Legia Warszawa
vs Termalica
Czas do meczu
Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2016-09-29 20:30:00

Prawda czasu – Jacek Zieliński

Autor: Janusz Partyka Fot. Janusz Partyka, Włodzimierz Sierakowski
Są piłkarze, którzy nierozerwalnie kojarzą się z jednym klubem. Do takich bez wątpienia należy Jacek Zieliński, którego wybraliście do ''Jedenastki Stulecia'' Legii. Czy przywiązanie do klubowych barw świadczy o braku ambicji, czy może o bezgranicznej zażyłości? W przypadku ''Zielka'', człowieka ambitnego zarówno na boisku jak i poza nim, zdecydowanie zwycięża opcja numer dwa. Przy Łazienkowskiej – w roli piłkarza i trenera – spędził 15 lat, rozegrał 404 mecze i strzelił dziewięć goli – oto wizytówka jednego z najlepszych obrońców w historii Wojskowych.

Jacek Zieliński – urodzony 10 października 1967 roku w Wierzbicy – spędził przy Łazienkowskiej prawie całe sportowe życie i dziś uznawany jest za jedną z ikon warszawskiego klubu. Uważany jest za zawodnika lojalnego, dla którego Legia nigdy nie była przystankiem w piłkarskiej karierze. „Zielek” zajmuje też miejsce w pierwszej trójce, jeśli chodzi o liczbę rozegranych spotkań w Legii w całej historii klubu – wyprzedzają go jedynie Lucjan Brychczy oraz Kazimierz Deyna. Do tego wszystkiego doszedł tytaniczną pracą, przerywaną jednak często przez poważne kontuzje. Nigdy nie był piłkarskim wirtuozem, lecz jego solidność doprowadziła do tego, że przez długi czas był jednym z najlepszych obrońców – zarówno w klubie, jak i w reprezentacji. Przy Łazienkowskiej grał do 37 roku życia.

 

W Legii znalazł się trochę z przypadku. W roku 1992 przyjechał niejako przy okazji, razem z napastnikiem Pegrotouru Dębica Januszem Hubertem-Kopciem, który jednak kariery w barwach Wojskowych nie zrobił. Zieliński został za to na lata. „Pamiętam, że wiosną 1992 roku złapałem kontuzję i miałem przerwę w grze. Na boisko wróciłem jesienią i wówczas zainteresowała się mną Legia. Decyzja była prosta. Wiadomo, gra w Legii może być tylko zaszczytem, a w takich przypadkach się nie odmawia. Perspektywy piłkarskiego rozwoju były ogromne. Poza tym w Pegrotourze nie było pieniędzy i w klubie bardzo liczono na przypływ gotówki, którą zapłaciłaby za mnie Legia. Co do pakietu z Hubertem Kopciem, to wiele o tym słyszałem. Niestety, nie znam szczegółów rozmów, jakie toczyły się pomiędzy klubami i na jakiej zasadzie powstał ów pakiet. Wiem natomiast, że Legia szukała stopera i oprócz mnie kandydatem był niejaki Tyburski ze Stali Mielec. W rezultacie to ja znalazłem się na Łazienkowskiej i był to dla mnie trafny wybór” – wspominał po latach w rozmowie z NL Jacek Zieliński.

 

W Warszawie trafił jednak na – delikatnie mówiąc – nie najlepszy okres. Rok po pasjonujących meczach z Sampdorią Genua oraz Manchesterem United drużyna Krzysztofa Etmanowicza w pewnym momencie broniła się nawet przed spadkiem. Pegrotour Dębica, z którego przyszedł do Warszawy, był wówczas w tabeli... wyżej niż Legia. Ekipa z Zielińskim w składzie pokazała jednak charakter i wyszła z tarapatów obronną ręką. W kolejnym roku, po solidnych wzmocnieniach i przejęciu zespołu przez Janusza Wójcika, walczyła w lidze o mistrzostwo. Z samym szkoleniowcem „Zielek” miał jednak dość szorstkie relacje. „Nie powiem, że się stawiałem, ale byłem butny i broniłem własnego zdania. Moje relacje z trenerem Januszem Wójcikiem były różne. W Katowicach, podczas meczu z GKS-em zaistniała sytuacja, że mu podpadłem, ponieważ za jakieś nieudane zagranie w swoim stylu próbował mnie op... Wówczas się postawiłem i tak odpysknąłem, że poszedł mu 'dym uszami'. Oczywiście, nie obyło się bez wychowawczej rozmowy, ale nasze późniejsze relacje były całkiem poprawne. On na mnie nie krzyczał, a ja się mu nie stawiałem” – wspominał w NL.

 

Połowa lat 90. to już Wielka Legia z ostoją defensywy Jackiem Zielińskim w składzie, choć w roku 1993 mistrzostwo Legii odebrał PZPN. „Mistrzostwo Polski zdobyliśmy rok później w cuglach, tylko w dwumeczu z Hajdukiem nam nie wyszło. Dobrze, że nikomu nie przyszło do głowy, by po tej porażce rozpędzić dotychczasowe towarzystwo na cztery wiatry i rozpoczynać ponowne budowanie drużyny. W związku z tym, że w kolejnym sezonie nikt z Legii nie odszedł, a nawet zostaliśmy wzmocnieni, to dało nam szansę na sukces. Dzięki temu obroniliśmy tytuł i z powodzeniem walczyliśmy o awans do Ligi Mistrzów UEFA, by w fazie grupowej odnieść sukces, awansując aż do ćwierćfinału tych elitarnych rozgrywek. To była ekipa do tańca i różańca, ale my wcale się nie kochaliśmy. Potrafiliśmy zabalować, ale nie przesadzaliśmy. Zdarzały się kłótnie. Nie chodziliśmy jak w przedszkolu za rączkę, z tego nie ma wyników. Niech nikt nie wierzy, że samą atmosferą zdobywa się sukcesy. Do tego potrzeba dobrych zawodników, trzeba mieć kapelę, a atmosfera sama się wytworzy” – wspominał na łamach Naszej Legii.

 

„Zielek” zdobywał więc z Legią kolejne tytuły, puchary, awansował także do UEFA Champions League. Po wspaniałej przygodzie w Europie zespół jednak nie poszedł za ciosem. Opuściło go kilku kluczowych zawodników, którzy wyjechali do zachodnich klubów. On sam także otrzymał propozycję z tureckiego Besiktasu Stambuł, ale zdecydował się pozostać w Warszawie. Dodajmy – jako jeden z niewielu. W nagrodę za tę decyzję właściciel klubu Janusz Romanowski przedłużył z nim umowę na warunkach… gorszych niż te, które otrzymał po przyjściu z Dębicy. „Zielek” oznajmił więc, że tak czy inaczej zostanie przy Łazienkowskiej, ale nie będzie grał za jałmużnę. Przez kilka miesięcy grał bez ważnego kontraktu. Prezes w końcu go docenił i ostatecznie zgodził się na jego warunki. Po latach przyznał, że pieniądze jakie oferowali mu Turcy, były... kilkanaście razy większe niż te, które zarabiał w Legii. Nieco poważniejszych pieniędzy w końcu Zieliński w Legii doczekał, gdy w klubie pojawił się nowy sponsor. „Po przyjściu Koreańczyków warunki w Legii trochę się poprawiły. Przynajmniej na początku byli hojni i nie było problemów z podpisywaniem przyzwoitych kontraktów. Natomiast z wynikami było średnio. Za kadencji Daewoo, w sezonie 1996/1997 zdobyliśmy wicemistrzostwo Polski, Puchar Polski i Superpuchar. Sukces z Legią nie był dla nich niezbędny, ponieważ klub traktowali bardziej marketingowo” – wspominał po latach legionista.

 

Później były jeszcze propozycje transferu do Auxerre czy Olimpique Lyon, obrońca postanowił jednak trwać na posterunku do końca swojej kariery, stając się coraz bardziej doświadczonym i... coraz bardziej niezastąpionym stoperem. Mówiono o nim, że jest jak wino – im starszy, tym lepszy. „Przed meczem z GKS Katowice Tadek Fogiel powiedział mi, że będą mnie obserwować wysłannicy z Francji, prosząc przy okazji, bym zademonstrował coś z gry ofensywnej. Było to trochę trudne do realizacji, ponieważ zadania miałem mocno defensywne, a dla samego kontraktu nie chciałem robić czegoś kosztem zespołu. Dlatego od razu powiedziałem, że takich rzeczy robił nie będę i nawet nie wiem, jak to się dalej potoczyło. Zostałem w Legii i tyle” – wspominał Zieliński. Także dlatego do dziś cieszy się szacunkiem warszawskich kibiców.

 

Po przejęciu klubu przez kolejnego nowego właściciela obrońca Legii zakończył grę w piłkę. Ostatni mecz zagrał 11 czerwca 2004 roku – z GKS-em w Katowicach. Przez 13 lat kapitan Legii rozegrał w jej barwach 404 mecze, w których strzelił dziewięć goli. Przy Łazienkowskiej przeżył 10 trenerów, będąc cały czas piłkarzem, któremu ufali szkoleniowcy. Po zakończeniu piłkarskiej kariery wraz z Krzysztofem Gawarą objął stanowisko pierwszego trenera. Większego sukcesu jednak nie osiągnął. Po nim drużynę przejął Dariusz Wdowczyk, który – wraz z asystentem Zielińskim – sięgnął po mistrzostwo kraju. Rok później nasz bohater ponownie został trenerem stołecznego klubu, ale po raz kolejny tylko tymczasowym. „Okres kariery piłkarskiej był najprzyjemniejszy. Gdy przegrałem mecz jako zawodnik, a wiedziałem, że na boisku dałem z siebie wszystko, mówiłem krótko – to jest sport, rywal był lepszy. Natomiast, kiedy przegrywałem jako trener, ciągle trapiła mnie myśl – co zrobiłem źle, czego nie przewidziałem, a co mogłem zrobić lepiej? Tu jest ta różnica” – mówił w NL „Zielek”, trzykrotny Mistrz Polski (1994, 1995, 2002), trzykrotny zdobywca krajowego pucharu (1994, 1995, 1997) oraz członek klubu wybitnego reprezentanta Polski (60 występów w kadrze).

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 229
PLN
Cena 299
PLN
Cena 99
PLN