Legia Warszawa
vs Termalica
Czas do meczu
Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2016-02-17 17:00:00
Newsletter

Roman Kosecki: Byłem buntownikiem (cz.I)

Autor: Nikodem Chinowski Fot. Włodzimierz Sierakowski/FotoSport, Eugeniusz Warmiński/Archiwum Legii
Jak wyglądała legijna rzeczywistość gdy upadała komuna? Kto z kim negocjował warunki kontraktu na ławce w parku? No i który z Koseckich osiągnął z Legią więcej – ojciec czy syn? O tym wszystkim w rozmowie z legia.com w cyklu ''Powrót do przeszłości'' opowiada były piłkarz Legii Roman Kosecki. Kolejna cześć wywiadu już jutro!

Rozegrał Pan relatywnie niewiele meczów dla Legii - raptem 82 - nigdy też nie zdobył Mistrzostwa, a jednak znalazło się dla Pana miejsce w elitarnej Galerii Sław Legii Warszawa. Czym Pan na to zasłużył?

- Wielu piłkarzy w dziejach Legii pewnie bardziej zasłużyło na takie wyróżnienie - szczególnie ci, z czasów Deyny, Gadochy czy braci Blautów – a go nie dostąpiło. Tym większy to dla mnie zaszczyt, że ktoś uznał, że akurat Roman Kosecki się nadaje. Myślę, że decydowało moje poczucie tożsamości i związku z tym klubem. Ja jestem chłopakiem stąd, spod Warszawy. Całe dzieciństwo żyłem Legią. Za małolata biegałem na Łazienkowską z wujkami, tu miałem swoich ulubionych piłkarzy, marzyłem by tu kiedyś grać. Zawsze się identyfikowałem, identyfikuję i będę identyfikował z Legią. Jak grałem za granicą to też mówiłem, że jestem legionistą. Na koniec kariery znów tu wróciłem, znów zagrałem w koszulce Legii. Nie jestem więc człowiekiem z przypadku. Cieszę się, że moje oddanie Legii zostało zauważone i wyróżnione.

 

Kto więcej osiągnął w Legii – Roman Kosecki czy Jakub Kosecki?

- Jakub ma na koncie dwa Mistrzostwa i trzy Puchary. Ja tylko dwa Puchary, ale za to mam jeden Superpuchar, którego nie ma Jakub.

 

Superpuchar to jednak mało prestiżowe trofeum, waży znacznie mniej niż mistrz.

- Nie, nie – no jak mniej? Równie dużo (śmiech). Kiedyś sobie z Jakubem obiecaliśmy, że usiądziemy w domu, polejemy sobie szklaneczkę whisky, odpalimy cygara i pogadamy kto co ugrał. Pooglądamy swoje medale, puchary i będziemy się licytować kto się bardziej Legii przysłużył.

A tak na poważnie – razem z żoną jesteśmy bardzo dumni, że Kuba jest legionistą. Wychował się wprawdzie za granicą, ale jak już grał w Kosie Konstancin, to czuł, co to znaczy „Legia Warszawa”. Mówię mu i mojej córce Paulinie, że teraz czekam na wnuka. Już ja zadbam o to, by też był legionistą. Trzy pokolenia Koseckich w Legii? Byłoby pięknie. Prawdziwa rodzina legionistów. Łącznie wygraliśmy z Legią osiem trofeów i mam nadzieję, że to jeszcze nie było nasze ostatnie słowo.

  

Słyszysz „Kosa z Legii”, myślisz „Jakub”. Co Pan na to, że syn zabrał Panu pseudonim?

- Kiedyś zadzwoniłem do pewnego dziennikarza, który robił wywiad z Kamilem Kosowskim, i którego w tym tekście nazywał „Kosą”. Powiedziałem mu, że „Kosa” jest jeden – ja. Kosowski to co najwyżej może być „Kosiarka” (śmiech). Jakub ma już większe prawo by być „Kosą”, ale nie oszukujmy się – „Kosa” to ja. Jakub to taka „Kosa-junior” (śmiech).

 

 

Ze względu na syna, ma Pan pojęcie jak w ostatnich sezonach wyglądał klub od środka? Organizacyjnie, szkoleniowo?

- Jeszcze niedawno znałem tam wszystkich – lekarzy, trenerów, masażystów. Wszystkich. Potem już przyszły nowe osoby, kontakt się urwał. Sam nigdy nie ingerowałem w Legię. Od tego są tam inni ludzie, oni tym klubem kierują. To, że grał tam mój syn nie miało znaczenia. Nie zaglądałem do środka, nie wtrącałem się.

 

A jak wyglądała legijna rzeczywistość w trudnym, 1989 roku gdy Pan tu zawitał po  raz pierwszy?

- Przyszedłem do Legii z Gwardii, milicję zamieniłem na wojsko. Tam i tu był dryl mundurowych, ale miałem to gdzieś. Byłem niepokorny. Długie włosy, „Solidarność”, własna kapela… Taki byłem. Buntownik. Graliśmy mocne reggae i jeszcze mocniejszego punka. Poznałem się z Darkiem Malejonkiem i Robertem Brylewskim z kapeli Izrael, którzy byli moimi idolami. To ja do szatni Legii wprowadziłem księdza Mariusza Zapolskiego. Księża nie byli wtedy mile widziani, a już szczególnie w klubie wojskowym. Ale się postawiłem – „ma być z nami i już”. Poleciał z nami na Barcelonę, poprowadził modlitwę w kaplicy na Camp Nou. Był blisko drużyny, co wielu osobom, nawet kolegom w szatni, się nie podobało. Tak to wtedy wyglądało. Czas przemian, walka nowego ze starym.

 

Płacili wam gotówką, wywiązywali się umów? Czy raczej „wiecie-rozumiecie”?

- Kontrakty z klubem to była fikcja. Pieniędzmi się prawie nie operowało. Żaden klub w lidze nie miał gotówki. Dostawało się talony, bony, jakieś samochody czy meble.

 

To był schyłek czasów, gdy piłkarze przychodzili do Legii jako poborowi. Jak wyglądała Pana historia?

- Najpierw odrabiałem wojsko grając w Gwardii. Chciała mnie Legia, więc szły pisma do Gwardii, aby ci dali pozwolenie na transfer. Ze strony Legii sprawę pilotował płk Żbikowski. Razem z kierownikiem drużyny i późniejszym trenerem Janasem jeździli do moich rodziców. Namawiali ich, by syn grał w Legii. Mnie namawiać nie musieli. Miałem też propozycję z GKS Katowice i z Olimpii Poznań. Ostatecznie poszedłem do Legii, co było dla mnie wielkim wydarzeniem.

 

Zdarzały się przypadki, że do Legii trafiali piłkarze wbrew swojej woli?

- Kiedyś Wijas nie chciał przejść z GKS do Legii. No to przesiedział w koszarach pół roku i zamiast grać w piłkę to stał na warcie. Ale ogólnie to ci, którzy nie chcieli, to tu nie przychodzili. Zostawali w Ruchu czy w Górniku. Nie mieli problemów. Prawda jest taka, że każdy się cieszył jak upominała się o niego Legia. Pieniądze, stolica, sukcesy, życie towarzyskie… Kto by nie chciał?

 

 

Jak wyglądało życie młokosa w szatni Legii w 1989 roku? Długo się Pan wkupował w łaski starszyzny?

- Atmosfera od początku była świetna. Ja, jeszcze grając w Gwardii, przyjeżdżałem na Łazienkowską by podglądać treningi. Patrzyłem na to jak trenują Arceusz, Terlecki czy Dziekanowski. To byli moi piłkarscy idole, a potem okazali się też świetnymi kumplami. Oczywiście, jako młodziak pełniłem pewne „zaszczytne” funkcje w drużynie - noszenie piłek, sprzętu czy toreb to był standard. Takie wyróżnienie od starszyzny. Kiedyś tak było – stary zanosił swoją torbę pod autokar, kładł przy drzwiach i wsiadał. Ja te torby musiałem wkładać do środka. To samo ze sprzętem. Takie to były czasy, nikt się na to nie obrażał.

 

Kto wiódł prym w szatni?

- Karaś, Budka, Pisz. To byli liderzy. Był też Iwanicki czy Jacek Bąk. Jacek zawsze był rozrywkowy, lubił miło spędzać czas. Ale zawsze grał na maksa, nawet na treningach się nie oszczędzał. Na meczach oddawał drużynie całego siebie.

Wesoło było też z Darkiem Dziekanowskim i Stasiem Terleckim. Oni dwaj to wiadomo – żaden nie podaje. Jak już któryś dorwał piłkę to doholował do bramki. Jak graliśmy gierkę to trzeba było trzy piłki brać – jedną dla Darka, drugą dla Stasia, a trzecią dla reszty (śmiech). 

 

Legendy głoszą, że wesołkiem był też Marek Jóźwiak.

- No tak, dużo żartów było od Marka. Ale i jemu się czasem coś śmiesznego wydarzyło. Kiedyś związałem mu nogawki spodni, ledwo na nogach ustał. W rewanżu wysmarował mi majtki bengayem. Z pół godziny pod prysznicem stałem…

 

 

Przy drugim wejściu w Legię to już chyba Pan wziął na siebie odpowiedzialność za właściwe relacje koleżeńskie w drużynie?  

- Jak wróciłem do Legii po kilku latach zagranicznych wojaży to faktycznie czułem, że jestem tym piłkarzem, który musi dbać aby w szatni była odpowiednia atmosfera. Legia to była wtedy mieszanka młodych-gniewnych i starych-doświadczonych. Z jednej strony mieliśmy „Szamo”, Mosóra czy Mięciela, a z drugiej Zielińskiego, Czykiera czy Stańka. Chciałem to poukładać, chciałem byśmy tworzyli zgraną paczkę. Od początku nie podobało mi się jednak podejście części drużyny do obowiązków. Musiałem ich trochę chwycić za twarz… Z gry na Zachodzie wiedziałem jakie powinny być proporcje – jak śmiechy to śmiechy, ale jak jest czas na pracę to pracujemy. Nie każdy podzielał mój punkt widzenia na sprawę – raz z „Mosórkiem” musiałem się złapać w autobusie i co nieco mu wytłumaczyć. Dziś obaj się z tego śmiejemy, ale wtedy podszedłem do tematu na serio. Wyniki drużyny pokazały, że moje lekcje na coś się zdały – gdy przychodziłem do Legii byliśmy na 6. miejscu w tabeli. Ze mną skończyliśmy sezon z wicemistrzostwem.

 

Wracając z tych wojaży do Polski był Pan o krok od transferu do Widzewa. To nie byłby zbyt piękny scenariusz…

- Byłem naprawdę blisko Widzewa. Spędziłem jeden dzień w klubie, dogadaliśmy się z Grajewskim na warunki. Na następny dzień była już nawet ustawiona konferencja, na której miałem się przywitać z Łodzią. Przed podpisaniem umowy przejrzałem ją jeszcze raz i dostrzegłem pewien zapis, który miał brzmieć nieco inaczej. Kazałem im poprawić ten dokument. Wróciłem do hotelu, a tu zadzwonił Marek Pietruszka z Legii. No to ciach, pojechałem do Warszawy. Spotkaliśmy się w Łazienkach, usiedliśmy na ławce przy jeziorku i po 30 minutach byliśmy dogadani.

 

Prezes tak szybko zaakceptował Pana warunki finansowe?

- Ja nie miałem dużych wymagań – powiedziałem by dał mi tyle, ile dostaje piłkarz ze środka listy płac. Plus premie. Umówiliśmy się, że po pierwszej rundzie usiądziemy do dalszych rozmów i wypracujemy nowe warunki na przyszłość.

 

Widzew nie podbijał stawki?

- Pieniądze nie miały wtedy dla mnie znaczenia. Ja swoje już zarobiłem. Chciałem grać w swoim klubie i tyle. Zresztą Widzew o wszystkim dowiedział się już po fakcie. Rano do hotelu w Łodzi podjechał Kobylański, by zabrać mnie do klubu: wchodzi na recepcję, a tam mu mówią, że „Pan Roman w nocy opuścił hotel i pojechał do Warszawy”. Los chciał, bym grał w Legii.

 

Czysty los? Nie wypuszczał Pan trochę dziennikarzy, by pomęczyli tematem Koseckiego prezesa Pietruszkę?

- Może coś było na rzeczy... Swoje zrobili też kibice, którzy domagali się, by Legia mnie wzięła. Cieszę się, że tak to się skończyło.

 

Kolejna część wywiadu z Romanem Koseckim już jutro!

 

 

Pozostałe materiały w serii "Powrót do przeszłości":

 

Powrót do przeszłości: Tomasz Jarzębowski

 

Powrót do przeszłości: Piotr Mosór

 

Powrót do przeszłości: Janusz Gol

 


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 229
PLN
Cena 299
PLN
Cena 99
PLN