Legia Warszawa
vs Rangers F.C.
Czas do meczu
Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2015-02-02 17:01:00
Newsletter

Masłowski: To jakaś totalna masakra!

Autor: Krystian Grzelak Fot. Mateusz Kostrzewa
- Teraz jestem tutaj, w Legii Warszawa. Nigdy się tego nie spodziewałem. Nie pokuszę się nawet o stwierdzenie, że to spełnienie marzeń, bo nie miałem nawet śmiałości, by marzyć o czymś takim. Biorę garściami to, co daje mi los. Taki piłkarski kopciuszek - mówi w rozmowie z legia.com Michał Masłowski, który w najbliższym czasie zostanie nowym piłkarzem Legii.

legia.com: Pierwsze chwile z drużyną już za Tobą. Jak wrażenia?

Michał Masłowski: - Nie mam na co narzekać, naprawdę. Wszyscy przyjęli mnie bardzo dobrze, każdy wydaje się nastawiony pozytywnie, więc oby tylko tak dalej. Z kilkoma chłopakami znałem się już wcześniej, bo spotkaliśmy się na zgrupowaniach reprezentacji. Innych poznałem na boiskach Ekstraklasy. Do kogo bym się nie odezwał, zawsze mogę liczyć na wskazówki czy drobne porady. Nie odczuwam więc żadnego dyskomfortu.

 

Szczególnie pomocny jest Igor Lewczuk?

- Wiadomo, że mamy bardzo dobry kontakt, w końcu trochę ze sobą już przeżyliśmy w Bydgoszczy... Jestem mu za to wdzięczny, ale mogę liczyć też na pozostałych chłopaków.

 

Można powiedzieć, że... nareszcie. Twoje nazwisko w kontekście transferu do Legii odmieniano już przez wszystkie przypadki.

- To prawda, trochę już się o tym pisze. Ale powiem ci, że jeśli chodzi o samą finalizację transferu, to wszystko wydarzyło się nagle. Przyznam, że jestem nieco w szoku, bo znam sytuację i wiem, że prezes Zawiszy był zwolennikiem mojego pozostania w Bydgoszczy. Sprawa się jednak jakoś rozwiązała, dzięki czemu możemy teraz tu rozmawiać.

 

Co ten transfer znaczy dla Ciebie?

- Moja dotychczasowa kariera i ten krótki epizod w Ekstraklasie przebiegała na zasadzie "step by step". Wchodziłem na kolejne poziomy krok po kroku, nie robiąc wielkich, znaczących przeskoków. Warszawa jest następnym z nich. Znów jestem ten szczebel wyżej.

 

Ty od początku byłeś zdecydowany, żeby przejść do Legii?

- Wiesz, każdy zdaje sobie sprawę, jaka konkurencja panuje przy Łazienkowskiej. Gdyby do transferu mogło dojść pół roku temu, niewykluczone, że bym się jeszcze wstrzymał. Głównie przez moją sytuację zdrowotną, której rozwiązanie i pozytywne zakończenie było dla mnie priorytetem. Nie chciałem się pchać na głęboką wodę, nie mogąc jeszcze do końca sprawnie pływać. Teraz jest zupełnie inaczej. To dobry czas i moment na ten ruch.

 

Gdyby nie ta kontuzja...

- No właśnie, trochę krwi mi napsuła... Przez bardzo długi czas był problem z właściwym zdiagnozowaniem urazu. Dopiero doktor Jaroszewski potraktował mnie jak syna i pomógł mi w wyleczeniu tej kontuzji, za co będę mu wdzięczny do końca życia.

 

Często pojawiałeś się przy Łazienkowskiej. Prawie jakby Legia była Twoim drugim klubem.

- Dokładnie. Leczyłem się u doktora Jaroszewskiego, a rehabilitację przechodziłem u Pawła Bambra. Poczułem więc smaczek tego klubu, taką namiastkę kilka miesięcy temu. I już wtedy Legia zrobiła na mnie duże wrażenie.

 

Za pomoc podziękowałeś Legii także po meczu, kiedy zaprezentowałeś okolicznościową koszulkę.

- Poczułem taką potrzebę, by podziękować nie tylko osobiście, poprzez rozmowę, ale także poprzez ten gest. Gdyby nie osoby z Legii, nigdy nie dostałbym szansy leczenia się na obiektach przy Łazienkowskiej. Chciałem pokazać, że są jeszcze na świecie kluby i osoby, które zupełnie bezinteresownie potrafią pomóc drugiemu człowiekowi, nawet z innej drużyny.

 

Szczególnie znacząco brzmią słowa o tym, że doktor Jaroszewski potraktował Cię jak syna.

- Taka jest prawda. Jeździłem po całej Polsce i szukałem diagnozy moich problemów. W końcu znalazł się taki człowiek jak on i w wielkim stopniu przyczynił do postawienia mnie na nogi. Dosłownie i w przenośni.

 

I to do tego stopnia, że aż wybiegałeś sobie transfer do Legii i kontrakt do połowy 2019 roku. Nie pamiętam, żeby ktoś ostatnio podpisał dłużej obowiązującą umowę.

- Dowiedziałem się o transferze praktycznie na samym końcu. Rozmowy były prowadzone niemal bez przerwy, ale od nich do finalizacji to jeszcze długa droga. Kluczowe decyzje zapadły chyba w kilka dni i ja dowiedziałem się o nich jako prawie ostatnia osoba. Kiedy Legia przedstawiła mi kontrakt, nie miałem do niego żadnych zastrzeżeń. Zależało mi na tym, żeby zrobić krok do przodu i przenieść się do Warszawy. Uważam, że postąpiłem najlepiej jak się da.

 

Jedną z najgłośniej omawianych kwestii jest kwota Twojego transferu. Jak się czuje jeden z najdroższych - według mediów - piłkarzy w historii polskiej ligi?

- Nie wiem dokładnie, ile to w końcu wyszło. Naprawdę, nie mam pojęcia, na czym stanęło w rozmowach pomiędzy klubami.

 

Serio?

- Serio, serio. Nawet nie chcę wiedzieć. A nawet jeśli to byłaby prawda, to jak się czuję? W sumie normalnie... Nie czuję się nie wiadomo jak. Cieszę się, że się udało, bo wiadomo, że transfery to delikatny temat i w momencie wszystko może odwrócić się do góry nogami. Dla mnie to wielki krok naprzód. W końcu trafiłem do miejsca, w którym grają najlepsi piłkarze w Polsce, od których wiele można się nauczyć.

 

Mówisz - masz. Taki cytat: "(...) dobrze rozumiałem się na boisku z Tomkiem Jodłowcem, z którym spotkałem się na zgrupowaniu reprezentacji. I bardzo chciałbym zagrać z Miro Radoviciem, bo jest to zawodnik, który przerasta wszystkich w lidze - można się od niego wiele nauczyć". To fragment Twojej wypowiedzi dla Ekstraklasa.org z czerwca 2014. Zobacz, cel się zrealizował.

- Przyjaciele często się ze mnie śmieją, że czego bym nie powiedział, to się spełnia. Dlatego staram się mówić tylko pozytywne rzeczy (śmiech). Zawsze mnie tonują, jak zaczynam narzekać. Teraz myślę jedynie optymistycznie. O dziwo, wszystko się spełnia. Nie wiem, czy to ktoś nade mną czuwa, czy mam po prostu takie szczęście, ale... oby tak dalej.

 

To w takim razie co teraz? Powiedz coś pozytywnego, niech się spełni.

- Oj, to mi dałeś zadanie. Chyba nie dam rady. Muszę mieć jakąś wizję albo olśnienie (śmiech). Jak wpadnę na coś spontanicznie, powiem Ci, co to było.

 

Oby nie odejście do Barcelony albo Realu, bo już na razie wystarczy tych klubowych zmian. Szczególnie, że w ciągu pół roku podpisałeś dwa kontrakty.

- To prawda. W październiku związałem się z Zawiszą do 2017 roku. To był całkowicie przemyślany ruch z mojej strony i nikt mnie do tego nie namawiał. Wiadomo, dla mnie było to również duże zabezpieczenie w związku z perypetiami zdrowotnymi. Głównie zależało mi jednak na tym, aby klub mógł na mnie zarobić. Kiedyś w życiu przyjąłem taką zasadę, by odwdzięczać się ludziom, którzy mi pomogli. Przecież równie dobrze mógłbym nic nie podpisywać i odejść za darmo w czerwcu. Powiedziałem sobie, że nie chcę działać w taki sposób. Ludzie, którzy wyciągnęli do mnie rękę, zasługiwali na to, by otrzymać ode mnie coś w zamian.

 

Dość niespotykana postawa. Ludzie, odnosząc sukces, często zapominają, że często ktoś inny dołożył małe cegiełki do tych osiągnięć.

- Tak już mam. Właściciel Zawiszy, Radek Osuch, który znalazł mnie w trzeciej lidze w Lechii Dzierżoniów, odmienił całe moje życie. Byłem gotów rzucić piłkę. Szukałem pracy, miałem w planach ukończenie studiów. Nie wiem, gdzie bym teraz był. Może też radziłbym sobie nieźle. Tak czy inaczej, całe moje życie odwróciło się do góry nogami. Dostałem szansę i... jakoś to się powoli kręci. I to chyba całkiem nieźle.

 

Nie ma na co narzekać.

- Fakt. Teraz jestem tutaj, w Legii Warszawa. Nigdy się tego nie spodziewałem. Nie pokuszę się nawet o stwierdzenie, że to spełnienie marzeń, bo nie miałem nawet śmiałości, by marzyć o czymś takim. Biorę garściami to, co daje mi los.

 

Historia jak z bajki.

- Trochę tak. Taki piłkarski kopciuszek. Każdy niech sobie nazwie to po swojemu. Ale masz rację - to jakaś totalna masakra. Oczywiście w pozytywnym sensie. Nawet znajomym ludziom z mojego miasteczka nie chce się wierzyć, że jeszcze kilka lat temu byłem w trzeciej lidze, a teraz mam reprezentować najlepszy klub w Polsce. Kto by pomyślał, że to stanie się tak szybko...

 

Oby to, co jest teraz, trwało jak najdłużej.

- Oby, oby! Muszę mówić pozytywnie, bo przecież spełnia się wszystko, co wypowiadam. W takim razie mówię już tylko jak najlepiej - wiadomo, bez przesady, bo co za dużo, to niezdrowo, ale trochę "słodyczy" jeszcze nikomu nie zaszkodziło.

 

Uderzyła Ci kiedyś do głowy "sodówka"?

- Sam nie wiem... Może po zgrupowaniu reprezentacji w Abu Zabi, gdy wróciłem do Zawiszy. Czułem się naprawdę świetnie, ale byłem myślami całkowicie gdzie indziej. Zobaczyłem, jak może być i głowa została mi gdzieś w tych chmurach. Myślałem o piłce nożnej, ale w zupełnie inny sposób niż zwykle. Byłem taki troszeczkę... nieswój. Ale! życie szybko sprowadziło mnie na ziemię, bo później skomplikowała się moja sytuacja zdrowotna i to ona była dla mnie najważniejsza.

 

Jak rodzina zareagowała na ofertę z Legii?

- Tato był bardzo zadowolony. To mężczyzna starej daty, który pamięta sukcesy Legii w pucharach. Ostatnio powiedział mi, że zawsze trzymał kciuki za ten zespół. Byłem w szoku, bo w sumie nigdy się nie przyznał. Okazało się nawet, że w szkole przezywali go ksywką od nazwiska jednego z piłkarzy Legii. Chociaż nie docierało to jeszcze do mnie, to zadzwoniłem i powiedziałem mu, że prawdopodobnie przechodzę do Warszawy. Totalnie go zatkało. Czułem przez słuchawkę, że to dla niego ogromna radość.

 

Szczególnie, że do transferu doszło niedługo po trudnym dla Ciebie okresie.

- Właśnie, nie było łatwo. Trochę ponarzekałem na los w trakcie kontuzji. Było, minęło. Teraz czuję się znakomicie.

 

Co robić przez pół roku, nie mogąc realizować się w tym, co się lubi i kocha?

- O kurczę, różne rzeczy. To jest masakra, naprawdę. Od marca do września byłem totalnie wyłączony. Pamiętam jak dziś mecz ze Śląskiem Wrocław. Położyłem się na boisku i powiedziałem sobie: dość! Naprawdę, nie dawałem już rady. Należało poważnie potraktować ten uraz. Później zabiegi i leczenie. Byłem cały pocięty.

 

Co robić przez tyle czasu?

- Ojej, cuda. Rehabilitacja zajmowała niemal cały dzień. Zdarzało się kilka luźniejszych godzin, ale trzeba było je przeznaczyć na jakiś obiad, zakupy, a to wszystko o kulach i w ortezie. To był okres wakacyjny, z nieba lał się żar, a ja śmigałem po Warszawie metrem w jedną i w drugą stronę. Takie sytuacje mocno hartują.

 

I pozwalają na skuteczniejszą walkę w przyszłości. Tę o miejsce w składzie właśnie zaczynasz. Gotowy?

- Jak najbardziej. Konkurencja jest olbrzymia, ale wiem, na co się pisałem, wybierając transfer do Legii. W zespole jest wielu świetnych zawodników, ale jeśli się uda, to satysfakcja będzie jeszcze większa. Muszę robić swoje, a życia pokaże, jak to się skończy. Może być dobrze, może być ź... albo nie, nie będę mówił, bo jak ja coś mówię, to może się spełnić. W takim razie - będzie dobrze! (śmiech)

 

Na ile pomocne będzie to, że doświadczyłeś tego prawdziwego życia? Przecież był moment, w którym łączyłeś grę w trzeciej lidze, studia i pracę w roli dozorcy.

- Posmakowałem życia, oj, posmakowałem. Miałem taki rok, że grałem w Dzierżoniowie, do którego dojeżdżałem na treningi prawie 50 kilometrów z Wrocławia. Na wszystkie egzaminy i testy uczyłem się w podróży, kiedy wracałem z treningu, z którego zbiegałem chwilę wcześniej, żeby się wyrobić - na tej trasie kursował tylko jeden autobus. W weekendy z kolei chodziło się do pracy na nocki - na zmianę z moim tatą. Byliśmy dozorcami w hotelu. To sprawiało, że czułem się totalnie wycieńczony. To nie był dla mnie łatwy czas, ale zahartowałem się i doświadczyłem prawdziwego życia.

 

Zapoznaliśmy się dwie godziny temu, a już teraz potwierdziły się doniesienia o tym, że jesteś bardzo spokojnym, opanowanym i rozsądnym...

- (śmiech).

 

...człowiekiem.

- Oj, no nie wiem, nie wiem. Na co dzień raczej faktycznie jestem spokojny, ale czy rozsądny, to... trzeba by się zastanowić. Szczególnie pod kątem boiska. Tam jestem zupełnie innym człowiekiem. Zmieniam się o 180 stopni. Robi się ze mnie totalny wariat.

 

Czyli może się zdarzyć tak, że przy Łazienkowskiej w koszulce z numerem...

- ...prawdopodobnie szesnastym...

 

...będzie biegać bestia.

- To, czy bestia, to już osądzą kibice, ale... mam nadzieję, że wykraczesz i że rzeczywiście będzie biegać, a nie siedzieć w klatce (śmiech).



Rozmawiał: Krystian Grzelak.


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 89
PLN
Cena 114,50
PLN
Cena 119
PLN