Legia Warszawa
vs Termalica
Czas do meczu
Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2016-03-02 20:18:00

Prawda czasu – bramkarze

Autor: Janusz Partyka Fot. Janusz Partyka, Mateusz Kostrzewa, Adam Polak, Eugeniusz Warmiński/Archiwum Legii
Bramkarz jest jak wino – im starszy, tym lepszy. To jeden ze stereotypów krążących na temat tej specyficznej roli na piłkarskim boisku. Inny slogan mówi o tym, że każdy golkiper musi być trochę szalony (to wersja łagodna), a jeszcze inny, że obsada bramki to zupełnie inna dyscyplina sportu niż ta, którą uprawiają koledzy z pola. A jak jest naprawdę?

Zazwyczaj każdy bramkarz jest w ekipie bardzo szanowany przez resztę kolegów, odgrywa tam bowiem wyjątkowo ważną rolę. To często on jest ostatnią instancją, ratując zespół przed utratą gola. Zdarza się także, że w pojedynkę wygrywa mecz (czasami także w pojedynkę go przegrywa, ale to już temat na zupełnie inną historię). Często to bramkarze są kapitanami zespołu – w Legii tę rolę pełnili choćby Jacek Kazimierski, Artur Boruc czy Dusan Kuciak. Bywają też mecze, kiedy drużynie nie idzie, gra wręcz słabo, a bramkarz broni wszystko. To musi wymagać szacunku i specjalnych względów. Często w momencie nadmiernego ataku rywala na bramkarza, cała drużyna staje za nim murem i go broni. Wiadomo, bramkarz - rzecz święta!

 

Pisaliśmy już o tym, że potrafi on w pojedynkę mecz wybronić. Ale jest też druga strona medalu – zdarza mu się go totalnie zawalić. Cóż, najlepsi bramkarze na świecie puszczają „szmaty” i... to się nigdy nie zmieni. Najważniejsze, aby zdarzało im się to jak najrzadziej. Problem jednak w tym, że błędy popełniane przez bramkarzy niosą zazwyczaj za sobą większe konsekwencje, niż te popełniane przez innych zawodników. Słowem – bramkarz zawsze jest na świeczniku i zawsze musi być w formie. Zawodnik z pola często może schować się za plecy kolegów, „pojechać” na ich dobrej formie. Bramkarz nie ma na to żadnych szans – on jest jeden. Gdy napastnik nie trafi w piłkę pięć metrów przed bramką rywala, nic wielkiego się nie stanie. Jeśli kardynalny błąd popełni bramkarz, piłka zazwyczaj wyląduje w siatce – on jest jeden...

 

Ponoć najlepszy bramkarz to taki, który wcześniej grał w polu. Po pierwsze - lepiej czyta grę, a po drugie - sprawnie posługuje się nie tylko rękoma, ale i nogami. A dziś, jak wiadomo, to podstawa. Obsada bramki to ta sama dyscyplina sportu, ale zupełnie inna jej specyfika. Piłka nożna to sport drużynowy, ale pozycja bramkarza jest w pewnym sensie sportem indywidualnym. Diametralnie różni się także sam trening. A dynamika, odwaga, szybkość, ponadprzeciętny refleks, zwrotność, szczęście czy charyzma – to cechy, które musi posiadać kompletny golkiper. Dość już teorii, która i tak – w przypadku bramkarzy – zazwyczaj się nie sprawdza. Wiadomo, każdy bramkarz jest przecież nieco szalony. Legia, w całej swojej historii, słynęła na tej pozycji z wyśmienitych zawodników.

 

Zapraszamy do naszej galerii – klikając w zdjęcie, zobaczycie je w większej rozdzielczości.

 

Gość broniący w kaszkiecie? W latach 50. wśród bramkarzy panowała moda na czapki. Na zdjęciu golkiper „wojskowych” Edward Szymkowiak (w głębi z lewej strony obrońca Jerzy Woźniak) w efektownej paradzie. Nasz bramkarz ma na sobie właśnie tę gustowną czapeczkę. Warto także zwrócić uwagę na jego ręce – w tamtych czasach o rękawiczkach nie było co marzyć...

 

 A to już lata 60. i świetna robinsonada Stanisława Fołtyna. Ta fotografia Eugeniusza Warmińskiego została swego czasu nagrodzona w konkursie fotografii sportowej i przedstawia efektowną paradę bramkarza Legii, który rozegrał w jej barwach 167 meczów w latach 1953-69. Określenie tego rodzaju interwencji bramkarskiej jako robinsonada pochodzi od nazwiska angielskiego golkipera Johna Williama Robinsona, który w roku 1899 po raz pierwszy zaprezentował  światu to zagranie.

 

W latach 70., w czasach, gdy warszawski klub był głęboko zakorzeniony w strukturach wojskowych, legioniści byli „koszarowani” na tzw. „obozach kondycyjnych”. Były to wyjazdy integracyjne, mające na celu skonsolidowanie zespołu. Specyficzne „treningi” przynosiły jednak efekty w postaci triumfów nie tylko w kraju, ale i zagranicą. Jednym z najlepszych bramkarzy w historii klubu z Łazienkowskiej był Władysław Grotyński, którego podczas turnusowych zabaw zastępował popisujący się profesjonalnymi paradami... Kazimierz Deyna.

 

 Popularny „Śruba” – czyli Władysław Grotyński – występował w Legii w latach 1964-1971, rozgrywając 199 meczów z „eLką” na piersi. Przy okazji warto zwrócić uwagę na sprzęt, w jakim występowali w tamtych czasach nie tylko bramkarze. Legionista słynął swego czasu z jeszcze jednej rzeczy. Otóż często podczas meczów międzynarodowych – czy to z udziałem Legii czy kadry – wymieniał się koszulkami z bramkarzami rywali. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie to, że... występował w nich później w oficjalnych meczach Legii. Na zdjęciu przed spotkaniem „wojskowych” w bluzie reprezentacji Anglii.

 

 17 października 1973 roku „Clown” – tak bowiem Brytyjczycy nazwali po pamiętnym spotkaniu na Wembley Jana Tomaszewskiego – zatrzymał Anglię. Tomaszewski grał w Warszawie w 1971 roku, a więc dwa lata przed wspomnianym triumfem, ale przy Łazienkowskiej wielkiej kariery nie zrobił. W barwach naszego klubu rozegrał 25 spotkań. Szczególne pamiętne było to z 19 października 1971 roku, kiedy Rapid Bukareszt podejmował Legię w rozgrywkach o Puchar UEFA. W 30. minucie gospodarze prowadzili już 3:0, więc szkoleniowiec Tadeusz Chruściński zdecydował, że... w 31. „Tomka” między słupkami zastąpi Piotr Mowlik.

 

 Mecze Legii z Widzewem elektryzowały całą Polskę. W latach 80. i 90. były to klasyki epoki. Przyczynili się do tego również wyśmienici bramkarze, którzy prezentowali wyrównany poziom, co przekładało się także na rywalizację w reprezentacji Polski. Na zdjęciu topowi bramkarze obydwu zespołów – Henryk Bolesta i Jacek Kazimierski.

 

 Spotkanie pomiędzy Legią a ŁKS, rozegrane przy Ł3 26 marca 1988 roku, zakończyło się wynikiem 0:0. Koniec lat 80. to początek największej rywalizacji między słupkami w dziejach Legii. Drużyna miała w swoim składzie dwóch znakomitych bramkarzy – Macieja Szczęsnego (na zdjęciu w towarzystwie m.in. Zbigniewa Kaczmarka i Pawła Janasa) oraz Zbigniewa Robakiewicza. Przez pewien czas obaj grali „na sapera”, czyli do pierwszej pomyłki. Zawalił Szczęsny – do bramki wchodził „Robak” i odwrotnie.

 

„Nie dla nas jest porażki smak...” – śpiewają fani Legii na trybunach. Finał Pucharu Polski '88, nie był jednak szczęśliwy ani dla piłkarzy, ani dla kibiców Legii. 23 czerwca wynik konfrontacji z Lechem na stadionie w Łodzi brzmiał 1:1, więc zwycięzcę wyłonić musiał konkurs „jedenastek”. Bramki Legii strzegł wówczas Zbigniew Robakiewicz, któremu nie udało się obronić żadnego strzału z rzutu karnego (raz rywale nie trafili w bramkę). Spektakularne „pudło” zaliczył natomiast świetny napastnik Legii Dariusz Dziekanowski (pierwszy z lewej), który skierował piłkę wysoko nad bramkę. Po meczu pozostał smutek, żal i srebrne medale...

 

 Gdyby ogłosić plebiscyt na najbardziej szalonego golkipera Legii, w czołówce znalazłoby się zapewne miejsce dla Grzegorza Szamotulskiego. Wychowanek Lechii Gdańsk, który w Legii występował przez pięć sezonów, lubił prowokować nie tylko napastników czy sędziów, ale także kibiców rywali. Podczas meczu pomiędzy Polonią a Legią, rozegranego 19 kwietnia 1997 roku przy Konwiktorskiej (1:1), zaprezentował publiczności oryginalną fryzurę. „Szamo” wygolił sobie z tyłu głowy „eLkę”, czym zaskarbił sympatię fanów z Łazienkowskiej.

 

 Radostin Stanew (w Legii grał w latach 2001-02, 38 meczów) oraz Artur Boruc (2000-05, 88 meczów) na letnim zgrupowaniu „wojskowych” w Austrii w 2002 roku. Dwaj znakomici bramkarze i dwa różne charaktery. Bułgar spokojny i opanowany, Boruc zaś impulsywny i nieco zwariowany. Kto więc powiedział, że dobry bramkarz musi być szalony?

 

 66. minuta meczu Legia – Widzew przy Łazienkowskiej na stałe zapisała się w historii warszawskiego klubu. Gospodarze prowadzili w tym spotkaniu już 3:0, nie pozostawiając większych złudzeń łodzianom, którzy ostatecznie żegnali się z ekstraklasą. Ale minuta ta była szczególna z innego względu. Wówczas do rzutu karnego podszedł bramkarz „wojskowych” Artur Boruc, który jako pierwszy bramkarz w historii Legii wpisał się na listę strzelców w ligowym spotkaniu. Legioniści dołożyli jeszcze dwa gole (Marek Saganowski skompletował tym samym hat-trick) i mecz zakończył się rezultatem 6:0 dla podopiecznych Dariusza Kubickiego.

 

 21 kwietnia 2006 roku przy Łazienkowskiej miały miejsce obchody 90-lecia klubu. Po oficjalnych uroczystościach na bocznym boisku rozegrano nietypowe spotkanie. Stylizowana na „tamte czasy” Legia zmierzyła się z aktualną wówczas drużyną. Wynik meczu nie był najważniejszy, zabawa za to była przednia. W bramce stylizowanej na wzór tej z roku 1916 stanął Łukasz Fabiański (w czapeczce i z wąsami, obok Roger Guerreiro). Jego zachowanie między „słupkami” było skopiowane niczym z tamtej epoki, co znamionowało jego wysoką – nie tylko sportową – klasę. „Fabian” grał przy Ł3 dość krótko (w latach 2005-2007), ale w barwach Legii zdołał rozegrać 65 spotkań i zdobyć tytuł Mistrza Polski (2006).

 

Na kolejnej fotografii ponownie golkiper Legii Łukasz Fabiański, który wraz z Moussą Ouattarą trzymają okazałe trofeum za zdobycie mistrzostwa Polski w 2006 roku. Łukasz miał w nim niebagatelny udział – w decydującym meczu z Górnikiem w Zabrzu (13 maja 2006 roku, 1:0 po golu Piotra Włodarczyka) bronił jak w transie, wyjmując nieprawdopodobnie groźne strzały gospodarzy. Tak przechodzi się do historii.

 

 17 kwietnia 2007 roku podczas ligowego spotkania Wisły Płock z Legią, wśród 1,5-tysięcznego tłumu fanów z Warszawy pojawił się bramkarz reprezentacji Polski i Celtiku Glasgow Artur Boruc. Ekslegionista w sektorze kibiców „wojskowych” wszedł na płot i wraz z innymi fanami prowadził doping. „Jestem tu prywatnie, jako kibic Legii. Przyleciałem do Polski, ale zaraz muszę być z powrotem na treningu w Glasgow” – powiedział po meczu Artur Boruc, który na każdym kroku podkreśla, że jest zagorzałym kibicem warszawskiej drużyny.

 

 Słowak Jan Mucha był ulubieńcem kibiców Legii. Imponował spokojem i efektywnością interwencji, co przełożyło się na powołania do kadry, a także transfer do silnego wówczas Evertonu. Podczas spotkania Legii z Wisłą, 3 maja 2011 roku, skompromitował napastnika „Białej Gwiazdy” Pawła Brożka. Ten z rzutu karnego strzelił w sam środek bramki licząc na to, że „Muszkin” rzuci się w któryś róg. Jano pozostał jednak na swoim miejscu i stojąc, złapał piłkę „w rękaw”. Interwencja, że mucha nie siada!

 

 Krzysztof Dowhań – w branży trenerów bramkarzy człowiek-instytucja. Boruc, Fabiański, Mucha, Kowalewski, Szczęsny, Kuciak czy Malarz – to tylko niektóre nazwiska wyśmienitych bramkarzy, którzy wyszli spod skrzydeł szkoleniowca Legii. Ciężka i efektywna praca na treningach pod okiem trenera „Kapelusza” przekuwa się na wysokie umiejętności podopiecznych. To bez wątpienia najlepszy fachowiec w kraju, który miał już propozycje pracy w Celtiku Glasgow i Arsenalu Londyn. Nie przyjął ich jednak i do dziś szkoli legionistów. Na zdjęciu w „Trener-mobile” na zgrupowaniu w Hiszpanii w 2010 roku w towarzystwie Macieja Gostomskiego i Jakuba Szumskiego.

 

 Wojciech Skaba próbuje znaleźć kość niezgody, jaka pojawiła się pomiędzy zawodnikami Legii i Lecha podczas finału rozgrywek o Puchar Polski w Bydgoszczy rozegranego 3 maja 201 roku. Dlaczego często bramkarz przemierza dobre kilkadziesiąt metrów tylko po to, żeby wziąć udział w zamieszaniu? Spory temperament, chęć rozgrzania mięśni, czy konieczność pomocy kolegom z drużyny? Czasem trudno wyczuć kiedy i dlaczego bramkarz pojawia się w danym miejscu. Zupełnie jak w dyskotece...

 

 Średnio dwa razy w roku odbywa się oficjalna sesja fotograficzna piłkarzy Legii – tu jesienią 2011. Zazwyczaj jest przy tym mnóstwo śmiechu, a największymi żartownisiami okazują się właśnie bramkarze, którzy często przekładają kartki z nazwiskami kolegom zajmującym wyznaczone miejsca na ławkach. Marijan Antolović, Dusan Kuciak, Jakub Szumski oraz Wojciech Skaba dbają także o to, aby koledzy nie „poprzesadzali” ich samych.

 

 15 maja 2013 roku piłkarze Legii udali się z wizytą do zakładu karnego przy ulicy Rakowieckiej. Musiała on podziałać na legionistów mobilizująco (trzy dni później wygrali z Lechem 1:0 i zapewnili sobie tytuł MP), ale także dać sporo do myślenia. Na zdjęciu ówczesny bramkarz Legii Dusan Kuciak w towarzystwie pracownika służby penitencjarnej z zadumą obserwował więzienny spacerniak.

 

 Przy niekorzystnym wyniku w samych końcówkach meczów bohaterami ostatniej akcji chcą zostać także bramkarze. Nie inaczej było w ostatni dzień sierpnia 2014 roku, kiedy w pole karne Podbeskidzia Bielsko-Biała zapędził się golkiper Legii Dusan Kuciak. Niestety, mimo starań i walki o piłkę z obrońcami gospodarzy w ich „szesnastce”, Dusanowi nie udało się odwrócić losów spotkania.


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 229
PLN
Cena 299
PLN
Cena 99
PLN