Legia Warszawa
vs Termalica
Czas do meczu
Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2015-10-17 10:00:00
Newsletter

Powrót do przeszłości: Piotr Mosór

Autor: Nikodem Chinowski Fot. Eugeniusz Warmiński
Czy na pewno to trener zawsze ustalał skład Legii? Jakie wspomnienia zostają po ograniu mistrzów Anglii w Champions League? Jak piłkarzy Legii przywitały trybuny w Stambule? Ile legioniści naprawdę pili w legendarnym ''Garażu''? - na te pytania odpowiada legia.com w cyklu ''Powrót do przeszłości'' były piłkarz Legii Piotr Mosór.

legia.com: Szukając Twoich statystyk, natknąłem się w Internecie na krótką charakterystykę Ciebie jako piłkarza. "Ambitny, ale bardzo konfliktowy i trudny do prowadzenia zawodnik". Zgadzasz się z taką opinią?

 

Piotr Mosór: - Byłem zadziorny, to na pewno. Jestem góralem, więc mam ten twardy, góralski charakter. Czy to mi bardziej szkodziło czy pomagało w piłce? Grałem w Legii Warszawa, zdobyłem mistrzostwo, występowałem w Lidze Mistrzów... - chyba jednak coś ugrałem tym swoim charakterem. Inna sprawa, że mało który trener lubił tą moją zadziorność, bo każdy woli pracować z kimś, kto się go słucha. Mosór nie zawsze słuchał, często lubił dyskutować, a już zawsze wypowiadał głośno swoje zdanie. To wpieniało trenerów. Tak było w Warszawie chociażby ze Smudą. 

 

Twoje rozstania z Legią były dość dziwne. W sezonie 1994/95 zagrałeś aż 39 meczów. W kolejnym sezonie zabrakło już jednak dla Ciebie miejsca na boisku. Twoja krnąbrność miała z tym coś wspólnego?

 

- Po mistrzostwie 95 zespół został personalnie wzmocniony. Graliśmy w Lidze Mistrzów, to była megamocna drużyna. Straciłem plac, zacząłem wchodzić jedynie z ławki. Grałem za mało jak na moje ambicje i to mi nie pasowało. Pojawiła się oferta z Gdańska, gdzie powstała nowa drużyna. Powiedziałem trenerowi Janasowi, że chcę grać i odchodzę. Nie zgodził się - kazał czekać, mówił, że niedługo zacznę grać. To samo mówił trener Brychczy - przekonywał, abym dał sobie jeszcze szansę. Postawiłem jednak na swoim i wiosnę dograłem już w Gdańsku. 

 

Gdybym nie był wtedy taki raptowny to pewnie faktycznie na wiosnę zacząłbym w Legii grać - chłopaków łapały kontuzje, graliśmy na trzech frontach, meczów było sporo. Można więc dyskutować, czy lepiej by nie było, gdybym podkulił ogon i został na ławie w Warszawie. Dziś to jednak tylko gdybanie. Nikt nie wie jakby się to potoczyło. Może w ogóle bym przepadł? Wtedy postawiłem na swoim i źle na tym nie wyszedłem. Nie ma więc co dziś kalkulować i zastanawiać się, co by było gdybym posłuchał trenerów.

 

Drugie rozstanie, w środku sezonu 1999/2000, też było dość nagłe. W sezonie 1998/99 i na wiosnę 99/00 zagrałeś 56 meczów, wszystkie w pełnym wymiarze, czyli od 1. do 90. minuty. Lider drużyny. I nagle zaliczasz zjazd do przeciętnego już wtedy Widzewa. Nie powiesz mi, że decydowały względy piłkarskie...

 

- Tym razem faktycznie zmiana była konieczna ze względu na dwugłos między mną, a szkoleniowcem. W połowie jesieni zmienili nam trenera - za Kubickiego przyszedł Smuda. Wiadomo, jaki jest "Franz" - lubi wprawdzie piłkarzy z charakterem, ale tylko wtedy, jak mu nie wchodzą pod nogi. Co ciekawe, to my, jako piłkarze, chcieliśmy wtedy Smudy w Legii. Wyglądał na najlepszego w Polsce, był wolny, więc normalne, że czekaliśmy aż tu przyjdzie. No i przyszedł. A ja odszedłem. Chyba mu nie pasowałem do szatni. Za dużo mówiłem.

 

 

Smuda wyjaśnił dlaczego Cię usunął? 

 

- Ja nie pytałem, a on nie mówił. Nie musiał, to on był trenerem i to on sobie dobierał piłkarzy. Jego prawo. Teraz sam jestem trenerem i też sam decyduję, który chłopak u mnie gra, a który nie. Ze Smudą co jakiś czas się widujemy, podamy sobie ręce, zamienimy parę słów i tyle. Nigdy o to nie pytałem, bo i po co? Co to zmieni? Kazał się spakować, więc poszedłem swoją drogą. Swoje jeszcze potem pograłem w innych klubach. 

 

Czyli jednak kariera piłkarska czy przygoda z piłką? 

 

- Skromnie powiem, że przygoda, chociaż swoje zagrałem, zdobyłem mistrzostwo Polski, grałem w Lidze Mistrzów. Byłem częścią Wielkiej Legii, drużyny, jakiej jeszcze długo się w Polsce nie doczekamy. Nie udało się tylko jedno - nie zagrałem w reprezentacji Polski. Dostałem wprawdzie powołanie, byłem na kadrze, trenowałem z nią, ale mecz już przesiedziałem na ławce. Tego mi zabrakło.

 

W meczu z ŁKS Łódź strzeliłeś dla Legii obie bramki, a Smuda po meczu powiedział, ze byłeś najsłabszy na boisku. To była przyczyna konfliktu czy już jego efekt?

 

- Pamiętam ten mecz, ale nie pamiętam tych słów. Prawdą jest, że pierwszą bramkę zawaliłem. Poszła wrzuta w pole karne, nie przykryłem gościa i było 0:1. Potem poszliśmy mocno do przodu, remis nam nic nie dawał, trzeba było strzelić dwie bramki. No to strzeliłem. Pokazałem, że potrafię wziąć winę na siebie i odkupić grzechy. Ale tego, co potem Smuda o mnie powiedział, nie pamiętam, więc chyba nawet mnie te słowa ominęły. Moich relacji ze Smudą nie nazwałbym konfliktem. Po prostu obaj mieliśmy mocne charaktery, a to było za dużo jak na jedną szatnię. Smuda wolał swoich zaufanych ludzi, którzy go słuchają i robią, co każe.

 

 

Chwilę wcześniej Smuda ściągnął z Widzewa swoich byłych graczy. Szatnia była za ciasna dla was wszystkich?

 

- Przyszło ich czterech, więc czterech musiało odejść. Padło na mnie, ale też na na przykład Mariusza Piekarskiego. Tyle, że "Piekarz" poszedł wtedy do rezerw i po krótkim czasie wrócił do pierwszej drużyny. Ja wolałem odejść - skoro mnie nie chcą, to nie będę się prosił. Przy tej sytuacji mogę z całą stanowczością przyznać, że ten mój bezkompromisowy charakter mi przeszkodził. Mogłem zostać. Niedługo potem za Smudę przyszedł już Dragomir Okuka. Ten mnie lubił. Mówił, że żałuje, że mnie puścili. On lubił tych, którzy grają mocno i na boisku, i poza nim. Z moją dzisiejszą głową wiem, że powinienem wtedy wyluzować, ale wtedy tej chłodnej kalkulacji trochę zabrakło.

 

Wybrałeś odwrotny kierunek - z Warszawy poszedłeś do Łodzi. To były dwa ośrodki dominujące w polskiej piłce i to na każdej płaszczyźnie - finansowej, organizacyjnej, sportowej, medialnej, ale także na polu szalikowców. Obyło się bez przykrych zdarzeń z widzewiakami?

 

- Ja zawsze szanowałem kibiców drużyn, dla których grałem, więc i oni szanowali mnie. Po przyjściu do Łodzi mieliśmy spotkanie z kibicami Widzewa. Powiedziałem im jedno: "ja nogi nie odstawię". Niedługo potem mieliśmy mecz z Legią i pytali czy oddam serce za Widzew. Powiedziałem, że tak. Byłem i jestem kibicem Legii, ale grałem wtedy dla Widzewa. Wygraliśmy 3:2, odebraliśmy Legii szanse na tytuł. Do dziś mnie tam pozytywnie odbierają. Nie tak dawno pojechałem z grupą moich chłopców z Unii Warszawa na turniej do Łodzi. Potem poszliśmy na ekstraklasę, na Widzew. Dostaliśmy bilety na trybunę pod Zegarem. Szybko mnie rozpoznali, pogadaliśmy trochę, nikt nie robił żadnych złośliwości.

 

To samo na Legii. Tu też zawsze dobrze żyłem z kibicami z "Żylety". W zasadzie jedyne problemy, jakie miałem z ultrasami, to sytuacja z Chorzowa. Mieli pretensje, że z Ruchu poszedłem do Warszawy, którą - ogólnie mówiąc - niespecjalnie się lubi. Dodatkowo doszło jeszcze do przekręcenia moich słów w jednej z gazet. Powiedziałem w wywiadzie, że tak długo jak prezesem Ruchu będzie Rogala, ja tam nie zagram. Rogala miał wtedy dziennikarzy "na telefon" i kazał im specjalnie podkręcić moje słowa. No i puścili w gazecie, że powiedziałem, że już nigdy tam nie zagram, bez odniesienia do Rogali. Nie miałem potem siły przebicia, by to naprostować, więc tak zostało. Potem, gdy po latach wróciłem na Cichą, to na pierwszym treningu przywitali mnie pewną piosenką o Legii... Potem już był spokój. Otwarcie im powiedziałem to, co w Widzewie - mój dom to Warszawa, mój klub to Legia, ale grając dla Ruchu, nogi nie odstawię.

 

 

Grałeś w Legii w kilku ciekawych meczach pucharowych. Twój czwarty mecz dla Legii to od razu pierwsza jedenastka na eliminacje Ligi Mistrzów i mecz z Hajdukiem Split...

 

- Duża sprawa. Zupełnie nie wiedzieliśmy jak mocny jest Hajduk, ani jak mocni jesteśmy my. W polskiej lidze wszystkich laliśmy, nie mieliśmy tu przeciwnika. Ale Europa to już inna historia. Dziś wiem, że duży błąd popełniliśmy w przygotowaniach do sezonu i do walki o grupę w Lidze Mistrzów. Mieliśmy wtedy obozy w Polsce, graliśmy mało ciekawe i mało wymagające sparingi. Wyszliśmy na Hajduka, nie wiedząc jak wygląda granie w Europie. Rok później było już inaczej. Zgrupowanie mieliśmy w Niemczech i chyba Turcji. Graliśmy sparingi z mocnymi ekipami, uczyliśmy się innej piłki. Potem to wyszło w meczu z Goeteborgiem. Oczywiście, to była już mocniejsza Legia, bo doszli Kucharski, Staniek, Wieszczycki czy Kubica. Ale z Hajdukiem mogliśmy o coś więcej powalczyć, a tak wyszliśmy nieco bojaźliwie i skończyło się na 0:1 w Warszawie. W Splicie to już nie było złudzeń. Zacząłem na ławce. Szybko złapaliśmy czerwoną kartkę i wtedy już kompletnie popłynęliśmy. To nie był nasz dzień, zagraliśmy dużo poniżej tego, co powinniśmy. Ale w dwumeczu Hajduk był do ogrania.

 

Gdzie w Splicie było goręcej - na boisku czy na trybunach?

 

- I tu i tu. Wiadomo, że to inny klimat, którego my wcześniej nie znaliśmy i nie wiedzieliśmy jak się gra przy takiej temperaturze. To zawsze dodatkowy atut gospodarzy. My tego w Polsce nie potrafimy wykorzystać. Jak graliśmy z Grecją na Euro to zamknęliśmy dach, żeby było parno. Jak graliśmy z Anglią to otworzyliśmy, żeby mecz był w deszczu. Bez sensu.

 

Na Hajduku równie gorąco było na trybunach - Chorwaci to krewki naród, lubią sobie pokrzyczeć. Od początku było bardzo głośno. Stadion żył tym, co się działo na boisku, więc dodatkowo nam to ciążyło.

 

Dwa lata później graliście jeszcze w Atenach z Panathinaikosem, a potem w Stambule z Besiktasem. Tam chyba też było silne zderzenie z lokalnymi fanatykami?

 

- Stambuł... Niesamowite to było. Jak weszliśmy na boisko dwie godziny przed meczem to stadion był już cały nabity. Słuchałem sobie wtedy muzyki na walkmanie. Jak tylko wyszedłem z tunelu i wszedłem na boisko, to przestałem cokolwiek słyszeć w słuchawkach. Nie do opisania. 

 

Miękły nogi?

 

- Nie powiedziałbym. My już w Polsce wiedzieliśmy jak to może wyglądać. Jak graliśmy na Górnym Śląsku czy na Widzewie to było podobnie, choć oczywiście nie w takiej skali. Ale dzięki temu byliśmy zaprawieni. Trzeba było się od tego odłączyć, myśleć o piłce, o piłkarzach z przeciwnej ekipy. Na pewno koncentracja trochę wtedy uchodzi, ale to nie jest tak, że zapominasz, po co tam przyjechałeś. W Stambule zagraliśmy bardzo fajny mecz. W Warszawie ugraliśmy 1:1, niezbyt dobry wynik. W Turcji zagraliśmy otwartą piłkę, mieliśmy dwie świetne sytuacje do strzelenia bramki. Skończyło się na 1:2, do awansu zabrakło jednego gola.

 

 

Rundę przed Besiktasem graliście z Panathinaikosem i wzięliście rewanż na PAO za poprzedni sezon, gdy wyłożyliście się na nich w ćwierćfinale Ligi Mistrzów. Smakowało to greckie danie po pół roku?

 

- Od meczów z nimi w Lidze Mistrzów minęło niezbyt wiele czasu, ale my byliśmy już zupełnie inną drużyną. Prawie cały tamten skład po sezonie się "rozjechał" po innych klubach. Było nas 12 czy 13, z pierwszego składu tylko Zieliński, Bednarz, Kucharski i Staniek. Reszta to byli nowi, młodzi goście. Doszli Kupiec, Kozioł czy Solnica. Do tego nowy trener, też bez sukcesów. Wszyscy mówili, że to najsłabsza Legia od lat, że gramy o utrzymanie. Sami nie wiedzieliśmy, co możemy ugrać, na ile mocni czy słabi jesteśmy. No i trafił się ten Panathinaikos, który parę miesięcy wcześniej ograł tamtą Wielką Legię 3:0. W Atenach znów mieliśmy w plecy, ale tylko 2:4. Wiedzieliśmy, że są w naszym zasięgu, że w Warszawie powalczymy i wygramy. Jak się skończyło, każdy pamięta - "Kucharz" strzelił na 2:0 w ostatniej minucie. To zbudowało drużynę na cały sezon, wiedzieliśmy, że gramy o mistrza Polski.

 

Ile w tych dobrych wynikach było waszych umiejętności, a ile po prostu szło z konsolidacji drużyny? Najważniejsze treningi były na boisku bocznym czy w "Garażu"?

 

- Były i umiejętności i atmosfera. Wtedy mieliśmy najlepszy klimat w szatni z czasów, kiedy byłem w Legii. Każdy szedł za każdym. Mieliśmy spaść z ligi, a graliśmy do końca o mistrza. Waliliśmy do przodu, ogrywaliśmy wszystkich po drodze. To była grupa młodych chłopaków, która wiedziała, po co jest w Legii.

 

Jeśli pytasz o "Garaż", to od razu powiem, że przez te kilkanaście lat narosło sporo legend o naszych wizytach w tym lokalu. Faktem jest, że chodziliśmy tam często i wszyscy. Natomiast nie było ciągłego pijaństwa, jak to teraz niektórzy mówią. Przecież my na treningi jeździliśmy samochodami, więc i samochodami wracaliśmy do domów. Jeden pił piwo, drugi herbatę i tyle. Tam wykuwaliśmy ducha drużyny, chodziliśmy wszyscy, nie przypominam sobie nikogo, kto by odpuszczał "Garaż" po treningu. To nas integrowało. I wcale nie potrzebowaliśmy do tego ogromnych ilości alkoholu. Oczywiście, bywały okazje, że piliśmy grubo, ale to było rzadkością i wcześniej planowane, by nie kolidowało z poważnymi meczami. Na boku powiem, że nie rozumiem tego podejścia, że jak ktoś gra w piłkę, to nie może pić. To tylko u nas przyjęło się, że zawodowy piłkarz ma zakaz wstępu do monopolowego. Opowiem krótką historyjkę: gramy mecz w Lidze Mistrzów w Blackburn. Po meczu idziemy na oficjalny bankiet na stadionie. Wszyscy w "gajerach", elegancja, gra jakaś muzyczka. Patrzymy, a tam w najlepsze przy barze bawią się piłkarze Rovers. Obok dziennikarze, prezesi, trenerzy, a ci wlewają w siebie jedno piwo za drugim. I wszyscy na luzaku, żadnej spinki, komentarzy czy uwag. Normalna sprawa. Trzeba tylko wiedzieć kiedy i ile.

 

Skoro już nawiązałeś do tego meczu: jako 21-latek wyszedłeś na mistrza Anglii w Lidze Mistrzów. Wiele miałeś po tym nieprzespanych nocy?

 

- Faktycznie, ogromne przeżycie. W drugiej połowie meczu z Blackburn wszedłem na boisko za Jałochę. W głowie miałem tysiące myśli, ale jak tylko dostałem pierwszą piłkę, to już skupiłem się na grze. To było najważniejsze. Graliśmy o wyjście z grupy, nie mogliśmy tego przegrać. U nich grał przecież Shearer, był tez Hendry czy Sutton. Shearer miał sam na sam ze Szczęsnym. Była też jakaś groźna główka z ich strony tuż po moim wejściu. Grali ten swój brytyjski futbol - dużo siły, przepychania, szybka piłka, częste wrzutki. Mistrzowie Anglii. Wygrali ligę przed United, Liverpoolem czy Arsenalem. I na takiej drużynie ugraliśmy wtedy w Lidze Mistrzów 4 punkty. Niesamowite, co? Dziś niewyobrażalne. A my to zrobiliśmy. Wyszliśmy z grupy, graliśmy w ćwierćfinale Ligi Mistrzów. Wielka Legia.

 

 

Sama otoczka i opakowanie Ligi Mistrzów robiło wrażenie? 

 

- Wrażenie to robi jeszcze dziś. Wtedy to była przepaść, kolosalna różnica. Dziś już mamy nowoczesne stadiony, szatnie, kilkanaście kamer na boisku, oświetlenie, sale do masażu i tego typu sprawy. Wtedy tego w Polsce nie było. Wówczas jeden mecz ligowy graliśmy gdzieś na polu w Tychach czy w Tarnobrzegu, by za chwilę grać na słynnych Łużnikach. Wrażenie to robił na nas nawet stadion w Trondheim. W Polsce takiego nie było. No to jak tu spokojnie podejść do takiego meczu z Blackburn? Jak Anglicy przyjechali do nas na pierwszy mecz to nie chcieli do swojej szatni wchodzić. Wrócili do hotelu, tam się przebrali i prosto z autokaru wyszli na boisko. Teraz się możemy z tego śmiać, ale wtedy tak wyglądała rzeczywistość...  

 

Mam problem z określeniem Twojej nominalnej pozycji na boisku. Byłeś prawonożny, ale grałeś głównie na lewej obronie. Miałeś też epizody - i to jeszcze w Legii - gdy grałeś na prawej obronie i na defensywnym pomocniku. Potem kończyłeś grać już jako środkowy obrońca. Najprościej powiedzieć, że byłeś "człowiekiem od zadań defensywnych"?

 

- Grałem wszędzie, gdzie kazał trener. Ważne było, żeby załapać się do gry, a to gdzie, to już miało mniejsze znaczenie. Lewą nogę miałem dużo słabszą, ale faktycznie grałem głównie na lewej obronie. Wtedy grało się na trzech obrońców, z wahadełkami na skrzydłach. Tę rolę pełnili u nas Bednarz z Lewandowskim. Ja do ataku nie biegałem, chyba, że na wolne. Miałem dobre uderzenie z prawej nogi. W sumie strzeliłem dla Legii 12 bramek, co jak na obrońcę było dobrym wynikiem. Miałem też mecze, w których grałem jako defensywny pomocnik. Miałem biegać za Piszem i go asekurować gdyby stracił piłkę. Obok miałem Zbyszka Mandziejewicza, więc robiłem to samo, co on. Zbierałem doświadczenie, uczyłem się nowych pozycji i zadań. Wszędzie ta moja gra jakoś wyglądała, na każdej pozycji dawałem sobie radę. Potem, już w Amice, występowałem jako środkowy obrońca, to samo w Pogoni. W Widzewie kończyłem na prawej obronie.

 

Jak więc oceniasz obecnych defensorów w Legii? 

 

- Jako całość grają słabiej niż przed rokiem. Potrzeba czasu by to zaczęło funkcjonować. Defensywa to taka strefa, gdzie piłkarze muszą grać ze sobą na pamięć. Muszą wiedzieć, co zrobi kolega w danej sytuacji. W Legii tego nie widać. Jest za duża rotacja, co sezon to nowi piłkarze, co mecz to inne zestawienie. Z czasem powinno być lepiej, bo potencjał jest. W środku wyżej stawiam Rzeźniczaka niż Pazdana. Rzeźniczak od wielu lat pokazuje, że jest solidny, nie schodzi poniżej pewnego poziomu. Zdarzają mu się głupie błędy, ale całościowo wygląda bardzo dobrze. Pamiętam go jak wchodził do Widzewa. Miał 17 czy 18 lat, nie bał się grać przeciwko Wiśle czy Legii. Pazdan ma za sobą jeden dobry sezon w Jagiellonii, plus kilka meczów w kadrze. Spokojnie, poczekajmy. Nie chwalmy go za szybko, żeby się nie pogubił. Na razie wygląda dobrze i mam nadzieję, że będzie szedł już tylko w górę. Ciekawą dwójką jest Broź i Bereszyński. Ale jak słabiej gra cała obrona to i im słabiej idzie. Brzyski? Dobrze wygląda z przodu, ma fajne dogrania ze skrzydła. Słabiej gra z tyłu, nie ma warunków jak na obrońcę. Nie wiem czy był sens cofania go z pomocy. Sprawdza się jako obrońca tylko wtedy, gdy idzie mu współpraca ze skrzydłowym.

 

  

Wróćmy do spraw okołofutbolowych. Muszę poruszyć wątek związany z Twoim rzekomym wypadkiem na motocyklu. Jak się odniesiesz do tej sprawy?

 

- Nie będę tego komentował. To moja prywatna sprawa sprzed lat i nie chcę o tym mówić.

 

Nie jest prawdą to, co napisał w swojej książce Szamotulski? Podobno zgłosiłeś na treningu uraz piłkarski, a tak naprawdę było to konsekwencją zatajonego wypadku na motocyklu.

 

- Proponuję, by Szamotulski zajął się swoim życiem i swoimi sprawami. Nie rozumiem po co po latach opisywać w książce różne wymyślone historie sprzed lat? By chwilowo zabłysnąć? Po co to komu? Byliśmy młodzi, byliśmy kawalerami, zaczynaliśmy dopiero poważne życie. Różne rzeczy się robiło, różne historie się zdarzały. Ja mam rodzinę, mam dzieci. Po co one mają potem czytać co robił ich tata? Przez lata była zasada, że to co się dzieje w szatni z niej nie wychodzi. Po co to teraz upubliczniać? To, co teraz powiedziałem, to jest wspólne stanowisko wielu chłopaków z tamtej drużyny, o której pisał Szamotulski. Książki Kowalczyka nie czytałem, więc nie wiem ile tam jest zmyślonych historii, ale do Szamotulskiego mogę się odnieść. Niech nie pisze o czymś, czego nie widział, a jedynie gdzieś tam od kogoś usłyszał. Ja mam swoje życie, on ma swoje i - jeśli już musi - to niech pisze o swoim.

 

O tym wypadku w jednym z wywiadów wspominał też Marcin Mięciel. Jego wersja pokrywa się z tym, co pisał Szamotulski.

 

- Nie czytałem tej wypowiedzi Marcina, nie wiem, co powiedział. Nie będę tego komentował.

 

 

Na koniec kilka pytań ankietowych. Twój najlepszy mecz dla Legii?

 

- Kilka takich było. Najbardziej w pamięci - z racji całej otoczki - zapadł mi chyba ten wspomniany rewanż z Panathinaikosem w Warszawie. Zagrałem bardzo dobrze, nie dałem rywalowi pograć. Dobrze wspominam też mecz na Widzewie, wynik 1:1. Jeszcze kilka podobnych by się znalazło, nie byłem w Legii z przypadku. Liczby, które zostawiłem po sobie w Warszawie, o czymś świadczą.

 

Najgorszy mecz? Ten wspomniany ŁKS? 

 

- Nie, tam nie było tak źle. Postawiłbym na Udinese Calcio w Pucharze UEFA, gdzie przegraliśmy 0:1. Jako ogół zagraliśmy całkiem przyzwoicie, ale mi ten mecz zupełnie nie wyszedł. Już nie pamiętam, który to z Włochów mną kręcił, ale nie dawałem sobie z nim rady na skrzydle.

 

Najlepszy kumpel z szatni?

 

- Bednarz, Mięciel, dodałbym jeszcze Jurka Podbrożnego i to mimo różnicy wieku. Spotykaliśmy się często na mieście. Z resztą do dziś trzymamy bliski kontakt.

 

 

Najgorszy kolega z szatni?

 

- Nie było nikogo, o kim mógłbym powiedzieć, że się nie lubiliśmy. Jak ktoś mi nie pasował charakterem to po prostu się omijaliśmy i nie wchodziliśmy sobie pod nogi. Z każdym się witałem, z każdym słowo zamieniłem, nie było nikogo, kogo nazwałbym wrogiem.

 

Najlepszy trener za Twoich czasów w Legii?

 

- Janas. I jako trener, i jako człowiek. Umiał się dopasować do grupy, wiedział, kiedy jest czas na mocny trening, a kiedy można poluzować. Bardzo dobrym, choć niedocenianym trenerem był tez Jabłoński. Zrobił z nas wtedy mocną drużynę. Trochę mu jednak brakowało charyzmy. W dużej mierze do dziś jest rozliczany za mecz z Widzewem 2:3. Zarzuca mu się, że pod koniec zdjął napastników, i że zaczęliśmy się bronić. Teraz łatwo to mówić. Jakby tego nie zrobił to byłyby głosy, że mógł zdjąć napastników i zabezpieczyć tyły. Niedoceniany trener. Może właśnie przez brak charyzmy?

 

Najsłabszy trener? 

 

- Nie wskażę żadnego. Każdy trener czegoś mnie nauczył. Sam jestem trenerem i wiem jak ciężko jest prowadzić drużynę. Natomiast jako człowiek to zupełnie nie pasował do nas trener Kopa.  

 

O Kopie mówiło się, że u niego skład na mecze ustawiała szatnia, a nie trener. 

 

- Nie do końca tak było. Mieliśmy z trenerem konflikt, drużyna go nie akceptowała. On to widział. Pewnego dnia wszedł do szatni i poprosił, aby wstali ci, którzy chcą, by przestał być naszym trenerem. Kopa, jeszcze przed głosowaniem, zapowiedział, że nie wyciągnie żadnych konsekwencji wobec tych, którzy się przyznają. Cała szatnia tego chciała, ale odwagę do wstania miało tylko sześciu z nas...

 

Wśród nich Piotr Mosór? 

 

- Mówiłem - zawsze waliłem prosto w oczy. Góralski charakter... Po tej manifestacji doszło do dziwnej sytuacji. Przed następnym meczem Kopa kazał każdemu piłkarzowi wpisać na kartce skład, jaki widziałby na kolejny mecz. Na każdej kartce były nazwiska tych sześciu, co zagłosowali przeciwko trenerowi, a którzy wcześniej nie zawsze łapali się do składu. Tym razem jednak cała szóstka wyszła na boisko, zgodnie z wolą reszty drużyny. Jednocześnie ci, którzy do tej pory mieli poparcie Kopy i u niego grali, zostali na ławce. Można więc powiedzieć, że na ten mecz skład ustaliła szatnia, a nie trener.

 

Największa różnica między "Twoją Legią", a obecną?

 

- W tamtych czasach finansowo i organizacyjnie biliśmy całą ligę na głowę. Dziś wszystko się wyrównało, wszystko poszło do przodu. Zmieniła się też piłka i podejście do piłki. Wtedy prawie cały nasz skład to byli Polacy, byliśmy bardzo zintegrowani. Nie wiem czy teraz jest bardziej profesjonalnie niż wtedy. Ważne, by piłkarze sami wiedzieli, kiedy jest czas na piłkę, a kiedy na zabawę. Dzięki temu, oprócz wyników, w głowie zostaną też różne ciekawe historie.

 

Najlepsze i najgorsze wspomnienie z Legii?

 

- Nie zaskoczę nikogo odpowiedziami. Najgorszy moment to ten, gdy musiałem odejść z Legii za czasów trenera Smudy. Bolało. Zostawiałem za sobą fajną drużynę, dobrych kumpli. Natomiast najlepsze momenty w Legii nierozłącznie łączą się z sukcesami sportowymi, jakie w Warszawie robiliśmy. To nakręcało atmosferę, w tej szatni byliśmy grupą dobrych kumpli. Część tych znajomości została do dziś, mimo że minęło już tyle lat. To były piękne czasy, to była Wielka Legia. A ja byłem jej częścią.

 

Rozmawiał: Nikodem Chinowski

 

Autorem wywiadu jest Nikodem Chinowski - kibic Legii, który w sezonie 2014/2015 zdobył rangę Pułkownika w programie Legiony. Oznacza to, że Nikodem był na wszystkich meczach "Wojskowych" rozegranych przy Łazienkowskiej 3. Gratulujemy!

 

Zobacz także pierwszy odcinek cyklu "Powrót do przeszłości" - wywiad z Tomaszem Jarzębowskim.

 


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 229
PLN
Cena 299
PLN
Cena 99
PLN