Legia Warszawa
vs Termalica
Czas do meczu
Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2016-02-17 20:00:00

Prawda czasu - sędziowie

Autor: Janusz Partyka Fot. Janusz Partyka, Mateusz Kostrzewa, Jacek Prondzynski, Eugeniusz Warmiński / Archiwum Legia
W przeciągu dekad zmieniali się piłkarze i sama dyscyplina. Zmieniały się również przepisy, a istną transformację przechodzili także sędziowie. Zmieniał się sposób prowadzenia meczu, interpretacja boiskowych wydarzeń oraz ubiór. Siłą rzeczy latami obserwowaliśmy to przy okazji meczów Legii, czego dajemy dowód w trzecim odcinku cyklu ''Prawda czasu''.

W piłce funkcjonuje powiedzenie, że najlepszy arbiter to taki, którego nie widać. Sędziowie jednak niejednokrotnie znajdują się w centrum uwagi, a w dobie dzisiejszych mediów i wszechobecnych kamer, ich decyzje momentalnie weryfikowane są przez widzów. Zawód sędziego to praca niezwykle odpowiedzialna, stresująca i niewdzięczna. Do tego stopnia, że dziś część fachowców zastanawia się, czy został jeszcze jakiś sport, którego sędziowie... nie potrafią zepsuć.

 

„Najważniejszą cechą każdego sędziego musi być bezstronność, gdyż bez niej mecz nie może zostać dobrze przeprowadzony. Składnikiem, który w największym stopniu decyduje o poziomie sędziowania jest znajomość i umiejętność stosowania przepisów gry. Innym ważnym elementem postawy sędziego w sportach drużynowych takich jak piłka nożna jest kondycja fizyczna. Odporność psychiczna sędziego musi być ogromna, gdyż cały czas poddawany jest presji ze strony rywalizujących drużyn” – definiuje sylwetkę arbitra wikipedia.

 

W polskiej ekstraklasie sędziów jest czterech – główny, dwóch asystentów oraz sędzia techniczny. Ale są wyjątki, bowiem raz na jakiś czas PZPN desygnuje na mecz także arbitrów bramkowych. Ustalenia w niższych klasach rozgrywkowych są różne w zależności od WZPN. Na przykład na poziomie C-klasy jest jedynie sędzia główny, który do pomocy dostaje tzw. sędziów przygodnych – po jednym z każdej drużyny. Co kraj, to obyczaj...

 

Na przełomie lat zmieniała się natomiast rola sędziów, a także techniczne możliwości prowadzenia przez nich zawodów. Niegdyś rozjemcy bardzo często byli (chcieli być?) głównymi aktorami widowisk, co miało odzwierciedlenie na trybunach. Często niespełnieni piłkarze stawali się boiskowymi rozjemcami. W latach 80. „ulubieńcem” trybun przy Łazienkowskiej był rudowłosy Roman Kostrzewski z Bydgoszczy. Arbiter często gościł przy Łazienkowskiej, dawniej bowiem liczba sędziów w ekstraklasie była o wiele skromniejsza niż teraz. Był arbitrem charakterystycznym, gwizdał z uśmiechem na ustach, był często spóźniony za akcją z powodu lekkiej nadwagi (niegdyś przepisy względem sędziów nie były tak rygorystyczne jak teraz). Nieco później „jego rolę przejęli” tacy arbitrzy jak Aleksander Suchanek, Piotr Werner, Ryszard Wójcik czy Robert Małek, ale to już temat na zupełnie inne opowiadanie.

 

Dziś także sędziowie nie mają łatwego życia. Presja trybun, mediów i samych zawodników jest ogromna. Do tego dochodzi szybsza i bardziej kontaktowa gra, która często nie pomaga w ocenie boiskowych zdarzeń. Stąd częste pomyłki przy kluczowych spalonych, zamierzonych faulach czy niesportowym zachowaniu piłkarzy. Łatwiej jest o tyle, że dziś arbitrzy dysponują nową technologią – zarówno radiową jak i telewizyjną – umożliwiającą stały kontakt i możliwość konsultacji w większym gronie, będąc w samym centrum wydarzeń. Wielką rolę spełniają sędziowie techniczni, którzy mają często wgląd w monitor, który w najdrobniejszych szczegółach potrafi pokazać przewinienia piłkarzy.

 

Dawniej – za czasów naszych dziadków – na stadionach na arbitra źle wykonującego swoją pracę wołano z trybun „sędzia kalosz”. Dziś to stwierdzenie nieco archaiczne. Trybuny posunęły się o wiele dalej... Okazuje się jednak, że owe określenie wywodzi się nie z aren piłkarskich, a z meczów hokeja na lodzie i liczy sobie prawie 90 lat. Podczas II mistrzostw świata w hokeju na lodzie w Krynicy w 1931 roku Polacy rozgrywali ważny mecz z Czechosłowacją o mistrzostwo Europy. Na lodowisku nie przebierano w środkach, a kiedy belgijski sędzia Andre Poplimont – zamiast Czecha Josefa „Pepiego” Malecka – z gry usunął przez pomyłkę Polaka, z trybun poleciał na lód kalosz, którego długo nikt nie usuwał. Od tamtej pory również na meczach piłkarskich na źle sędziującego arbitra zaczęto wołać właśnie „sędzia kalosz”.

 

W 1975 roku na ustach całej Warszawy był arbiter Aleksander Suchanek z Krakowa. Na stadionie przy ulicy Łazienkowskiej piłkarze trenera Andrzeja Strejlaua podejmowali Górnika Zabrze. Przez całą pierwszą połowę Kazimierz Deyna, który słynął z boiskowej elegancji i kultury gry, był niemiłosiernie poniewierany przez obrońców zabrzan, ale to wszystko uchodziło gościom bezkarnie i to na oczach arbitra Suchanka. W 70. minucie gry… z boiska wyrzucony został Kazimierz Deyna.

 

„Deynę pilnował Henryk Wieczorek, na co dzień czysto grający obrońca i... kolega Kazia z reprezentacji. Ale skuteczne pilnowanie 'Kaki' bez fauli było niemożliwe. Wieczorek też się tego nie ustrzegł, kopnął legionistę z tyłu i wówczas Deyna nie wytrzymał nerwowo. Powiedział coś w stronę arbitra, chwycił piłkę i rzucił nią w jego stronę. Za chwilę kopnął futbolówkę także w stronę Wieczorka. Karą dla Deyny była więc czerwona kartka, którą… legionista wyrwał sędziemu z ręki i cisnął o murawę. To jedyny taki przypadek w karierze 'Kaki' i szok dla kibiców. Reakcja mediów była natychmiastowa – cała winę zrzuciły na... sędziego” – opisywała sytuację NL. Żadna inna kartka, chyba nawet te wprowadzane w tamtych czasach na niektóre produkty spożywcze, nie odbiła się tak szerokim echem jak ta, którą otrzymał ówczesny idol warszawskich kibiców.

 

Jak widać nie jest więc łatwo być piłkarskim rozjemcą. Dziś w ekstraklasie sędziuje elita, wybrana z tysięcy arbitrów biegających z gwizdkiem po różnych klasach rozgrywkowych. Aby dotrzeć na sam szczyt, trzeba lat praktyki i to bez większych wpadek. Jednak również w ekstraklasie panowie sędziowie nie ustrzegają się błędów.

 

„Jak mówi popularne powiedzenie 'żadna praca nie hańbi'. Zgadzam się w zupełności, jednak pozostawia to małe niedopowiedzenie. Otóż praca może i nie hańbi, ale jej efekt może za haniebny zostać uznany. Szczególnie w tak ciężkim zawodzie jak sędzia piłkarski. (…) Nie śmiem twierdzić, że sędziowie są nieomylni i doskonali. Jednak czy są ludzie nie popełniający błędów? (…)  Przepisy znane na pamięć, liczne egzaminy (zarówno teoretyczne jak i biegowe), ciągłe szkolenia oraz doskonalenie umiejętności przypieczętowane naturalnym darem. To wszystko jest wymagane od sędziów najwyższej klasy. Aby temu podołać poświęcają całe swoje życie tej pasji. Kosztuje to wszystko bardzo wiele. Wierzcie mi, drodzy czytelnicy, ale to wszystko to jedynie drobnostki gdy spojrzy się na presję. Presję jaką każdy światowej klasy sędzia czuje przed każdymi zawodami. (…) Raz popełniony błąd może kosztować bardzo wiele. (...) Zmierzam do jednej istotnej sprawy – odrobiny szacunku i zrozumienia. Szacunku do trudu i odpowiedzialności, jaką podejmuje każdy sędzia prowadząc zawody. A zrozumienia - do faktu, iż błędy są w naturze ludzkiej” – pisze o pracy arbitra Mateusz Karasiński z portalu transfery.info. Cóż dodać...

 

Może tylko to , że zapraszamy do lektury naszych fotografii. Klikając w zdjęcie, zobaczycie je w większej rozdzielczości.

 

 

 

Przełom lat 50. i 60. W porównaniu z tym co oglądamy dziś, tamta piłka była... inną dyscypliną sportu. Więcej miejsca na boisku, wolniejsza i mniej kontaktowa gra powodowała, że sędziowie nie mieli tyle pracy co obecnie. Na zdjęciu fragment meczu Górnik Zabrze – Legia Warszawa. Z lewej stylowo ubrany w elegancki uniform arbiter.

  

 

Przed każdym meczem sędziowie oceniają stan murawy. Najczęściej jest to formalność, ale bywa tak, że muszą stwierdzić niezdatność boiska do gry. Obecne są one nieporównywalnie lepsze od tych, z jakimi sędziom i piłkarzom przychodziło się mierzyć w dawnych czasach (jak na zdjęciu z lat 50.). Nadal nie zawsze da się jednak na nich grać... 

 

 

Lata 60. to klasyki polskiej piłki, a i często „przegwizdane” mecze dla arbitrów. Konfrontacje Legii i Górnika Zabrze przez długie lata były najważniejszymi w ekstraklasie i zarazem... najtrudniejszymi do sędziowania. Arbitrom niełatwo było rozstrzygać starcia m.in. Andrzeja Zygmunta z Włodzimierzem Lubańskim czy widniejących na zdjęciu słynnych kapitanów: Stanisława Oślizły i Lucjana Brychczego. Kultura gry stała jednak wówczas na wyższym poziomie. 

 

 

Co by się stało, gdyby doszło do meczu drużyny, która grała w piłkę w latach 60., z drużyną z naszych czasów? Pytanie nie jest pozbawione sensu. Inaczej bowiem wyglądało wszystko – również sędziowanie i sami rozjemcy, którzy nie musieli być tak sprawni i wysportowani jak obecnie, zawsze bowiem nadążali za... niezbyt szybką akcją. 

 

 

Takie zdjęcia przechodzą na zawsze do historii. Kapitanowie Polski i Włoch – Kazimierz Deyna i Giacinto Facchetti – witają się z sędzią Hansem Joachimem Weylandem przed spotkaniem Polska – Włochy (2:1) na mistrzostwach świata w Niemczech '74. Polacy byli pewni awansu, lecz nie ułatwili zadania ani rywalom, ani sędziom. Zagrali na sto procent, nie odstawiali nogi, a ich wygrana sprawiła, że Włosi pożegnali się z mundialem. W tamtych czasach arbitrzy ubrani byli wyłącznie w czarne koszulki i... skórzane paski. Dziś sędziowska „moda” nie jest już aż tak radykalna. 

 

 

70. minuta spotkania Legia Warszawa – Górnik Zabrze (1:3) z 28 września 1975 r. Sędzia Aleksander Suchanek pokazuje Kazimierzowi Deynie jedyną w karierze legionisty czerwoną kartkę. Prasa winą za zaistniałą sytuację obarczyła arbitra z Krakowa. 

 

 

Jeden z najlepszych spotkań w historii warszawskiej Legii w europejskich pucharach. 22 października 1986 roku „wojskowi”, w obecności 22 tysięcy widzów, podejmowali przy Łazienkowskiej Inter Mediolan, którego ostatecznie zwyciężyli 3:2 (po golach Sikorskiego, Dziekanowskiego i Karasia). Drużyny wyprowadza na murawę sędzia Jose Miguel Perez z Hiszpanii. 

 

 

W drugiej połowie lat 80. jednym z „ulubieńców” trybun Stadionu Wojska Polskiego, był arbiter z Bydgoszczy Roman Kostrzewski. Na zdjęciu w towarzystwie legionistów: Leszka Pisza, Dariusza Wdowczyka i Stanisława Terleckiego. 

 

 

Tu dzieje się historia. 13 września 1995 roku Legia na własnym boisku podejmowała Rosenborg Trondheim w pierwszym w historii polskiej piłki nożnej spotkaniu Ligi Mistrzów. Legia zwyciężyła 3:1 po dwóch golach Leszka Pisza i trafieniu Ryszarda Stańka. Na środku boiska kapitanowie drużyn – ze strony Legii Leszek Pisz – i sędzia główny A. Poruboiu z Rumunii. 

 

 

W jednym z najdziwniejszych spotkań w historii polskiej ligi (20 czerwca 1993 roku Legia pokonała w Krakowie Wisłę 6:0 i zdobyła mistrzostwo, później odebrane), sędzia nie odegrał pierwszoplanowej roli. Marian Dusza nieprawidłowości się nie dopatrzył, stwierdził jedynie, że bramki były ładne. 

 

 

Niekiedy warunki pracy sędziów są skrajnie trudne. Podczas spotkania w ramach rozgrywek o Puchar Polski Jagiellonia – Legia w Białymstoku, na trybunach za plecami Marka Jóźwiaka i sędziego asystenta nie było zbyt spokojnie. Sytuacji w rezultacie nie udało się opanować i w 80. minucie mecz – przy stanie 2:0 dla Legii – przerwano. Warszawskiej drużynie przyznano ostatecznie w tym meczu walkower. Wraz ze wzrostem standardów naszych stadionów, takich sytuacji jest w Polsce coraz mniej.

  

 

23 października 2004 roku, w 75. minucie meczu o PP Pogoń Szczecin – Legia, sędzia Zbigniew Marczyk (zdyskwalifikowany kilka lat później za korupcję) usuwa z boiska napastnika „wojskowych” Marka Saganowskiego. Kwadrans wcześniej z boiska wyleciał inny legionista Tomasz Sokołowski II, a Legia ostatecznie przegrała spotkanie 0:3 i odpadła z dalszych gier. Najwięcej czerwonych kartek w historii klubu z Ł3 uzbierał Marek Jóźwiak (pięć).

 

 

 

Sędziowanie ma skrajnie różne oblicza. W niższych ligach i meczach sparingowych (na zdjęciu „międzynarodowa trójka sędziowska” przed towarzyskim spotkaniem piłkarskim w Orzyszu z udziałem Legii II) ich zadanie bywa nawet trudniejsze. Wielokrotnie też się zdarza, że do regulaminowego składu sędziowskiego trzeba dobrać kogoś z trybun. I kto powie, że gwizdanie to łatwy kawałek chleba? 

 

 

Pomyłki sędziów potrafią wyraźnie wpłynąć na przebieg i rezultat piłkarskiego meczu. W tym przypadku sędzia Robert Małek (również zdyskwalifikowany w słynnej przed laty aferze korupcyjnej), do którego słuszne pretensje miał nie tylko Miroslav Radović. W meczu Lech - Legia w 2011 roku, arbiter nie wyrzucił z boiska bramkarza gospodarzy Krzysztofa Kotorowskiego mimo, że ten ewidentnie sfaulował poza polem karnym legionistę Manu (przy stanie 0:0). Legia nie zyskała zasłużonej przewagi i ostatecznie przegrała 0:1. W takich momentach ciężko zrozumieć, w jakim celu sędziowie noszą na sobie tę całą elektronikę... 

 

 

Nie wiadomo, kto przed meczami na stadionie przy Łazienkowskiej denerwuje się bardziej – piłkarze, sędziowie, czy dzieci wyprowadzające zawodników na boisko. W oczekiwaniu na tych ostatnich w tunelu, zawsze jest czas na krótką pogawędkę i rozładowanie napięcia. w listopadzie 2011 roku o dobrą atmosferę zadbał sędzia Tomasz Musiał. Ostatecznie to tylko sport... 

 

 

Sędziowie często muszą mierzyć się nie tylko z presją trybun i zawodników, ale także zdenerwowanych zazwyczaj szkoleniowców. Ówczesny trener Legii Maciej Skorża regularnie wdawał się w dyskusje z arbitrami. Na zdjęciu „suszarka” dla sędziego Roberta Małka. Maciej Rybus zapewne był pod wrażeniem werbalnego przekazu szkoleniowca.

  

 

Klatka z meczu Legii z PSV Eindhoven w Lidze Europy, który odbył się 30 listopada 2011 roku. Spotkania o europejskie puchary, szczególnie te w fazie grupowej, prowadzą najlepsi sędziowie na starym kontynencie. Koncentracja i odporność na stres, to cechy w tym fachu niezbędne. Nie jest łatwo pracować na linii, gdy twoją pracę z bliska i na żywo ocenia 30 tys. fanów, w tym część tuż za plecami. W takich przypadkach określenie „zawiadowca stacji” jest najłagodniejszym, które mogą usłyszeć z ust kibiców arbitrzy biegający z chorągiewką...

  

 

Eksperyment w sezonie 2013/2014 polegał na tym, że wybrane mecze w polskiej lidze sędziowali arbitrzy z Azji. W przypadku Legii miało to miejsce w konfrontacjach z Lechem Poznań i Podbeskidziem Bielsko-Biała. Na zdjęciu Yudai Yamamoto z Japonii przed tym drugim spotkaniem przy Łazienkowskiej (3 sierpnia 2013 roku) w towarzystwie młodego adepta piłkarskiej akademii. Legia wygrała 4:0 a arbiter gwizdał z uśmiechem na ustach.

 

 

 Tomasz Musiał w roli rozjemcy Jakuba Koseckiego i Sebastiana Ziajki podczas meczu Zawiszy z Legią (1:2), który odbył się 26 października 2014 roku w Bydgoszczy. Adrenalina często daje znać o sobie, a rolą sędziów jest niedopuszczenie do regularnej bijatyki. W tym przypadku się udało, ale nie zawsze stanowcze interwencje przynoszą oczekiwany skutek.

  

 

Fragment spotkania Legii z SSC Napoli w Lidze Europy jesienią 2015 roku. Sędzią głównym tego meczu był 40-letni Grek Michalis Koukoulakis. Co ciekawe, jednym z jego asystentów była kobieta – Chryssoula Kourobylia, która na co dzień jest arbitrem liniowym w greckiej superlidze. Coraz więcej przedstawicielek płci pięknej łagodzi obyczaje na piłkarskich boiskach w Europie.

 

 

Arbitrzy prowadzący mecze brazylijskich mistrzostw świata w 2014 roku wyposażeni byli w pojemniki ze sprayem, którym wyznaczali na boisku białą linię przy ustawianiu muru złożonego z zawodników drużyny broniącej się przed rzutem wolnym. Używana do tego celu pianka do golenia w sprayu składa się z nieszkodliwych dla zdrowia substancji, które po 90-120 sekundach przestają być widoczne dla oka. „Moda” zadomowiła się także na polskich boiskach, ale dziś wydaje się być w odwrocie.

   

 

Ostatni mecz przy Łazienkowskiej, to konfrontacja z Jagiellonią Białystok (4:0). Sędzia Tomasz Musiał odgwizdał kolejny faul na poniewieranym niemiłosiernie Brazylijczyku Guilherme. Legionista jest najczęściej faulowanym zawodnikiem w całej lidze, więc arbitrzy mają zazwyczaj pełne ręce roboty. Filigranowy pomocnik nie pozostaje jednak dłużny często grając także na granicy przepisów. Taki dziś jest cały futbol.

 

 

 

Następny odcinek "Prawdy czasu" już za tydzień w środę!

 

Sprawdź poprzednie odcinki cyklu


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 229
PLN
Cena 299
PLN
Cena 99
PLN