Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2019-02-22 11:30:00
Newsletter

Przedmeczowa odprawa Kazika

Autor: Wiktor Bołba Fot. Eugeniusz Warmiński, Archiwum Legii, Archiwum WB
Legia drugiej połowy lat 70. była niezwykle chimeryczną drużyną. Zespół, który miał w swoim składzie wielu reprezentantów Polski, na czele z samym Kazimierzem Deyną, nie potrafił odnieść znaczącego sukcesu, na który przez całe lata czekała cała piłkarska Warszawa.

Próbując ratować tę nieciekawą dla Legii sytuację, włodarze klubu zatrudnili ponownie trenera Jaroslava Vejvodę, licząc na to, że wzorem lat poprzednich wykrzesa z piłkarzy drzemiący w nich potencjał na tyle, by odnosili sukcesy do jakich byli predysponowani. Niestety, trener Vejvoda podczas swojej drugiej kadencji w Legii cudów nie zdziałał. Zderzenie z inną rzeczywistością i mniej utalentowanymi od poprzedników zawodnikami powodowało, że nawet pod jego wodzą drużyna wypadała poniżej oczekiwań.

Wobec zaistniałej sytuacji ratunku szukano w osobie opromienionego sukcesami z reprezentacją Polski - we współpracy z Kazimierzem Górskim - trenera Andrzeja Strejlaua. Szkoleniowiec przejmując drużynę z rąk Jaroslava Vejvody podejmował się niezwykle trudnego zadania, jakim było doprowadzenie „kapryśnej” drużyny Legii do tytułu mistrza Polski i tym samym do europejskich pucharów, których kibice Legii od dłuższego czasu nie widzieli, a których wspomnienie z odnoszonych sukcesów w postaci zwycięstw z czołowymi drużynami Europy tliło się wciąż w ich wspomnieniach.

 

 Legia Warszawa z sezonu 1975/1976. Kazimierz Deyna w górnym rzędzie szósty z lewej. Pierwszy z prawej w dolnym rzędzie trener Wojskowych Andrzej Strejlau.

 

Niestety, były to tylko pobożne życzenia, gdyż Legia pod wodzą trenera Strejlaua nadal grała bezbarwnie i w kratkę, dobre mecze przeplatając z beznadziejnymi. Tak się składało, że z reguły do tych dobrych zaliczały się spotkania z Lechem Poznań, rozgrywane na gorącym terenie w stolicy Wielkopolski.

Poznań był dla Kazimierza Deyny szczególnym miejscem. To właśnie z tego miasta wywodzi się wybranka jego serca, Mariola. To właśnie kibice Lecha Poznań witali Kazimierza Deynę na swoim stadionie dodatkową porcją gwizdów i wyzwisk, nie mogąc darować mu tego, że za żonę wybrał sobie ich krajankę. To powodowało, że nawet niektórzy z poznańskich kibiców słali na niego donosy do najwyższych władz i czynników partyjnych w kraju.

„Piłkarz Deyna przyjeżdża sobie i odjeżdża z Poznania samolotem udzielając wywiadu w poznańskiej prasie, że przybywa tutaj do narzeczonej - co właściwie robi - czy pracuje, czy odbywa służbę wojskową i ma czas przyjeżdżać do Poznania na zabawy” - pisał w swoim donosie na Deynę do Komitetu Centralnego PZPR jeden z nich. To właśnie z powodu tak wielkiej nienawiści do niego mecze z Lechem Poznań pozostawały dla Kazimierza Deyny tymi „szczególnymi”.

 

 "Kaka" w późniejszych latach w towarzystwie swojej żony Marioli, która pochodzi z Poznania.

 

Nie inaczej było w niedzielę, 7 listopada 1976 roku. Trzeba pamiętać, że już w przeddzień spotkania „oliwy do ognia” dolał trener Strejlau, nie zabierając na ten mecz najskuteczniejszego wtedy piłkarza Legii Tadeusza Nowaka, który z pięcioma bramkami na koncie zajmował do spółki z Bońkiem, Mazurem i Sadkiem drugie miejsce na liście strzelców ekstraklasy. Podobno przyczyną absencji „Ferrariego” było to, że... nie zgadzał się z koncepcją trenera na ten mecz. Już samo to, że drużyna na mecz z Lechem jechała bez swojego najskuteczniejszego zawodnika powodowało, że podczas podróży do Poznania panowała w autokarze grobowa cisza. 

Ponieważ zainteresowanie tym spotkaniem w Poznaniu było ogromne, a Lech nie posiadał jeszcze obiektu przy Bułgarskiej, mecz rozgrywano na stadionie Warty, który mógł pomieścić 20 tysięcy widzów. Kiedy tylko autokar minął bramę stadionu i zatrzymał się przed budynkiem klubowym, Kazimierz Deyna, widząc strach w oczach niektórych piłkarzy zarządził, by kierownictwo i trenerzy opuścili pojazd. W zaistniałej sytuacji uznał, że to on zrobi drużynie przedmeczową odprawę.

 

 Zdjęcie z meczu Lech - Legia z listopada 1976 roku. Od lewej: Stefan Białas, Kazimierz Deyna i Krzysztof Sobieski.

 

Kazio zaczął od słów, kładąc nacisk na swoje charakterystyczne „r”: „K... mać! Ja was wszystkich widzę na boisku walczących. Gdy zobaczę, że któryś się ociąga, w dupę nakopię, z autokaru wyrzucę i będzie z Poznania wracał pieszo”. Po tych słowach w drużynę wstąpił jakby nowy duch. Nie ulękli się witającej ich solidnej porcji gwizdów i tego, że lechici niesieni ogłuszającym dopingiem swojej publiczności, od pierwszych minut ruszyli ostro do ataku. Napór Lecha trwał około kwadransa, po czym Legia zaczęła stopniowo wybijać Kolejorza z rytmu.

Legia zaczęła przechodzić do zaskakujących ataków, zaś lukę po Nowaku doskonale wypełniał Kazimierz Deyna, który swoją grą przykuwał uwagę obrońców. Lechici, nie widząc innej możliwości zatrzymania go, pozwalali sobie na faule. Po jednym z nich sędzia zarządził rzut wolny, którego egzekutorem był sam poszkodowany. „Kaka” trafił w mur, ale poprawka była już skuteczna i po chwili znienawidzony przez poznańską publiczność zawodnik tonął w ramionach kolegów.

 

 W roku 1976 tygodnik "Piłka Nożna" wybrał Kazimierza Deynę najlepszym piłkarzem na swojej pozycji w Polsce.

 

Radość Legii nie trwała jednak długo, bowiem po minucie było 1:1. Lech zerwał się do kolejnych ataków, ale bardzo dobra taktyka Legii uniemożliwiała im przeprowadzenie składnych akcji. Po godzinie meczu w doskonałej sytuacji znalazł się Bogdan Kwapisz, a w chwili, w której składał się do strzału, jeden z poznańskich obrońców dotknął piłkę ręką. Sędzia podyktował rzut karny, którego Kazio pewnie zamienił na bramkę.

Po takim ciosie Lech nie był już w stanie walczyć o poprawienie wyniku. Poniósł porażkę, po której w dramatycznej rywalizacji walczył o utrzymanie w ekstraklasie z Tychami i ROW-em Rybnik. W drodze powrotnej towarzystwo w autokarze już w niczym nie przypominało smutasów, którzy jechali do Poznania. Cały czas trwała zabawa, co i rusz ktoś intonował jakąś piosenkę, a prym wiedli Deyna oraz Bogdan Kwapisz, który oprócz smykałki do piłki objawił także drugi dar - wspaniały głos. Od tamtej pory koledzy uważali go za pierwsze „solo” w drużynie.

 

Proporczyk ze zbiorów Kazimierza Deyny z innego meczu z Kolejorzem - z lipca 1972 roku w Poznaniu (0:1).


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 159
PLN
Cena 69,90
PLN
Cena 249
PLN