Legia Warszawa
vs Pogoń Szczecin
Czas do meczu
Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2019-06-04 14:15:00
Newsletter

#RokDeyny odc. 2 - Geniusz o długich nogach

Autor: Przemysław Gołaszewski Fot. Eugeniusz Warmiński/Archiwum Legii, Archiwum Wiktora Bołby Źródło: W. Bołba "Deyna. Geniusz futbolu, książę nocy"
W wieku 11 lat Kazimierz Deyna stał się oficjalnie zawodnikiem Włókniarza Starogard Gdański. Przygoda z piłką powoli ewoluowała w początki kariery. Młodego Kazika czekała jeszcze długa podróż przez futbolowy świat, ale pod koniec lat 50. nabrała ona tempa.

W pierwszych etapach swojej kariery Kazimierz Deyna miał szczęście do ludzi. Na swojej drodze spotkał dwie osoby, które odcisnęły zdecydowane piętno w jego życiorysie i napędziły rozwój, pozwalając młodemu Kazikowi stawać się coraz lepszy piłkarzem. Pierwszym mentorem stał się trener trampkarzy w zespole Włókniarza. - Nazwiska mojego pierwszego trenera nie zapomnę nigdy. Był nim pan Henryk Piotrowski, to on odegrał ogromną rolę w moim życiu, ucząc mnie prawidłowego kopania piłki - wspominał w jednym z wywiadów dorosły już Deyna. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że dla samego Piotrowskiego praca z Kazimierzem była niezwykłym darem. Piotrowski dopiero co zakończył etap piłkarski i praca z trampkarzami we Włókniarzu była pierwszą posadą w rzemiośle trenerskim. Szlifowanie diamentu z północy Polski nie było zresztą jego jedynym zajęciem. Człowiek, który ukształtował młodego Kazika przede wszystkim na życie zarabiał w Starogardzkiej Fabryce Obuwia. Doświadczenia wyniesione z zakładu, kult ciężkiej pracy, przenosił na swoich wychowanków.

 

 

Na początku współpracy z Deyną Piotrowski miał z perspektywy czasu ciekawy pomysł na wykorzystanie największych boiskowych atutów Kazika. Chłopiec ze Starogardu Gdańskiego od młodości wyróżniał się warunkami fizycznymi. Był szczupły i wysoki, ponadto potrafił elegancko wyprowadzać piłkę. Trener zdecydował, że atuty te Deyna najlepiej będzie prezentował na pozycji środkowego obrońcy. W takiej roli wystąpił w swoim debiucie w zespole trampkarzy. Czas jednak pokazał, że “Kazik” jest boiskowym artystą, a jego przeznaczenie to kreowanie gry, a nie rozbijanie ataków rywali. Deyna szybko został przesunięty do przodu, a wynikiem jego niewiarygodnych postępów było wyróżnienie, jakim stało się przekazanie mu koszulki z numerem “9”. Nowa, symboliczna cyfra na plecach, nakładała na Kazimierza dodatkową presję, ale ten mimo młodego wieku wcale się nią nie przejmował. Deyny nie przygniotła także opaska kapitańską, którą otrzymał niedługo potem. Ciężko trenował, by postawić kolejny krok w swojej dopiero raczkującej karierze. Było nim wicemistrzostwo Wybrzeża wywalczone z trampkarzami Włókniarza w 1962 roku.

 

 

Młody Kazik nieustannie zachwycał trenera Piotrowskiego, ale robił też wrażenie na włodarzach klubu, którzy zdali sobie sprawę, że do ich sieci wpadła prawdziwa perła. Roman Karpiński, jeden z działaczy Włókniarza, kilkukrotnie rozmawiał z trenerem Piotrowskim na temat dalszego rozwoju Deyny. Panowie stwierdzili w końcu, że najlepszym rozwiązaniem dla wszystkich będzie przeniesienie młodego Kazika do zespołu do drużyny juniorów. W starszym roczniku zadebiutował w wyjazdowym meczu przeciwko Chojniczance Chojnice. Deyna, jak to miał w zwyczaju, wyszedł na murawę bez żadnej presji i strzelił rywalom trzy gole. Po kilku miesiącach był już zawodnikiem występujących w A Klasie seniorów Włókniarza.

 

 

- Pamiętam jego debiut jako szesnastolatka wśród seniorów Włókniarza. Był mojego wzrostu - 175 cm. Wyższy w nowym zespole był tylko nasz kapitan Edek Nurek. Rywale pilnowali ostro jego (miał dwóch plastrów), a myśmy to wykorzystali. Wygraliśmy 2:1, bramki zdobyli G. Wiśniewski i ja. Po faulu na Deynie sędzia zarządził rzut wolny, który wykorzystał “Peny” [Wiśniewski - przyp. autora] - opowiadał cytowany przez Wiktora Bołbę Gerard Kaźmierczak, były piłkarz Włókniarza. W A Klasie Deyna musiał stawić czoła wyzwaniu, z którym wcześniej nie miał styczności. Na boisku spotykał się z zawodnikami, którzy byli od niego zdecydowanie starsi, wyżsi i ciężsi. Filigranowy młokos został otoczony specjalną ochroną ze strony trenera, który nie wystawiał go do gry w pełnym wymiarze czasowym. Deyna swoje szanse dostawał, lecz często były to tylko końcówki spotkań. Jednak w stu procentach je wykorzystywał. O młodym Kaziku robiło się coraz głośniej, szesnastolatek nie był już anonimową postacią lokalnej piłki. Mieszkańcy Starogardu przecierali oczy ze zdumienia. - Wychudzony chłopak na długich nogach, wyglądał na wolnego. Wystarczyło jednak, że dostał piłkę, wówczas następowała metamorfoza. Ten niby-nieporadny chudzielec z ogromną lekkością i łatwością mijał obrońców niczym narciarz slalomowe tyczki - opowiadał jeden z kibiców, który widział poczynania Deyny na żywo.

 

 

Błyskawiczny rozwój piłkarski musiał przynieść też swoje konsekwencje. Kazimierz Deyna cały swój czas poświęcał futbolowi, przez co zaniedbywał naukę. Szkołę podstawową ukończył z mizernymi wynikami, nieco lepiej wiodło mu się w Zasadniczej Szkole Zawodowej. Miało to jednak raczej związek z jego karierą sportową. Deyna przygotowywał się tam do wykonywania zawodu elektryka, musiał więc wyrobić odpowiednie praktyki. Miał to szczęście, że pracownicy fabryk, w której się kształcił kochali piłkę i szybko zdali sobie sprawę z kim mają do czynienia.

 

 

Przyszedł też czas na pierwsze piłkarskie rozczarowania. W połowie lat 60. Deyna otrzymał zaproszenie na centralny obóz reprezentacji Polski juniorów do Warszawy. Głównym trenerem zajmującym się szkoleniem powołanych młodzieżowców był Antoni Brzeżańczyk, który przyczynił się do bolesnego ciosu wymierzonego Kazikowi. Po dwóch tygodniach treningów Deyny zabrakło na liście wyselekcjonowanych zawodników. Mogło się do tego przyczynić złe traktowanie przyszłej legendy futbolu przez innych uczestników obozu. Pierwsze zderzenie ze stolicą było dla Deyny bolesne. Rówieśnicy często wyśmiewali go z powodu pochodzenia z odległej prowincji i mało “stołecznego” ubioru. 

 

 

Kazimierz się jednak nie załamał. Walczył dalej i szczęście się do niego uśmiechnęło. Na jego drodze pojawił się Wiesław Motoczyński - przewodniczący do spraw selekcji Polskiego Związku Piłki Nożnej. Po powrocie ze zgrupowania w Warszawie młody Deyna został powołany do kadry Okręgu Gdańskiego, która wystąpiła w Turnieju o Puchar imienia doktora Jerzego Michałowicza. Zawody rozgrywały się w Koninie, gdzie wśród obserwatorów były ważne persony należące do Polskiego Związku Piłki Nożnej. Kazimierz Deyna grał w Koninie koncertowo. Jego drużyna ostatecznie zajęła drugie miejsce, a sam zawodnik zwrócił na siebie uwagę wielu ważnych postaci. Jedną z nich był właśnie Wiesław Motoczyński. Działacz wziął sprawy w swoje ręce i przekonał Brzeżańczyka, aby ten dał Deynie jeszcze jedną szansę. Trener wciąż nie był przekonany do nieoszlifowanego wciąż talentu, ale nie mógł sprzeciwić się działaczowi, dlatego Deyna szybko znalazł się w drużynie rezerw reprezentacji Polski juniorów. W meczu z reprezentacją Brna szybko zamknął usta krytykom i strzelił dwa gole. 10 października 1965 roku Kazimierz Deyna zadebiutował w pierwszym zespole reprezentacji Polski juniorów w meczu przeciwko Czechosłowackiej Republice Socjalistycznej. “Kazik” nie zagrał fenomenalnego meczu, po czterdziestu minutach został zmieniony, ale i tak zdobył zaufanie trenerów, którzy później nie pomijali go w powołaniach.

Przełomem stało się spotkanie z Niemiecką Republiką Demokratyczną. Polacy przegrali 0:1, ale pierwszorzędne zawody rozegrała przyszła legenda polskiego futbolu. - Nie wszystko Deynie jeszcze wychodził, ale każda akcja przez niego rozpoczęta kończyła się zagrożeniem bramki przeciwnika. Już wtedy podziwiać mogliśmy narodziny prawdziwego piłkarza - zachwycał się Motoczyński, bez którego kariera “Kazika” mogła w pewnym momencie się zatrzymać.

 

 

Kazimierz Deyna nie był już anonimem. Na północy Polski już każdy zdawał sobie sprawę z potencjału, jaki drzemie w tym długonogim zawodniku. Włókniarz stawał się dla “Kazika” zbyt ciasny, włodarze klubu musieli być gotowi na pożegnanie z wielkim talentem. Odkąd w domu państwa Deynów zaczęli pojawiać się przedstawiciele innych zespołów, zdali sobie z tego sprawę także rodzice Kazimierza. Wszystko wskazywało na to, że Deyna zostanie zawodnikiem MZKS-u Gdynia lub Lechii Gdańsk. To były najbliższe kierunki, ale też miejsca gwarantujące regularny rozwój. Przedstawiciele gdyńskiego klubu wykorzystali podstęp, by wygrać batalię o zawodnika. Podczas jednego ze spotkań z jego rodzicami, podsunęli im papier, który był formalnym zgłoszeniem do klubu. Zaskoczenie zadziało i rodzice przyszłego uczestnika mistrzostw świata podpisali dokument.

 

 

Los przygotował jednak inny scenariusz. Pod koniec 1965 roku Deyna wyjechał do Warszawy na kolejny obóz treningowy młodzieżowej reprezentacji Polski. Drużyna narodowa rozegrała sparing z ŁKS-em, który młodzi reprezentanci wygrali 2:1. Deyna zdobył obie bramki. Przedstawiciele ŁKS-u błyskawicznie postanowili sprowadzić “Kazika” do Łodzi. Zwłaszcza, że Deyna znalazł się też w notesie porucznika Ignacego Ordona, który był odpowiedzialny za nabór utalentowanych piłkarzy do Legii Warszawa. Wpis do zeszyty okazał się proroczy, lecz na koszulkę z “eLką” Deyna musiał jeszcze poczekać. Delegacja Łódzkiego Klubu Sportowego odwiedziła rodzinny dom Deynów i przedstawili swoją ofertę. Rodzice byli zachwyceni i spokojni o przyszłość swojego syna, ponieważ w Łodzi studiował już Henryk - brat Kazimierza - który miał opiekować się Kazikiem. Wstępne porozumienie zawarte z MZKS-em poszło w zapomnienie i w styczniu 1966 roku Kazimierz Deyna pojawił się w Łodzi.

Najbardziej rozczarowana była tym faktem Barbara Mąkosa - pierwsza sympatia wybitnego piłkarza. Kazik poznał Basię na praktykach, ich znajomość szybko się rozwijała. Basia pomagała młodemu zawodnikowi w szkole, udzielając mu korepetycji. W zamian za to, Deyna uczył swoją sympatię historii piłki nożnej. - Kazik był bardzo subtelny i nie dążył do zaciśnienia naszych relacji. Po prostu mnie przytulał, głaskał po twarzy, od czasu do czasu delikatnie cmoknął i ciągle mówił, że mu się podobam - opowiadała po latach Basia. Uczucie zostało drastycznie przerwane przez miłość Kazimierza do piłki, która pokierowała go w stronę Łódzkiego Klubu Sportowego.


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 89
PLN
Cena 114,50
PLN
Cena 119
PLN