Legia Warszawa
vs Termalica
Czas do meczu
Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2016-02-19 17:00:00
Newsletter

Roman Kosecki: Każda gra była o coś (cz.III)

Autor: Nikodem Chinowski Fot. Włodzimierz Sierakowski/FotoSport, Eugeniusz Warmiński/Archiwum Legii
Pamiętacie czasy, kiedy kadra nie miała swoich dresów, piłkarze Legii - zbyt wielu powołań, a ''Kosa'' zdobywał dwie bramki w ligowym debiucie? O tym wszystkim w ostatniej części rozmowy z legia.com opowiada były piłkarz Legii Roman Kosecki.

Przeczytaj poprzednie części wywiadu

 

 

Skoro piłkarze grający dla Legii w latach 90. prezentowali jakość, to dlaczego tak rzadko grali w drużynie narodowej?

 

Roman Kosecki: - Faktycznie, piłkarze Legii z tamtych czasów nie mieli szczęścia do kadry. Ja pierwsze powołanie dostałem jeszcze jako piłkarz Gwardii, więc ta klątwa mnie ominęła (śmiech). A Gwardia to była wtedy druga liga! W kadrze mieliśmy mocną drużynę, wielu piłkarzy przyjeżdżało zza granicy. Dla ligowców było mało miejsca. Może dlatego? Czasem tak jest, że jeden pasuje do klubu, ale do reprezentacji już nie.

 

A czy wszechwładne śląskie lobby w PZPN w tamtych latach nie miało wpływu na liczbę powołań wysyłanych do Warszawy?

- Wpływ Ślązaków na polską piłkę był wtedy duży. Była grupa warszawska, była krakowska, ale najmocniejsza była ta śląska. Zawsze razem trzymali się Warzycha, Wandzik, Urban czy Furtok. Trener lubił swoich ludzi, ze swojego regionu i to na nich stawiał. Wtedy możliwości oglądania innych meczów, granych po całej Polsce, były ograniczone. Dziś można w weekend obejrzeć na żywo kilka meczów, resztę w TV. Wtedy maksymalnie jeden czy dwa. Związek był wtedy w rękach Dziurowicza, więc piłkarze z Warszawy mieli dużo trudniej.

 

Wspomniał Pan, że zamiast Legii mógł Pan trafić do Katowic, właśnie pod skrzydła barona Dziurowicza.

- Grając w Gwardii były telefony z GKS i całkiem poważne rozmowy. Dziurowicz zaprosił mnie i moją żonę do Katowic, pokazał stadion, boiska. Kazał nam wybrać sobie mieszkanie: no to oglądamy jeden z lokali, wszystko ładnie, a tu żona wygląda przez okna i jedyne co widzi to kominy i czarny dym. Dziurowicz wchodzi do pokoju, widzi nasze przerażenie i mówi: „A nie, nie, nie. Tu się drzewa posadzi i nie będzie tego widać” (śmiech).

 

W kadrze lepiej się dogadywaliście z prezesem?

- Niespecjalnie. Jak już grałem w kadrze, to z Dziurowiczem nadal nie było mi po drodze. Miałem już mocną pozycję w reprezentacji i często w imieniu drużyny musiałem chodzić do Dziurowicza i się upominać o różne rzeczy. Kapitanem był Romek Szewczyk, oczywiście z GKS Katowice. Wicekapitanem Świerczewski – też z GKS. Oni do Dziurowicza nie mieli nawet co podchodzić. Mi tam nie zależało czy prezes mnie będzie lubił czy nie, więc często nadstawiałem swoją głowę w imieniu wszystkich. To były chore lata, nic nie funkcjonowało tak, jak powinno. Związek zalegał z premiami, nie dbał o warunki, nie dawał sprzętu. To były takie czasy, że kadra nawet nie miała swoich dresów! Dziś to niewyobrażalne, ale wtedy na treningi wychodziliśmy we własnych strojach – ja w bluzie Atletico, ktoś tam w koszulce Bochum, ktoś inny w St. Etienne… No dramat jakiś.

Kiedyś, za Strejlaua, drużyna powiedziała, że nie wyjdzie na trening przed jednym z meczów eliminacyjnych. Bunt materii. Minęło parę minut i taka scena: do szatni wchodzi Dziurowicz. Strejlau mu mówi co się dzieje, ten patrzy na nas i wydziera się: „Na treningu jest prasa. Wypier…ać mi na boisko”. Wstałem, rzuciłem butami na kilka metrów i mówię: „Sam wypier…aj. Przynieś pieniądze, przynieś sprzęt i będziemy grali”. Po tym tekście już wiedziałem, że długo w kadrze nie pogram.

 

 

Epilogiem Pana związku z drużyną narodową był eliminacyjny mecz ze Słowacją.

 

- Brzydko to wyszło. Dostałem sygnał do zmiany. Schodząc zdjąłem koszulkę, podbiegł sędzia, dał mi drugą żółtą, a za chwilę czerwoną kartkę. Mecz przegrany, eliminacje przegrane, a tu taki numer odstawiłem. Było jasne - dla mnie to był koniec gry w kadrze. Pocałowałem godło, położyłem koszulkę na boisku i poszedłem do szatni. Na nikogo nie czekałem – wykąpałem się, wziąłem taksówkę i pojechałem do hotelu. Rano od razu poleciałem do Nantes. Tak oto pożegnałem się kadrą.

 

Po zakończeniu grania w piłkę jeszcze raz przypomniał się Pan na Legii. Był Pan jednym z tych, którzy mieli prowadzić negocjacje na linii ITI-kibice, gdy konflikt był w zenicie. To była Pana inicjatywa czy został Pan do niej zaproszony?

- Byłem w stałym kontakcie zarówno z właścicielami klubu, jak i z Bosmanem. Sytuacja była bardzo niezdrowa, trzeba było coś zrobić. Powołaliśmy wtedy „Klub Dych” – byli legioniści, którzy grali z dychą na plecach. Ja, Dziekanowski i Kucharski. Chcieliśmy pomóc.

 

Za którą stroną Pan stał? Gdzie Pan widział źródło problemu?

- Nie mnie to osądzać. Każdy musi spojrzeć na to z różnej perspektywy. W klubie piłkarskim musi być równowaga między właścicielami, którzy dają pieniądze, a kibicami, którzy tym klubem żyją. Skoro udaje się to w Turcji, gdzie i pieniądze i presja od kibiców są większe, to dlaczego w Warszawie miałoby się nie udać? Trzeba było się dogadać. Dobrze, że dziś mamy to już za sobą i znowu wspólnie budujemy naszą Legię.

 

Na zakończenie zapraszam do kwestionariusza. Najlepszy mecz Koseckiego w Legii?

- Najlepszy był sam początek, znakomicie się przywitałem z kibicami. Pierwszy mecz na Legii, mój ligowy debiut. Wygraliśmy z Olimpią 3-0, a ja na dzień dobry strzeliłem dwie bramki. Piękne uczucie – pierwszy mecz na naszym stadionie i od razu pierwsze bramki. Świetny był też finał Pucharu Polski z Jagiellonią. Też walnąłem dwie. To był wielki mecz Legii i wielki mecz Koseckiego. Do finałów w ogóle miałem szczęście, bo strzelałem też w finale z GKS, a także w finale Superpucharu z Ruchem. Aż szkoda, że nie doczekałem tego finału po Sampdorii, pewnie też bym coś strzelił (śmiech).

 

Najgorszy mecz?

- W Legii? Bo w kadrze byłoby mi łatwiej wskazać (śmiech). Dla Legii to chyba mecz 0-3 z Amicą. Przed tym meczem zatrzymaliśmy się na nocleg w jakimś zajeździe...Potem trudno było się niektórym skoncentrować na meczu.

 

 

Najgorszy i najlepszy trener, z którym Pan pracował w Legii?

- Najgorszego nie wskażę, bo takiego nie było. Każdy trener, który był w Legii musiał się wcześniej zasłużyć, więc nie mógł być słaby. Byle jacy trenerzy nie trafiają do Legii. Najlepszy był natomiast Andrzej Strejlau. Pod każdym względem pełen profesjonalista. Zawsze świetnie przygotowany do treningów i do meczów. Strejlau to człowiek bardzo niedoceniany przez nasze środowisko.

 

„Świetny trener, tylko wyniki miał słabe”. Trener Strejlau, mimo, że miał warunki i narzędzia, to Mistrzostwa dla Legii nie zdobył. Faktycznie najlepszy?

- No tak, mistrza nie ma. Ale trenerem był świetnym. Może zabrakło mu trochę czasu?

 

Kolega z szatni, z którym miał Pan najlepszy kontakt i taki, na którego nie mógł Pan patrzeć?

- Bardzo fajnie dogadywałem się z Krzysiem Iwanickim, Krzysiem Budką i Leszkiem Piszem. Na jednych falach nadawałem też z Jackiem Bąkiem. Ja ogólnie lubię wesołych ludzi, sam też potrafię zrobić atmosferę. Myślę, że koledzy, którzy ze mną grali to potwierdzą - z „Kosą” nigdy nie było smutno.

Druga część pytania? Nie było nikogo, z kim miałbym na pieńku. Mogły być jakieś chwilowe niesnaski, prztyki w ucho, ale to nigdy nie było nic poważnego. W Legii ze wszystkimi żyłem OK. 

 

Idźmy dalej - najlepszy piłkarz z Legii?

- Dziekanowski. Jak się go widziało to od razu było wiadomo, że to jest „to”. Wyróżniłbym jeszcze Budkę, Jacka Zielińskiego i Leszka Pisza.

 

A taki, dla którego Legia to były za wysokie progi?

- Ja się nie oglądałem na ławkę, nawet nie wiem kto tam siadał. Ja patrzyłem na to, żeby samemu grać. Rywalizacja w Legii była naprawdę duża, tu grali najlepsi ligowcy. Każdy trening, każda gierka była o coś. To mi potem pomogło w Hiszpanii i we Francji. Pamiętam pierwszy trening w Atletico: jadę z piłką na bramkę, drogę mi zachodzi dwóch obrońców, robią mi „sandwicha” i padam na glebę. Pochylają się nade mną i mówią „witamy w Atletico”. Tak gramy? No to OK. Następnego dnia wyszedłem na trening w metalowych wkrętach. Jeszcze sobie specjalnie popukałem nimi w podłogę, żeby każdy słyszał, co będzie grane. Oni patrzą na mnie, ja się uśmiecham i mówię „No to teraz ja się z wami przywitam”. Rywalizacja w Atletico była naprawdę ostra. Przecież wtedy mogło grać w klubach zagranicznych tylko po trzech obcokrajowców. I ja się w takim Atletico łapałem w tę trójkę! Właśnie dzięki szkole, którą przeszedłem w Legii. To tu nauczyłem się by zawsze walczyć na maksa.

 

Najgorszy i najlepszy moment związany z Legią?

- Najgorsze były rozstania. Mam jednak nadzieję, że pamiętany jestem też z tego, co dla Legii zrobiłem pozytywnego. Moje najlepsze momenty w Legii wiązały się zaś z sukcesami klubu. Wygraliśmy dwa Puchary Polski i Superpuchar. Życzę kibicom, piłkarzom i trenerom Legii dalszych sukcesów i tego by jak najszybciej do Warszawy wróciła Liga Mistrzów. Głowa do góry i gramy dalej!

 

Pozostałe materiały w serii "Powrót do przeszłości":

 

Powrót do przeszłości: Tomasz Jarzębowski

 

Powrót do przeszłości: Piotr Mosór

 

Powrót do przeszłości: Janusz Gol

  


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 229
PLN
Cena 299
PLN
Cena 99
PLN