Legia Warszawa
vs Termalica
Czas do meczu
Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2016-08-31 20:30:00

Prawda czasu - Dominik Furman

Autor: Janusz Partyka Fot. Janusz Partyka, Mateusz Kostrzewa, Jacek Prondzynski, Włodzimierz Sierakowski, Adam Polak/Archiwum Legii
Większość polskich piłkarzy wybiera angaż w zagranicznym klubie bez względu na wszystko. Kiedy Dominik Furman odchodził z Legii do Tuluzy myślał tak samo. Dziś jest bogatszy o ponad dwa lata, w większości bolesnych, doświadczeń. W poszukiwaniu formy ekslegionista wrócił na krajowe podwórko i ani myśli wracać do Francji. Mówi, że dziś najważniejsza jest regularna gra, a pieniądze to nie wszystko. Na początek próby wspinaczki na szczyt dobre i to.

Dominik Furman wielkiej kariery przy Łazienkowskiej – takiej którą przepowiadali mu ówcześni fachowcy – nie zrobił. Przez większość czasu z jego doskonałą formą w Legii było trochę jak z ufo. Niby wszyscy wiedzieli, że istnieje, ale nikt tak do końca jej nie widział. Opinia to oczywiście nieco przejaskrawiona, ale taka ma być. Ma uświadomić, jak łatwo jest zostać popularnym piłkarzem z łatką młodego, utalentowanego i jak łatwo jednocześnie z tego piedestału spaść.

 

Legionista podczas swojej przygody z Legią (dwukrotnej, choć tę pierwszą śmiało można póki co nazwać przygodą życia) miewał rzecz jasna mecze bardzo udane, rokujące nawet coś więcej niż tylko bycie jednym z wielu graczy drugiej linii podstawowej jedenastki, ale koniec końców nigdy się potwierdził tego wysoką i stabilną formą utrzymującą się dłuższy czas. Furman był jednym z tych z pamiętnego rocznika '92 trenujących w Akademii Piłkarskiej Legii, którym udało się dostać do kadry pierwszej drużyny i zostać w niej na dłużej. Z jednej strony to wielce utalentowany chłopak z papierami na wielką grę, a z drugiej, największą krzywdą jaką było można mu wyrządzić, było kreowanie go na gwiazdę.

 

Bardzo dobry pierwszy sezon, czyli coś, co charakteryzuje młodych chłopaków – w swojej grze odważnych, bezczelnych i pewnych siebie. To doprowadziło jego karierę do miejsca, gdzie w pewnym momencie był ważnym ogniwem zespołu. Później musiał potwierdzać te wszystkie walory i pokazać, że może grać na wysokim poziomie przez lata. Nie do końca temu podołał. W mistrzowskim sezonie młodzieńcza pasja pozwalała mu na eksponowanie pełni umiejętności. Nie myślał o błędach i ich konsekwencjach tak, jak robił to później, choć też przecież je popełniał. Zarówno w Tuluzie, ponownie Legii, epizodzie w Weronie czy wreszcie w Wiśle Płock, już tak różowo nie było.

 

Jeszcze wczoraj mówiło się, że jest wielką nadzieją polskiej piłki. Niektórzy nawet posuwali się do granicy absurdu twierdząc, że ma wszelkie zadatki na drugiego Deynę. Patrząc na niego dziś, to być może porusza się tak dostojnie jak „Kaka”, ale na tym podobieństwa się kończą. Zaszkodził mu bez wątpienia szum medialny, który w pewnym momencie wokół niego się wytworzył. Powołanie do reprezentacji, artykuły w mediach, pierwszy zawodowy kontrakt – czego chcieć więcej, by zaszumiało w głowie? Z tym niebezpieczeństwem zresztą każdy z młodych legionistów się zetknął. Ale nie każdy to udźwignął. Tabloidy często robią z piłkarskich młokosów celebrytów, a im samym się wydaje, że są gwiazdami. Pojęcie gwiazdy i celebryty rzadko się jednak pokrywa, choć młodzi piłkarze często oba pojęcia mylą.

 

Dominik Furman karierę zaczynał w rodzinnym Szydłowcu. W 2006 roku przeszedł do Legii, przez sześć lat zdobywając szlify w jej akademii. W pewnym momencie jego dalsza przygoda z piłką zawisła na włosku – poddał się operacji zerwanych więzadeł w kolanie i dochodził do siebie przez ponad osiem miesięcy. Walkę z czasem i przeciwnościami losu jednak wygrał. Przeprowadzka do Warszawy to zasługa ówczesnego dyrektora akademii Jacka Mazurka. W transferze uczestniczyła także... jego ciocia. „Nie miałem komórki, więc pan Mazurek znalazł w książce telefonicznej numer cioci Stasi, która mieszkała dwa kilometry od nas. Zadzwonił, wszystko wyjaśnił, a ona dała znać mamie. Przyjechał po mnie do Szydłowca i zabrał do Warszawy. Teraz żyję Legią 24 godziny na dobę” – wspominał. Przeprowadzka z niewielkiego miasteczka do stolicy była dla młokosa szokiem. Gdy kolega zapytał go o numer autobusu którym jechał, ten podał mu... numer boczny pojazdu. Nauka wielkiego miasta trwała kilka miesięcy. W Warszawie Furman podjął naukę w gimnazjum nr 10 przy Limanowskiego. Całe dnie spędzał na lekcjach i treningach, nie było więc czasu na głupstwa.

 

Później trafił do pierwszej drużyny, ale prawdziwą szansę dostał dopiero od trenera Jana Urbana. „Znał mnie z akademii, zapraszał na treningi pierwszej drużyny. Gdy trener Urban przyszedł do Legii, zorientowałem się, że da mi szansę” – mówił. Młody pomocnik imponował spokojem, niezłym przeglądem pola, powtarzalnością wyuczonych schematów i techniką użytkową. Potrafił skutecznie przerwać akcję rywala płynnie przechodząc do ataku. Atutem były także stałe fragmenty gry, choć w tym elemencie czekało go jeszcze sporo pracy. Najbardziej brakowało mu stabilizacji, ale nie każdy potrafi to udźwignąć. U niektórych przychodzi moment samozadowolenia. To największe zło, jakie może przytrafić się piłkarzowi na dorobku. Na początku Furman grał bardziej odważnie, widać było entuzjazm i fascynację tym co robi. Nie bać się odpowiedzialności.

 

W 2014 roku z Legii definitywnie trafił do francuskiej Tuluzy. Tam miał zmienić otoczenie i pewne nawyki. Miał się odbudować. Nie wyszło tak jak chciał. Przejście na inny, wyższy poziom, zadziałało odwrotnie. W dodatku Dominika zaczęły prześladować kontuzje, co także w dużym stopniu zahamowało jego karierę. Pięć ligowych spotkań w Tuluzie na kolana nie rzuca ani jego, ani piewców jego talentu. Potem był powrót na wypożyczenie do Legii. Na Łazienkowskiej „Furmi” przez rok rozegrał 24 ligowe mecze, w których strzelił dwa gole. Początek miał całkiem niezły, wręcz bardzo dobry, ale z każdym kolejnym miesiącem było już gorzej. W pewnym momencie przegrał rywalizację o miejsce w pierwszym składzie. I chyba również z samym sobą. Wrócił do Francji, by za chwilę wylądować we Włoszech. Nie była to jednak piękna bajka. Krótki epizod w Weronie (jeden występ w lidze) nie przyniósł nic dobrego.

 

Zawodnik szybko wrócił na utarty ekstraklasowy szlak – tym razem podjął próbę powrotu do wielkiej piłki w beniaminku, Wiśle Płock. I to już chyba ostatni dzwonek, by załapać się na wyższy pułap. Furman ma ogromny potencjał, ale musi wyzwolić w sobie większą pracę i energię, żeby to przyniosło skutek. Jako wychowanek Akademii Legii w Warszawie miał większy kredyt zaufania u kibiców. Wybaczali mu więcej niż komukolwiek innemu, ale nie mógł w nieskończoność nadwyrężać ich zaufania. Poza stolicą wymagania są już takie same w każdym miejscu – bez taryfy ulgowej.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 229
PLN
Cena 299
PLN
Cena 99
PLN