Legia Warszawa
vs Wisła Płock
Czas do meczu
Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2016-11-10 20:30:00

Prawda czasu – Mariusz Piekarski

Autor: Janusz Partyka Fot. Janusz Partyka, Włodzimierz Sierakowski, Adam Polak/Archiwum Legii
Piłkarską karierę zakończył w wieku 28 lat. Kontuzja nie pozwoliła mu dalej bawić się piłką. W sumie bawić, bo nie dość że umiejętności miał znakomite, to gra w piłkę zwyczajnie sprawiała mu radość. Sprawiała także kibicom, którzy mieli możliwość podziwiać jego nietuzinkowe umiejętności. Część futbolowego życia spędził w Brazylii, gdzie grał w jednej drużynie razem z mistrzem świata Romario. Potem wyjechał do Francji, by w końcu trafić na Łazienkowską. Po zakończeniu kariery Mariusz Piekarski nadal pracuje w piłce i czerpie z tego radość i korzyści.

Mariusz Piekarski urodził się 22 marca 1975 roku w Białymstoku. Ten niezwykle utalentowany pomocnik swoje pierwsze piłkarskie kroki stawiał w Jagiellonii, która wówczas nazywana była kuźnią piłkarskich diamentów. Z klubem z Podlasia sięgnął po mistrzostwo Polski do lat 19, a jako siedemnastolatek zadebiutował w ekstraklasie. W roku 1994 odszedł do gdańskiej Polonii, a następnie Zagłębia Lubin. W obydwu klubach był wyróżniającym się piłkarzem. Wyróżniającym na tyle, że przekładało się to na regularne powołania do młodzieżowych reprezentacji Polski, a także zwróciło uwagę menadżerów poważnych zachodnich klubów. „Od kiedy pamiętam wiedziałem jedno, że chcę być właśnie piłkarzem. Piłka przysłaniała mi wszystko. Z wypiekami na twarzy oglądałem mecze w telewizji, podziwiając Diego Maradonę. Postanowiłem, że też będę grał i gdyby nie czas na sen, już jako dziecko mógłbym uganiać się za piłką przez całą dobę. Od 20 roku życia, kiedy zaczynałem na poważnie grać w piłkę, zapytany przez brazylijskich dziennikarzy co będę robić po zakończeniu piłkarskiej kariery, odpowiedziałem – będę menedżerem” – mówił w jednym z wywiadów dla „Naszej Legii”.

 

U progu sezonu 1996/1997 wybuchła prawdziwa transferowa bomba. Mariusz Piekarski dość niespodziewanie – wraz z innym wielkim talentem Krzysztofem Nowakiem – przeszedł do brazylijskiego Atletico Paranaense. W tamtejszej I lidze zadebiutował 31 sierpnia 1996 roku – z nie byle kim, bo w spotkaniu z wielkim Flamengo. „Piekario” w meczu rozgrywanym na słynnej Maracanie należał do najlepszych graczy ekipy ze stanu Parana. „W moim debiucie przegraliśmy z Flamengo po bramce Bebeto 0:1. Nie będę udawał kozaka. Faktem jest, że gdy wybiegłem na murawę ogromnej, kipiącej niczym wulkan Maracany, ciarki przeszły mi po plecach. Czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Przede wszystkim dotychczas nie grałem na takiej murawie, w obecności około dwustutysięcznej widowni. Moimi rywalami byli wówczas osławieni tytułami mistrzów świata Romario i wspomniany Bebeto. Satysfakcję z tego występu miałem ogromną, w dodatku zagrałem bardzo dobry mecz, po którym chwalił mnie trener rywali. Był w szoku, pytając na konferencji prasowej: skąd Polak ma taką technikę użytkową do gry kombinacyjnej?” – wspomina dalej w NL legionista.

 

Dzięki kilku zdobytym bramkom oraz znakomitym występom w Kurytybie, w 1997 roku polski pomocnik opuścił Atletico i został piłkarzem wspomnianego Flamengo – wówczas rekordzisty pod względem liczby tytułów mistrzowskich w Brazylii. W zespole tym jego kolegą był m.in. wspomniany mistrz świata z 1994 roku - Romario. „W szatni dostałem szafkę obok niego. Koledzy jakoś wybierali inne miejsca, jedyna wolna była obok Romario. Raczej miałem ściśnięte pośladki, żeby przypadkiem go nie trącić. Nie przypominam sobie, żeby Romario zachowywał się jak gwiazdor, choć na treningi słynny Brazylijczyk latał helikopterem, aby unikać korków. Nie wywyższał się, tylko zachowywał jak jeden z nas. W szatni pierwszy do mnie zagadał. Nie wiem dlaczego, ale witał mnie słowami: 'Polak, dobra krew'” - przyznał po latach w jednym z wywiadów. „Rubro-Negro” w czterozespołowej grupie zajęli drugie miejsce, ulegając jedynie Vasco da Gama, które wówczas wywalczyło tytuł mistrzowski. W Kraju Kawy poślubił także swoją pierwszą żonę – Miss Brazylii Kelley Giovannę – a uroczystość śledziła wówczas cała Brazylia. Ale to już przebrzmiała historia, o której sam piłkarz nie chce pamiętać.

 

W mieście położonym u stóp Głowy Cukru nie pograł przesadnie długo. W styczniu 1998 roku pomocnik przeniósł się do małego III-ligowego klubu EC Mogi Mirim EC w stanie Sao Paulo, by pół roku wrócić do Europy. Kolejnym przystankiem w karierze okazała się francuska Bastia. To miał być dla niego krok w przód. Tak się jednak nie stało. Po roku gry na Korsyce Piekarski zdecydował się na powrót do ojczyzny i podpisał trzyletni kontrakt z Legią. „Miałem propozycje z Brazylii i jednego klubu z Francji. Zastanawiałem się więc co robić. Ponieważ nigdy nie byłem łasy na pieniądze i nigdy nie sądziłem się z żadnym klubem, zrezygnowałem z należności od Bastii, spakowałem się i przyjechałem do Warszawy. Chociaż otrzymałem jeszcze wstępną ofertę z Wisły Kraków, nie traktowałem jej poważnie, ponieważ z góry założyłem, że po powrocie do kraju mógłbym grać tylko w Legii” – wspominał po latach „Piekario”.

 

Z „eLką” na piersi zadebiutował natychmiast – 29 sierpnia 1999 roku w spotkaniu z Wisłą w Płocku. „Nie kombinujcie, bo od myślenia jestem ja. Wy tylko biegajcie do piłek, które rzucę wam na nos” – powiedział do kolegów z drużyny tuż po przyjeździe do stolicy. Trzeba mieć nie lada tupet, by akurat tak się przywitać, ale Piekarski miał do tego poważny mandat – piłkarską przeszłość i umiejętności. Po latach przyznał jednak, że był to tylko żart, na który mógł sobie pozwolić z racji tego, że z wieloma kolegami znał się już wcześniej z meczów kadry. W Warszawie czuł się więc jak ryba w wodzie. Szybko zaskarbił sobie akceptację w legijnej szatni i na trybunach przy Łazienkowskiej. Gdy wychodził na boisko, można było dostrzec w nim piłkarskiego wirtuoza. Zabrakło tylko zdrowia i powtarzalności. W Warszawie Piekarski stał się piłkarzem dość chimerycznym, ale i tak dawał drużynie jakość. „Taki talent rodzi się raz na kilkadziesiąt lat. On może nogą wiązać krawaty” – mówił o Piekarskim jego były trener Andrzej Strejlau.

 

W 2002 roku zdobył z ekipą Wojskowych mistrzostwo Polski oraz Puchar Ligi. Łącznie w klubie z Łazienkowskiej wystąpił w 60 spotkaniach, w których zdobył pięć bramek. Dużo to czy mało? Zapewne zarówno sam zawodnik, jak i fani Legii apetyty mieli dużo większe. „W Legii się nie spełniłem. Na początku wydawało się, że będzie fajnie. Byłem przekonany, że trafiłem w dobre miejsce. Zainteresowanie Legią było bardzo duże, atmosfera na meczach rewelacyjna, chociaż czasami bywało bardzo gorąco. Wiedziałem, że Legia była doskonałym klubem na odbudowanie się po kontuzji. Liczyłem, że forma będzie zwyżkować, szczególnie po przyjściu trenera Franciszka Smudy. Szkoleniowiec dał mi w grze wolną rękę i praktycznie za jego kadencji moja forma eksplodowała. Niestety, w meczu ze Stomilem Olsztyn przytrafiła mi się kontuzja zerwania wiązadeł krzyżowych. Po pół roku wróciłem do gry, pograłem trzy miesiące i... poszły mi kolejne wiązadła wraz z łąkotką” – wspomina wyraźnie rozczarowany zawodnik. Po trzech latach odszedł ostatecznie z klubu, ostatnie spotkanie rozgrywając 22 kwietnia 2002 roku – mistrzowskie z Odrą Wodzisław przy Łazienkowskiej. Piłkarską karierę zakończył w roku kolejnym w cypryjskim Anorthosis Famagusta, z którym na pożegnanie z poważną piłką zdobył jeszcze krajowy puchar.

 

Mariusz Piekarski to niewątpliwie piłkarz o wielkim talencie, wspaniałych umiejętnościach technicznych i boiskowej fantazji. Zakończył przygodę z piłką w wieku zaledwie 28 lat, mając na koncie dwa występy w reprezentacji Polski. Kontuzje i ciągłe problemy zdrowotne nie pozwoliły mu zostać zawodnikiem z europejskiego topu. W 2006 roku rozpoczął działalność menadżerską, czym para się do dziś. W wieku 41 lat nadal jest więc blisko piłki. I choć nie jest już czynnym piłkarzem, nadal czerpie z niej radość i korzyści.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 229
PLN
Cena 299
PLN
Cena 99
PLN