś się zatrułem. Wypadłem na dwa pierwsze mecze w Lidze Mistrzów UEFA. Ten z Rosenborgiem oglądałem w szpitalu.

 

Stres jest większy gdy się patrzy z dystansu na mecz, niż gdy się stoi w tunelu i czeka na wyjście na plac?

 

- Zdecydowanie. W szpitalu nie miałem wpływu na grę Legii, mogłem tylko patrzeć. Drużyna jednak dobrze zareagowała na straconego gola, podnieśli się.

 

 

Ma Pan poczucie, że obecnie dysproporcja między klubem polskim a niemieckim czy angielskim w Lidze Mistrzów jest dużo większa niż w Pana czasach?

 

- My nie graliśmy ani z Bayernem, ani z Realem i trudno mi powiedzieć, jak by takie starcie wyglądało. Na pewno już wtedy potencjał Realu był dużo większy niż Legii. To już było widoczne, że odstajemy. Warunki finansowe mieliśmy wystarczające na polską ligę, ale nie na Ligę Mistrzów UEFA.

 

Wtedy obowiązywał jeszcze przepis ograniczający liczbę zagranicznych piłkarzy do trzech. Wolałby Pan powrót do tej blokady czy jednak budowanie kosmicznych drużyn ma swój urok?

 

- Na pewno UEFA już nie zdecyduje się na powrót do tamtej reguły. Za duże pieniądze o tym decydują. Tamten przepis był z korzyścią dla młodych piłkarzy, bo mieli większe możliwości zaistnieć. Teraz bardzo trudno im się przebić. Nasza Legia jednak pokazała, że i bez transferów zagranicznych można zbudować bardzo silny zespół – w Lidze Mistrzów UEFA graliśmy samymi Polakami.

 

 

Homogeniczność narodowa trzymała was razem? Miało to wpływ na poziom koleżeństwa?

 

- Oczywiście, że tak. My wiedzieliśmy gdzie i po co gramy. Na boisku wszyscy zasuwaliśmy tak samo, jeden za drugiego. Jeśli się kłóciliśmy to tylko poza boiskiem - wtedy szliśmy na spotkanie integracyjne, wyjaśnialiśmy sobie wszystko i znów byliśmy jedną drużyną.

 

Ówczesna prasa donosiła o silnym podziale na młodych i starych. Tak było?

 

- Tak mówili, że „byli młodzi i byli starzy”. Ale jak mówiłem - wszystko znikało, gdy wychodziliśmy na boisko. Jeden walczył za drugiego, nie miało znaczenia nic poza wygraniem meczu.

 

A w szatni? W autokarze?

 

- Różnie bywało. Najostrzej było chyba na obozie we Włoszech. Mocna rywalizacja zrobiła się też przed samą Ligą Mistrzów UEFA. Każdy wiedział co oznacza gra w LM UEFA, każdy chciał się pokazać na treningu. Dochodziło do jakichś spięć, ktoś komuś coś za mocno powiedział, koleżeństwo schodziło na plan dalszy. Ale to pozytywnie na nas wpływało - rywalizacja zawsze jest potrzebna, podnosi poziom u wszystkich.

 

 

Trener Janas patrzył na dyspozycje swoich podopiecznych na treningu czy miał swój żelazny skład?

 

- On miał sztywną jedenastkę. Wielkiego wyboru zresztą nie miał, bo nas wtedy do grania było 13-14.

 

To komfortowa sytuacja gdy skład jest ustabilizowany i przewidywalny?

 

- Dla trenera raczej nie. Zawsze lepiej jakby miał większy wybór, po dwóch na każdą pozycję. Ale nas wtedy tylu nie było. W pucharach i lidze ciągnęliśmy sezon w 14 piłkarzy.

 

Czuł Pan, że na treningu może Pan pokazać niewiele, bo i tak Janas na Pana postawi w meczu?

 

- Ja zawsze trenowałem najlepiej jak mogłem, ale oczywiście czułem, że po dobrym meczu ligowym – o ile nie będę miał kontuzji - i tak zagram w kolejnym. To, co się pokazywało w lidze, miało większe znaczenie niż to, co na treningu. Trener to rozumiał doskonale. Wiedział, że jeden czy drugi zawodnik może być zmęczony, że może lekko odpuścić zajęcia. Pamiętam jeden mecz, gdy trener pominął mnie i Ryszarda Stańka przy pierwszej jedenastce. Graliśmy z GKS Katowice. Wszedłem w 69. minucie, zdążyłem strzelić dwie bramki. Potem znów grałem od początku.

 

 

W Lidze Mistrzów UEFA zagraliście osiem meczów przeplatanych naszą ligą. Skąd czerpaliście motywację na mecze krajowe?

 

- Mieliśmy taką ekipę, że zawsze chcieliśmy wygrywać. Wewnętrzny regulamin był tak zapisany, że jeśli strzelaliśmy więcej niż dwa gole w meczu, to dostawaliśmy bonusy. Już trzecia bramka, i każda kolejna w górę, była dodatkowo płatna. Stąd takie wyniki.

 

Bonus dla strzelca i asystującego?

 

- Nie, do podziału na całą drużynę.

 

Pan miał w kontrakcie zapis, że za bramki czy asysty dostaje dodatki finansowe?

 

- Nie, nic takiego nie było.

 

Wracając do wyników w lidze - skoro takie wysokie wyniki ugrywaliście, to dlaczego nie zdobyliście mistrzostwa w 1996 roku?

 

- Przyszedł słabszy mecz z Widzewem, który decydował o losach mistrzostwa. Prowadziliśmy 1:0, ale nie wytrzymaliśmy i przegraliśmy 1:2. Nie wiem dlaczego tak się stało. Na ten mecz nałożyły się jeszcze mecze z Ligi Mistrzów UEFA, więc może byliśmy zmęczeni psychicznie albo fizycznie? Przez cały sezon graliśmy wąską kadrą, nie było kogo wstawić. Dziś ciężko powiedzieć, dlaczego ten sezon się tak ułożył. Szkoda. Mielibyśmy trzecie mistrzostwo z rzędu, być może drużyna by się nie rozpadła. A tak, to cały zespół się rozszedł.

 

 

Dlaczego piłkarze Legii, którzy zadziwili Europę dochodząc do ćwierćfinału Ligi Mistrzów UEFA, rozjechali się do tak przeciętnych klubów? Lewandowski do Caen, Mandziejewicz do Vorwarts Steyr, Pisz do PAOK, Wieszczycki do Le Havre, Kubica do Waregem, Jóźwiak do Guingamp…

 

- Teraz w piłce są dużo większe pieniądze. Kluby mogą kupować większą liczbę piłkarzy, więc kupują więcej niż potrzebują. Swoje robią też menadżerowie, którzy pilnują swoich piłkarzy, reklamują, zachwalają. Ja wtedy nie miałem takiej reklamy, wszystko musiałem pokazać na boisku.

 

Nie był Pan przekonany do korzystania z menadżerów?

 

- Nie miałem go ani wtedy, ani później. Wszystkie rozmowy transferowe odbywały się bezpośrednio ze mną. Przed transferem do Hiszpanii pojechałem jeszcze na testy do Francji, do Montpellier. Nie wiem jak, ale Hiszpanie odnaleźli mnie tam w hotelu i zadzwonili na telefon w pokoju. Pani z Warszawy przedstawiła się jako tłumaczka i powiedziała, że chce mnie u siebie Merida z Hiszpanii. Nie chcieli żadnych testów, sparingów - miałem tylko przyjechać, przejść testy medyczne i podpisać umowę. Ponieważ Francuzi ociągali się z decyzją, to zdecydowałem się na tę opcję hiszpańską.

 

 

Merida to była II liga hiszpańska. Jest Pan zadowolony ze swojej ścieżki kariery i osiągnięć?

 

- Nie mogę narzekać. Zawsze mogło być lepiej, ale i gorzej. Ogólnie jednak nie mogę narzekać.

 

TUTAJ druga część rozmowy z Jerzym Podbrożnym.

 

Przeczytaj POZOSTAŁE WYWIADY w cyklu "Powrót do przeszłości"


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 229
PLN
Cena 299
PLN
Cena 99
PLN