Legia Warszawa
vs Termalica
Czas do meczu
Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2016-02-19 15:00:00
Newsletter

Roman Kosecki: Stambuł był mój (cz. II)

Autor: Nikodem Chinowski Fot. Włodzimierz Sierakowski/FotoSport, Eugeniusz Warmiński/Archiwum Legii
Czy gwiazdorzy mieli w szatni przywileje, a Legia pojedynkująca się z Sampdorią była na miarę czasów Deyny? O tym wszystkim w drugiej części rozmowy z legia.com w cyklu ''Powrót do przeszłości'' opowiada były piłkarz Legii Roman Kosecki. Ostatnia cześć wywiadu już jutro!

 Przeczytaj poprzednią część wywiadu

 

 

 Pożegnanie z Legią nie było w pańskim wypadku miłe. Dlaczego wytrzymał Pan z nią tylko pół roku?

Roman Kosecki: - Przyszedł moment, gdy poczułem, że dłużej ta współpraca nie ma już sensu. Nie rozumiałem się z niektórymi ludźmi w klubie. Początkiem końca był obóz zimowy w górach. Umówiliśmy się z trenerem na mocny trening w sobotę i wolne w niedzielę. W niedzielę rano obudziło mnie walenie w drzwi pokoju i tekst „Dawaj, idziemy na trening”. „No to idźcie” (śmiech). Niedziela miała być wolna, więc nie miałem zamiaru wstawać. Wreszcie zwlokłem się i poszliśmy pobiegać po górach. Młodzi za trenerem, a starzy swoim szlakiem. Trochę się tam „zapodzialiśmy”.

 

Pan i …?

- Nie będę mówił nazwisk. Jak chcą, to sami powiedzą.

 

Jak się skończyła historia? Jedna z wersji głosi, że szukali was ratownicy górscy.

- Faktem jest, że z dołu, z hotelu, zadzwoniono po TOPR z informacją, że kilku piłkarzy się zgubiło w górach. Ale z tego co wiem, to nikt z żadną akcją ratunkową nie ruszył. Zjechaliśmy do ośrodka o 21:00. A tam afera, krzyki, ogólne poruszenie. Odbyliśmy z trenerem poważną rozmowę, ale na koniec częściowo nas rozgrzeszył. Przecież umówiliśmy się na wolną niedzielę - trener zmienił plany, więc wolne zrobiliśmy sobie sami.

Innym powodem odejścia był fakt, że z prezesem Pietruszką nie dogadaliśmy się co do finansów. Kończyła się runda, zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami mieliśmy wypracować nowe warunki współpracy. Negocjacje się ciągnęły, sytuacja była niejasna. Przyszła ciekawa oferta z MLS i uznałem, że lepiej dla wszystkich będzie jeśli odejdę. Starsi piłkarze zawsze są tymi kozłami ofiarnymi, a ja nie chciałem, by wszystko co złe w Legii łączone było ze mną. 

 

 

Myślał Pan o powrocie do Legii w roli trenera, asystenta czy ogólnie mówiąc gabinetowca?

- Nie było takiego tematu. Ja marzyłem o swojej szkółce piłkarskiej i w tę stronę chciałem iść. Założyłem więc u siebie w Konstancie swoją Kosę.

 

Dlaczego nie przy współpracy z Legią?

- Chciałem mieć swoją szkółkę, funkcjonującą według moich zasad. Napatrzyłem się na takie ośrodki na Zachodzie, miałem więc swoje wzorce i pomysły. Chciałem być niezależny, podejmować decyzje jednoosobowo. Przy współpracy z Legią nie miałbym takiej swobody.

 

Gdy opuszczał Pan szatnię Legii pod koniec 1997 r. nadal był zwyczaj, że młodzi chodzili za starymi? Pan jako weteran miał jakieś przywileje?

- Nie było żadnych przywilejów, zwyczaje zdążyły się zmienić. To była już inna szatnia, panowały inne reguły gry. Młody zajmował się sobą, a stary sobą. Nie było kocenia czy dokręcania młodych. Wspólnych wyjść na piwo też już było mniej. Najwięcej do powiedzenia w drużynie mieli wtedy Zieliński, Bednarz i ja. Ale młodzi wcale nie chcieli nas słuchać, robili na treningach swoje i jechali do domu. Skoro nie czuli bluesa, by gdzieś wyjść ze starszymi, to proszę bardzo, droga wolna.

 

 

Wróćmy do Legii 1991/92. To była drużyna, która faktycznie mogła namieszać w Europie?

- To była drużyna bez żadnej pokory czy strachu. Nie miało znaczenia z kim graliśmy. Czy to była liga czy puchary graliśmy po swojemu – braliśmy piłkę i jechaliśmy do przodu. Takim podejściem wygraliśmy np. z bardzo mocnym wtedy Aberdeen. Założenie na ten mecz było jedno: „wychodzimy na boisko, gramy co potrafimy i tyle”. Wystarczyło. Doszliśmy do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów.

 

Pan słynnych meczów z Sampdorią już nie doczekał, bo w zimie zamienił Legię na Galatasaray. Z „Kosą” na boisku byłaby możliwość ograć Man United i zameldować się w finale?

- Pustki po sobie nie zostawiłem. „Kowal” – jak zobaczyłem, że chłopak jest super, to mogłem spokojnie odejść z Legii, bo wiedziałem, że będzie komu tu grać. Ja w chłopaków mocno wierzyłem. Przed meczem z Sampdorią powiedziałem im, że jak ich przejdą, to każdy dostanie ode mnie łańcuszek na pamiątkę. Wygrali, obietnicy dotrzymałem. Byłem z nich dumny. Przecież niezbyt często gra się w Europie w półfinale... Bez większej przesady mogę ocenić, że to była Legia zbliżona poziomem do Legii Deyny. Byliśmy mocni. Czy ze mną wystarczyłoby na Manchester? Nie ma co się dziś nad tym zastanawiać – wybrałem ofertę Galaty i tam zacząłem grać.

 

W owym czasie Polacy ruszali raczej do Bundesligi czy Francji, a tu Turcja?

- Już w trakcie sezonu odbierałem silne sygnały ze Stambułu i to zarówno od Galatasaray, jak i od Fenerbahce. Turcy mnie bardzo chcieli – przyjeżdżali do Warszawy, oglądali mnie też w kadrze. Wiedzieli co potrafię. Decydujący mógł być mecz Turcja-Polska, w którym strzeliłem pół gola.

 

Dlaczego pół?

- Bo drugie pół dołożył „Dziekan”. Poszedł mój strzał, ale on jeszcze na linii dostawił stopę. Część drużyny poleciała cieszyć się za mną, część za Darkiem. Gazety różnie o tym napisały. Nikt nie wie, kto tego gola strzelił, więc niech będzie, że obaj mamy po pół (śmiech).

 

Do dziś nikt też nie wie kto i ile zarobił na Pana transferze.

- Takie to były czasy, że pieniądze chodziły z rąk do rąk. Ja nigdy w to nie wnikałem – ustaliłem swoje warunki z Galatą, a kluby swoje. Naprawdę nie wiem ile ich kosztowałem. Może 450 tys. dolarów? Może 650?  Może gdzieś te pieniądze się zapodziały?

 

 

Pan stratny finansowo chyba nie był? Talon na poloneza zamienił Pan na zielone talony z USA.

- W Stambule było ciśnienie by mnie sprowadzić, całe miasto żyło moim transferem. Oferta finansowa była więc skrojona odpowiednio do tego zainteresowania. Ale, jak to w Turcji, nie zawsze dostawałem to, na co się umawialiśmy. Raz było tak: zgodnie z umową dostaję paczkę pełną banknotów. Zaglądam i faktycznie całe pudło zielonych, ale nie tych amerykańskich, a tureckich. No to mówię „Panowie, jutro mają być dolary”. Wziąłem jedną garść tych tureckich i poszedłem na trening. Wychodząc z tunelu rzuciłem te banknoty w trybuny, publika się bardzo ucieszyła z takiego prezentu. Na drugi dzień przyszło ich dwa razy więcej i czekali, aż wyjdę z tunelu (śmiechu). Miałem też przez tę historię trochę problemów, bo tam na banknotach mieli Ataturka, a mnie oskarżyli o szarganie jego wizerunku. Wyplątałem się z tego, a następnym razem Turcy już wiedzieli, żeby mi przynosić właściwe zielone.

 

Turcja przewyższała już wtedy polską ligę?

- Nie do końca, choć byli tam wtedy tacy trenerzy jak choćby Jupp Derwall, Sepp Piontek czy bramkarz „Toni” Schumacher. „Toniemu” zdążyłem nawet strzelić gola: gramy u siebie na Ali Sami Yen wielkie derby z Fener. Wychodzi Kosecki, ładuje bramkę i już wie, że jest jednym z nich. Po tej bramce musieli mnie zaakceptować. Turcy byli szaleni na punkcie Galaty. Pamiętam mecz w Izmirze, na stutysięczniku: wychodzimy na rozgrzewkę, a tam 3.000 kibiców za Izmirem i 97.000 za Galatastaray. Zupełnie inna piłka. Potem, gdy grałem we Francji czy w Hiszpanii, to po tym, co widziałem i poczułem w Turcji,  wszystko przyjmowałem już na miękko.

 

Legia to była wtedy rozpoznawalna marka w Europie? Dziennikarze czy koledzy z drużyny mieli świadomość skąd się Pan wziął w poważnej piłce?

- Oczywiście. Jedni i drudzy często pytali o Legię. Grając w Hiszpanii pytali mnie m.in. o „Kowala”, który przeniósł się ostatecznie do Betisu. Legia to była znana marka, szczególnie po sezonie gdy grali w Lidze Mistrzów. Ja wtedy grałem w Nantes i była szansa, a raczej ryzyko, że wpadniemy na siebie w ćwierćfinale. Ja wolałem tego uniknąć, bo znałem siłę Legii. Ostatecznie wyszło na krzyż – pierwszy w naszej grupie Panathinaikos trafił na Legię, a my na Spartaka. Nie wiem czy byśmy sobie z Legią wtedy poradzili.

 

Kolejna część wywiadu z Romanem Koseckim już 19 lutego!

 

 

Pozostałe materiały w serii "Powrót do przeszłości":

 

Powrót do przeszłości: Tomasz Jarzębowski

 

Powrót do przeszłości: Piotr Mosór

 

Powrót do przeszłości: Janusz Gol

 


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Zastanawiam się dlaczego nie zaoferowano, 'Kosie' seniorowi, np. w pionie skautingu ? człowiek swoje widział, pojęcie o piłce ma.... moim zdaniem na dzień dobry lepsze papiery niż "działacz" noname Ebebenge....

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 229
PLN
Cena 299
PLN
Cena 99
PLN