Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2018-11-24 12:00:00
Newsletter

Radović: Już zawsze będzie bolało

Autor: Jakub Jeleński Fot. Janusz Partyka, Mateusz Kostrzewa, Jacek Prondzynski; Video: Jakub Goliński, Tomasz Sejbuk
O tym, że życie jest bardzo trudne przekonał się w wieku ośmiu lat, gdy był świadkiem wojny na Bałkanach. Uciekł przed nią do Belgradu, gdzie wychował go Partizan. Co ciekawe, jego pierwszą koszulką piłkarską był jednak trykot... Crvenej zvezdy. Najważniejszy dla siebie herb założył dopiero w Legii, z którą kiedyś pożegnał się w sposób, który już zawsze będzie go bolał. Zapraszamy na spacer i szczerą rozmowę z Miroslavem Radoviciem.

Legia.com: - Przyszedł czas na Miroslava Radovicia, przepraszam, Pana Miroslava Radovicia. Kto Cię podpuścił, by tak przedstawić się na prezentacji zespołu w 2006 roku?

Miroslav Radović: - Myślę, że nie trudno zgadnąć. Wtedy w Legii pracował Wojciech Hadaj, który zawsze lubił podpuszczać innych i akurat w tej sytuacji to ja padłem jego ofiarą. Namówił mnie i tak się przedstawiłem (śmiech).

 

- Dużo Ci zajęło zrozumienie tego, co powiedziałeś?

- My, zawodnicy z Bałkanów mamy to szczęście, że nasz język ma z polskim dużo wspólnego, także szybko się zorientowałem. Nie ma co ukrywać, śmiesznie to wtedy wyszło.

 

 

- Jeśli o podobieństwach mowa – utwór o Twoim mieście zaczyna się od słów „Mam tak samo jak ty” czy „Znam za jeden grad, zove se Beograd”?

- Znam za jeden klub (śmiech)! Pierwsze kroki, nie tylko w piłce, ale i w życiu stawiałem w Belgradzie, bo tam się wychowałem. Z drugiej strony najlepszy czas w moim życiu spędziłem w Warszawie, bo w niej założyłem rodzinę, urodziło mi się pierwsze, drugie i trzecie dziecko. To, co najważniejsze, zaczęło się właśnie tutaj. Jeśli miałbym wybrać Warszawę lub Belgrad, to trudno byłoby mi wskazać tylko jedno z nich. Oba miasta mają dla mnie bardzo duże znaczenie.

 

- Wywołałeś temat dzieciństwa. Chyba żaden z moich dotychczasowych rozmówców nie miał cięższego – miałeś osiem lat gdy zaczęła się wojna domowa w Jugosławii.

- Urodziłem się w małej miejscowości Gorażde, to piękne miasto nad rzeką Drina. Ten piękny świat zmienił się w dniu, który pamiętam tak dobrze, jakby wydarzył się wczoraj. Ojciec przyszedł do domu i powiedział, że się pakujemy, bo się zaczyna. Byłem oczywiście za mały żeby zrozumieć dokładnie o co chodziło, nie wiedziałem też za bardzo co ma się wydarzyć. A wydarzyło się bardzo dużo zła – zaczęła się wojna, moja rodzina się wyprowadziła, praktycznie całe moje pokolenie musiało wyjechać z miasta, a potem konflikt przeniósł się na resztę kraju. Byłem mały, wiem jak to przeżywałem ja i wiem jak przeżywali to inni ludzie, którzy poczuli co to jest wojna.

 

 

- Uciekliście przed nią do Belgradu. Czy mimo wyjazdu z Bośni dotykała was ona bezpośrednio?

- Dotykała, bo ona toczyła się w wielu miejscach, a wojnę odczuwały wszystkie państwa w regionie. Zginęło mnóstwo ludzi. Teraz możemy cofnąć się do tego, wyciągnąć wnioski i zadać sobie pytanie, czy to w ogóle było potrzebne. I – przede wszystkim – komu potrzebne. Najbardziej cierpieliśmy my, ludzie mieszkający na Bałkanach. A te wszystkie „pany”, które sobie zażyczyły tej wojny, byli od niej z dala. To ich można za wszystko obwiniać.

 

- Gorażde, gdzie się urodziłeś leży na terenie Bośni i Hercegowiny…

- ...ale kiedyś to była Jugosławia.

 

- No właśnie. Kim się czujesz najbardziej?

- Przede wszystkim Serbem. Vuko na przykład urodził się w Banja Luce, która również leży na terenie Bośni, a jest przecież stolicą Republiki Serbskiej. Wcześniej to w ogóle była Jugosławia, także można się w tym wszystkim pogubić. Wojna wszystko rozdzieliła – kiedyś była mocna i silna Jugosławia, a teraz mamy kilka mniejszych państw. Wszyscy możemy żałować, że to się tak potoczyło.

 

 

- Czyli Jugosławię wspominasz z sentymentem?

- Oczywiście, chociaż kiedy ona jeszcze istniała, to byłem bardzo mały. Pamiętam jednak, że ojciec i mama zawsze powtarzali, że najlepiej się żyło wówczas, jak jeszcze była Jugosławia, na czele z prezydentem Josipem Broz Tito. Wspominali, że to było jedno wielkie, poukładane państwo, jedna wielka Jugosławia.

 

- Ten konflikt, który przeżyłeś wpływał potem na Ciebie, gdy dzieliłeś szatnię z Chorwatami czy Albańczykami?

- Ja z tym nigdy nie miałem problemu i pewnie nigdy miał go nie będę. Polityka mnie zbytnio nie interesuje. Nawet teraz, gdy siedzę w domu i w telewizji lecą jakieś polityczne programy, to od razu zmieniam kanał. Szatnię – nie tylko w Legii – dzieliłem z piłkarzami różnych bałkańskich narodowości i to właśnie z nimi miałem szczególnie dobre relacje. Może nie wszyscy tak mają, ale dla mnie te różnice w pochodzeniu nigdy nie były problemem. Zresztą – przecież wiadomo, że jednym z moich najlepszych przyjaciół jest Ivica Vrdoljak, a on przecież jest Chorwatem.

 

- Gdyby Jugosławia istniała nadal, to wygrałaby mundial?

- Uuu, i to nie tylko w piłce (śmiech)! Jugosławia w czołówce każdego sportu byłaby albo najlepsza, albo przynajmniej w czołówce.

 

 

- Chorwacja na mistrzostwach świata pokazała, że się da, ale co takiego dzieje się z Serbią? Wielkie nazwiska, a wyników wiecznie brak.

- I to jest właśnie jedno z pytań, które zadają mi wszyscy (śmiech). Ciężko to wytłumaczyć. Wydaje mi się, że największym problemem kadry jest system. Złe zarządzanie prezesa Serbskiego Związku Piłki Nożnej, nie da się też ukryć, że w serbskiej piłce występuje korupcja. Mnóstwo meczów jest ustawianych i ten proces jest już tak zaawansowany, że strasznie trudno go zahamować. Mamy też mnóstwo menadżerów, którzy są w to zamieszani i potem to wszystko przechodzi na boisko. Nie da się zrobić tak, że wszędzie dookoła jest źle, ale piłkarze wyjdą na plac poukładani i zrobią wynik. Odkręcenie tego zajmie jeszcze wiele lat, choć widzę, że bardzo powoli zaczyna to iść w lepszym kierunku. Może serbska kadra nie jest tak medialna jak polska, natomiast u nas też zaczyna się to powoli zmieniać. Dokonano właściwej selekcji, doszło sporo młodych zawodników i powinno dać to jakiś efekt. 

 

- Ten cały bałagan w serbskiej piłce był jednym z powodów, dla którego szybko wyjechałeś do Polski?

- Kiedy mieszkałem w Belgradzie i grałem z Partizanie, to nie myślałem o tym. Miałem wtedy inne problemy, bo zanim zdecydowałem się na transfer przyszedł nowy trener, u którego nie grałem. Koniecznie chciałem wtedy zmienić klub i w końcu zmieniłem. W Serbii mamy z tym problem – coraz więcej młodych zawodników chce wyjeżdżać z kraju, bo tak naprawdę mamy dwa zespoły. Partizan, Crvena zvezda i na tym się to wszystko kończy. Tak naprawdę w ciągu sezonu masz w lidze dwa, trzy dobre mecze, które elektryzują ludzi. Przez większość sezonu grasz jak na sparingu – słaby rywal, a na stadionie siedzi może z tysiąc osób.

 

- Ty zdecydowanie jesteś chłopakiem z Partizana, ale Twoją pierwszą piłkarską koszulką był trykot Crvenej zvezdy.

- No tak było (śmiech)! Mój najlepszy kumpel jest wielkim fanem Czerwonej. Muszę się przyznać, że będąc dzieckiem, właśnie przez niego oglądałem więcej meczów Crveny. I pierwszym prezentem jaki od niego dostałem, była właśnie ta koszulka. Kupił ją, podarował mi i kazał założyć (śmiech). Ludzie potem myśleli, że ja sobie ją kupiłem, a to po prostu był taki prezent od przyjaciela.

 

 

- O to czy Legia czy Partizan nawet nie pytam, bo już dawno zadeklarowałeś, że w sercu masz „eLkę”. Ale na serbskim gruncie Twoim klubem jest właśnie on. Za pomocą Crveny można Cię było jednak zmotywować podczas rehabilitacji.

- To prawda (śmiech)! Między tymi klubami jest wielka rywalizacja, a na moje nieszczęście to Crvena w lidze ma 13 punktów przewagi, a w UEFA Champions League też świetnie sobie radzi. Co tu kryć – teraz to oni rządzą, mam nadzieję, że od przyszłego roku będzie inaczej.

 

- Czekaj, czekaj, nie uciekaj od pytania! Opowiedz o tym jak Tomek Smokowski motywował Cię do ćwiczeń.

- Coś było w enel-medzie, ale musiałbyś mi przypomnieć...

 

- Podobno jak już nie dawałeś rady, to podchodził do Ciebie i mówił, że w Crvenie to by się teraz z Ciebie tylko śmiali…

- No dobra, przyznaję, tak właśnie było (śmiech)!

 

- Okej, odpuszczam tę Crvenę, bo widzę, że temat bolesny.

- No właśnie, skupmy się na Legii (śmiech)!

 

 

- Ona chyba miała być dla Ciebie miejscem, z którego za dwa, trzy lata odejdziesz gdzieś dalej.

- Zgadza się. Wspólnie z moim menadżerem ustaliliśmy, że to będzie dobry krok. Mówił mi: pograsz trochę, zagrasz dobry sezon, może dwa i pójdziesz gdzieś dalej. I faktycznie – pierwszy sezon 2006/2007 miałem całkiem dobry, ale specjalnie nie chciałem odchodzić. Ostatecznie tak się to wszystko potoczyło, że do dzisiaj – z małymi przerwami – jestem  w Warszawie. Jedni mówią, że zrobiłem błąd, że mogłem to inaczej rozegrać, drudzy mówią, że rozumieją, że było dobrze. Zawsze zdania będą podzielone, ja na pewno nie żałuję. To znaczy żałuję jednej rzeczy – mogłem to zupełnie inaczej rozegrać, ale potoczyło się tak jak się potoczyło.

 

- Z czego Ty byłeś w szkole najlepszy? Oprócz WF-u oczywiście.

- Kurde, akurat to właśnie chciałem powiedzieć (śmiech)! Uczyłem się raczej bez fajerwerków, ale  też nie najgorzej – zawsze gdzieś była taka mocna trójka. Problemy miałem z matematyką, ale nieźle radziłem sobie z geografią. Nie ukrywam jednak, że ta szkoła za bardzo mnie nie ciągnęła, a ja sam - byłem średnio chętny do nauki.

 

- Ja na przykład najlepszy byłem z historii i dostałem z niej w życiu tylko jedną dwóję. To było wtedy, gdy na przerwie przed klasówką w liceum przeczytałem, że odchodzisz z Legii.

- O kurczę (śmiech)!

 

 

- Naprawdę, strasznie długo miałem Ci za złe, że odszedłeś. Zresztą – jak doskonale wiesz – nie tylko ja. 

- Zgadza się, pamiętam to wszystko jakby działo się wczoraj. Byliśmy na zgrupowaniu w Hiszpanii, wtedy – jeśli się nie mylę – dyrektorem sportowym był Jacek Mazurek. Poszedłem do niego – potem oczywiście od razu powiadomiłem też klub – i powiedziałem, że musimy usiąść i porozmawiać, bo dostałem ofertę z Chin, nad którą się zastanawiam. On wtedy, może nie zlekceważył, ale po prostu nie podszedł do tego zbyt poważnie. To tak sobie trwało i trwało trzy, cztery tygodnie jak nie lepiej, tak naprawdę aż do meczu z Ajaksem, jeżeli pamiętasz.

 

- Niestety aż za dobrze.

- No właśnie. Myślę, że to wszystko rozegrałoby się inaczej, gdyby w relacji dyrektor-trener-prezes była lepsza komunikacja. A nie, że trener dowiaduje się w ostatniej chwili, że transfer został zaakceptowany, a ja wychodzę na idiotę. A nie wychodzę z kolei na boisko w Amsterdamie w meczu, o którym myślałem przez cały okres przygotowawczy. Marzyłem o tym żeby zagrać z Ajaksem, ale trener powiedział mi, że przy obecnej sytuacji nie zagram. I to zabolało, naprawdę zabolało. Nie mogę tego zmienić, biorę to na siebie. Kibice czuli się oszukani i mieli od tego pełne prawo, bo w najważniejszym momencie z klubu odszedł kluczowy zawodnik. Żałuję, że rozstaliśmy się w ten sposób, to ciągle mnie boli i już zawsze będzie bolało.

 

- Jak reagowałeś na to, że Miro Radović to sprzedawczyk, „Zdradko”?

- Znowu się powtórzę – cholernie mnie to bolało. Mało ludzi wie, że przez dwa lata miałem w kontrakcie taką kwotę odstępnego, która – nazywając rzeczy po imieniu – była śmiesznie niska. Gdybym chciał odejść, to naprawdę nie byłoby to trudne. Nie zrobiłem jednak tego, a gdy już odszedłem, to klub dostał naprawdę dobrą kasę. Z tej strony niczego nie można mi zarzucić. A to, że się naczytałem i nasłuchałem, to drugie. Wiem, że zawsze zasuwałem na sto procent, byłem fair wobec Legii. Kibice jednak mają prawo czuć, że ich zdradziłem, bo moje odejście wyszło zdecydowanie nie tak jak powinno i tego już nie mogę zmienić.

 

 

- Czy gdybyś mógł cofnąć czas, to nadal odszedłbyś do Chin?

- Trudno powiedzieć, na pewno inaczej bym to rozegrał. Zobacz jak wygląda teraz piłka – masz Buffona, który całe życie gra w Juventusie i wszyscy myślą, że tam skończy karierę, a on odchodzi do PSG. Też mu wszyscy mówią, że idzie po hajs. Może w tamtym momencie brakowało mi czegoś nowego, chciałem coś w życiu zmienić, nie ukrywam też, że do wyjazdu namówił mnie trener Radomir Antić, bo gdyby nie on, to pewnie bym się nie zdecydował na ten transfer. Ale to doświadczony człowiek, który trenował Real Madryt i Barcelonę, więc mu zaufałem.

 

- No i klamka zapadła. Chiny okazały się takim piłkarskim czyśćcem?

- Nie mam z Chin dobrych wspomnień, wiemy jak się to potoczyło. Rozegrałem kilka meczów i dopadła mnie koszmarna kontuzja barku. Wypadłem z gry na rok czasu, bo miałem rehabilitację, potem operację w Pekinie. Okazało się, że konieczna jest kolejna i musiałem pojechać na nią do Niemiec. Bardzo mocno wszystko przeżywałem, cała sytuacja odbijała się też na mojej rodzinie. Było nam bardzo trudno, to było dla nas nowe, ciężkie doświadczenie.

 

- Potem zagrałeś w klubie, o istnieniu którego kibice w Polsce dowiedzieli się, bo poszedł do niego Radović. Myślałeś o tym, że to już koniec kariery?

- Na pewno wielu osobom tak się wydawało, ale ja podchodziłem do tego zupełnie inaczej. Nie grałem przez rok i musiałem gdzieś odzyskać formę, wrócić do rytmu meczowego. Pamiętam, że podczas rehabilitacji w Belgradzie odebrałem telefon od Marko Nikolicia, szkoleniowca, który już dwukrotnie mnie trenował. Spytał czy interesowałaby mnie gra w Olimpii, a ja poprosiłem go o dwa dni do namysłu. On na to, żebym nie myślał tylko spojrzał na to, co się działo ze mną przez rok. Mówi: „dużo nie grałeś i chyba musisz gdzieś odzyskać formę. Ty tutaj dojdziesz do siebie i przy okazji pomożesz zespołowi swoim charakterem, doświadczeniem i umiejętnościami. Oni w tej Ljubljanie czekają na tytuł 21 lat i ja ten tytuł chcę zdobyć”. No i ostatecznie udało się – zagrałem pół roku, zdobyliśmy tytuł, miasto i ludzie też byli bardzo fajni. Liga podobna do serbskiej, bo ważne mecze grasz tylko z Mariborem, ale dla mnie to było sympatyczne doświadczenie.

 

 

- Egzotyka w Chinach, Słowenia, gdzie na mecze telewizja zabiera jedną kamerę. Docenia się warunki w Legii po czymś takim?

- Chiny rozwijają się imponująco, w stosunku do czasów, kiedy ja tam grałem, poziom niesamowicie wystrzelił w górę. Gra tam coraz więcej dobrych zawodników, a kluby powierza się trenerom z najwyższej półki. Słowenia to co innego – małe państwo, malutka liga. Zawsze powtarzam, że kiedy piłkarz odejdzie z Legii w inne miejsce, to dopiero potrafi docenić w jak wielkim grał klubie, z jaką tradycją i z jakimi kibicami. Mało jest takich zespołów w Europie.

 

- Wróciłeś i zaliczyłeś – jak we Władcy Pierścieni – powrót króla. Architekt mistrzostwa 2017, niezwykle ważne gole i asysty przy okazji mistrzostwa w 2018 roku, ale licznik ciągle Ci bije. Powiedz szczerze, co Miroslav Radović może jeszcze dać tej drużynie?

- Mam teraz nową rolę. Dużo trenuję, mało gram – co jest dla mnie nowością. Wcześniej tak dużo nie trenowałem, a więcej grałem (śmiech). Do tego już się jednak ostatnio przyzwyczaiłem. Mamy tutaj wielu młodych, zdolnych chłopaków, którzy wiedzą, że jeśli czegokolwiek potrzebują, to na mnie zawsze mogą liczyć. A co mogę dać od siebie? Myślę, że nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa, mam kontrakt do czerwca i sądzę, że na pewno usiądziemy z prezesem i zastanowimy się wspólnie co dalej, co będzie najlepsze dla klubu. Jesteśmy na tyle doświadczeni, że z pewnością damy sobie z tym radę.

 


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Więcej na temat

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 159
PLN
Cena 69,90
PLN
Cena 249
PLN