Legia Warszawa
vs Raków Częstochowa
Czas do meczu
Ta strona używa cookie.
Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
AKCEPTUJĘ

Aktualności

2016-08-21 10:00:00
Newsletter

Słuszna Linia - 143

Autor: Marcin Węcławek Fot. Janusz Partyka
Ruszamy z Grochowa na Jazdów, szlakiem sportu, wojny, sztuki i rozrywki. Czy - jak kto woli - betonu, cegły, spiżu, drewna i chmielu. Jest spora szansa, że takiego miasta nie znacie.

 Sprawdź inne odcinki cyklu!

 

 

Warszawa piłkarzy Legii, raperów i dzielnicowych aktywistów, ale też wybitnych architektów i literatów.  Sytuacja kiedy odgłos kopanej futbolówki i szczękających deskorolek rozbrzmiewa gdzieś koło wizjonerskich budowli, w cieniu mało imponującego biurowca kryje się historia sprzed dekad, a wielka płyta bywa wielką inspiracją.  Dzięki wycieczce 143 można zauważyć rzadko dostrzeganą spójność syreniego Grodu, jego wspólny mianownik.

 

Kliknij w zdjęcia, żeby zobaczyć je w pełnej rozdzielczości! 

 

 

OSIEDLE OSTROBRAMSKA (przystanek Żółkiewskiego)

 

Pamiętacie Tomasza Jarzębowskiego, pomocnika, który rozegrał dla Legii 138 meczów, w których zdobył 12 bramek? Ciekawie mówił o Grochowie (choć po reformie administracyjnej można dyskutować co jest Grochowem, co Gocławkiem – urzędnicy lubią wiedzieć lepiej od mieszkańców)  na łamach „Naszej Legii”. „Z okien mojego bloku przy ulicy Ostrobramskiej widać trawnik. Tam często chodziłem grać z kolegami w piłkę. Częściej jednak bywaliśmy na asfaltowym boisku z bramkami. Nic się od czasów mojego dzieciństwa nie zmieniło. No, może poza koszami, które są zdewastowane. Z kumplami wyglądaliśmy przez okno, ja z ósmego piętra, i patrzyliśmy czy ktoś jest na boisku. Albo umawialiśmy się przez domofon na grę. Były mecze klasowe, podwórkowe. Na drugim końcu osiedla mieszkali bracia Żewłakowowie” – wspominał Jarzębowski.

 

 

Grochów to legijna dzielnica (stąd wywodzi się również kronikarz Wojskowych, kustosz naszego muzeum Wiktor Bołba), widać to na blokowiskach, po kamienicach, nawet na placach zabaw. Jarzębowski wracał tu już za czasów seniorskiej Legii, by pokopać z kolegami w śniegu. Was zapraszamy zwłaszcza latem, choćby po to, żeby przejść się Łukowską, pozaglądać na podwórka, bo zielono, różnorodnie, a czasy gdy do dilerów ustawiały się tu kolejki  i dzielnica była średnio przyjazna dla przyjezdnych odeszły już chyba w niepamięć.  

 

 

 

PLAC SZEMBEKA (Pl. Szembeka)

 

„Dorastałem na Pradze, tutaj czas mi uciekał / Życie wciąż się skupiało wokół placu Szembeka / Obok była apteka, pozwól, że ci się zwierzę / właśnie tam ziomuś miały miejsce pierwsze kradzieże” – rymował Chada, chłopak z Grochowa, jeden z najbardziej rozpoznawalnych stołecznych raperów. „Szembek” był też w utworach kontrowersyjnej, grywającej tu zresztą koncerty Formacji Cmentarz. Wróćmy może jednak do wzmiankowanej apteki, bo ta na rogu placu jest jeszcze od czasów przedwojennych. I tak jak wtedy wchodzi się do niej po dwóch stopniach, ale z czasów założyciela, Roberta Żłobikowskiego – farmaceuty i fotografa-pasjonata – ledwo co przetrwało. Po dawnej elegancji nie ma śladu, dziś to kolejna nudna apteczna sieciówka.

 

 

 

Różnie ocenia się też zakończoną trzy lata temu, drogą – 23 miliony złotych uzasadniano jakością materiałów, m.in. drewna i granitu oraz maskowaniem instalacji – rewitalizację „Szembeka”. „Obecnie wiele osób jest zadowolonych z wyglądu placu, bo jest tam gdzie usiąść, są ławki, latem działa fontanna, jest bezpłatne wi-fi (...) Plac jest wykorzystywany przez władze dzielnicy do organizacji pikników, festynów i innych uroczystości, bo to jedno z niewielu miejsc na Grochowie, gdzie można zgromadzić większą liczbę ludzi. Z drugiej strony plac zmienił swój charakter i wiele osób jest niezadowolonych z dominacji betonu, kuriozalnych lamp zawieszonych na dziwnych instalacjach przypominających szubienice. Same lampy zresztą przypominają chińskie lampiony, które z Grochowem nie mają wiele wspólnego. W planach jest jeszcze postawienie w pobliżu poczty pomnika gen. Piotra Szembeka” – mówił portalowi Warszawa w Pigułce radny Marek Borkowski.

 

 

Jedno się nie zmieniło, nad okolicą góruje kościół pw. Najczystszego Serca Maryi, inspirowany średniowieczem, będący zarazem  pomnikiem bitwy pod Olszynką Grochowską, krwawego, wyrównanego starcia w ramach PowstaniaListopadowego. Niewiele ucierpiał podczas wojny, a we wnętrzu znajdziemy marmurowe ołtarze, gipsową drogę krzyżową, zabytkowe relikwiarze i tablice powstańcze. Po drugiej stronie Grochowskiej nadal handel w starym stylu. Nie tylko mydło i powidło, ale pantofle, grzyby, kwiaty a nawet gry na Playstation. Jeżeli pokręcić się po okolicy znajdziemy nieco starego budownictwa i punkty przedstawicieli ginących zawodów.

 

 

 

KICIA KOCIA, AL. STANÓW ZJEDNOCZONYCH 68 (Os. Majdańska)

 

„W czasach Gomułki i Gierka przyszła kwatera Kici Koci pełniła funkcję ciepłowni ogrzewającej wodę dla pobliskiego osiedla. Jesteśmy dumni z dziedzictwa. Też będziemy rozgrzewać okolicę, choć nieco innymi, sposobami” – zapowiadał Cezary Polak, dziennikarz, aktywista, varsavianista. I ogrzewał, bo Klubokawiarnia działała na ul. Garbaldiego ponad dwa lata, robiąc furorę nie tylko wśród miejscowej społeczności.

 

 

 

Obecnie zajmuje większą przestrzeń na al. Stanów Zjednoczonych. Wzięta od Mirona Białoszewskiego nazwa może nie brzmi zbyt poważnie, ale Kicia Kocia to nie tylko poważny wybór piw, często miejscowych (od niedawna można się tam napić np. „Warszawiaka”, w ofercie są pozycje z błońskiego browaru Artezan oraz marysińskiego Palatum) oraz wegetariańskie jedzenie. To również potraktowana serio oferta wydarzeniowa, kulturalna. Tu pamięta się o obchodzeniu urodzin niezapomnianego stołecznego kronikarza Wiecha, pchlich targach zdolnych rozruszać społeczność dzielnicy (28 sierpnia, na organizowanej cyklicznie „Garażówce Grochowskiej” bibeloty da się kupić, ale często też wymienić), tańczeniu tango, oberków i walczyków, warsztatach z gwary, kultywuje się pamięć o dzielnicy (np. o modernistycznym Universamie), podaję rękę rodzinnym firmom i lokalnym producentom żywności, debatuje z działaczami, namawia do spacerów, bije rekordy w piciu tutejszej oranżady. Tu wykonano też hymn dzielnicy. Białoszewski ma na miejscu swój mural. Ale do Mirona jeszcze wrócimy, tymczasem...

 

 

 

DOM WRZESIŃSKICH, UL. GRENADIERÓW 30 (Os. Majdańska)

 

Kamienica – wybudowana tuż przed wojną, wypalona w 1939 r. i odbudowana dwa lata później – wydaje się zupełnie nieciekawa. Zyskuje dzięki bujnej zieleni i kwiatom oraz za sprawą kontrastu z lśniącym biurowcem Blue Point, który zupełnie ją dominuje. Skarbem Grenadierów 30 jest urokliwa spiżowa płaskorzeźba Matki Boskiej z modlitwą „Matko Nieustającej Pomocy módl się za nami”.  „Na metalowej plakietce z portretem Madonny wyraźnie widać uszkodzenie. W czasie Powstania Warszawskiego w pobliżu wybuchła rosyjska katiusza. Wtedy to odłamek drasnął plakietę. Właściciele posesji – rodzina Wrzesińskich – prowadzili znaną w Warszawie Fabrykę Wyrobów Stolarskich Edwarda Wrzesińskiego założoną w końcu XIX wieku na ul. Żelaznej. Na Grochowie ich zakład działał do 1952 r. Wykonywał m.in. meble do Sejmu, kościołów i teatrów” – pisał Tomasz Urzykowski w „Spacerowniku Warszawskim”.

 

 

 

 

PEKIN, UL. OSTRZYCKA/MOTOROWA/ŻYMIRSKIEGO/KWARCIANA/BRACŁAWSKA/OPINIOGÓRSKA (Przyczółek Grochowski)

 

Jedni mówią „wąż”, drudzy „labirynt”. Grunt, że najdłuższy w Polsce i drugi w Europie. 22 bloki składają się na jeden duży, długości 1500 metrów, wysoki na 4 do 7 pięter. To eksperyment obejmujący 7 tysięcy lokatorów w 1800 liczących sobie blisko 30 m2, takich samych mieszkań. Ponoć ludziom zdarzało się je mylić, wchodzić po pracy nie do siebie. Cóż, nawet jak wejdą gdzie trzeba, to na skutek partactwa budowlańców, którzy nie umieli bądź nie chcieli trzymać się projektu,  mogą zaglądać sobie w okna. Co jeszcze trzeba wiedzieć o „Pekinie” – bo tak właśnie mówi się na mega blok? Że stał się też w pewnym momencie oazą dla szemranego elementu, gdyż nietrudno tu ukraść i zniknąć. Że „jak pada śnieg, to w środku jest lodowisko. Że jak pada, to na Przyczółku huczy, jakby lało. Idąc galerią, można sobie wyobrażać, że się mieszka nad potokiem. Albo w kanale” – relacjonował tutejszy mieszkaniec, reporter i fotograf Filip Springer.

 

 

Ale zarazem twórców Pekinu, czyli Zofię i Oskara Hansenów, małżeństwo architektów i wizjonerów – bronił. Przyznał, np. iż „Dzięki zewnętrznym galeriom można przejść z jednego końca na drugi nie dotykając ziemi i nie moknąc na deszczu”. „Do mieszkań na Przyczółku wchodzi się z niewielkich przedsionków. Architekci chcą, aby były one wykorzystywane w ramach najbliższych więzi społecznych. Wyobrażają sobie, że taki przedsionek będą ze sobą dzielić na przykład rodzice oraz ich dorosłe dzieci” – pisał w „Źle urodzonych”, reportażach o architekturze PRL-u. „Przestrzeń ograniczona zabudową zostaje wykorzystana pod place zabaw, powstaje tu też przedszkole i szkoła. Aby do nich dotrzeć, dzieci nie muszą przechodzić przez ulicę , matki w każdej chwili mogą je zawołać wychodząc na balkon lub galerię” – dodawał nie odmawiając Hansenom głębokiego pomyślunku i szczytnych intencji.  Bo prócz narzekań na ciasnotę, hałas i brak prywatności, nietrudno znaleźć komentarze mówiące o integracji od małego i mnóstwie „przyczółkowych” małżeństw bądź wygodzie związanej z całą obecną na miejscu infrastrukturą. Pekin fascynuje – można tu pomyśleć nie tylko o architekturze, ale i naturze ludzkiej   

 

 

 

CHAMOWO, UL. LIZBOŃSKA 2 (Saska)

 

„Ni to wieś, nie peryferie” – komentował poeta i pisarz Miron Białoszewski, kiedy przenosił się po zawale z Placu Dąbrowskiego na Saską Kępę, do 11-piętrowego bloku nazwanego „ażurowym futerałem”. Irytował się sąsiadami nieustannie słyszanymi za ścianą, porozumiewawczymi uśmiechami w windzie,  samotność w zagęszczeniu dawała mu się niewątpliwie we znaki (porównywał się do Robinsona), deklarował nawet chęć ucieczki. Ale nie uciekł. Oswajał szarość, gołość i pustotę przechowując jedzenie w skrzynce na liczniki wody, przyrównując klocki budynków do zwierząt, nasłuchując odgłosów upadających, wyrzucanych z okna śmieci albo deszczu bębniącego o blaszany parapet, wypatrując czubków topól, kominów Siekierek i księżyca na Wiśle. „Wywiesiłem się z dziewiątego piętra w dół. Ile ludzi, dzieci, huśtawka, trawki, podlatuje piesek, niucha, pewnie urodzony w styczniu w lutym. W piaskownicy dzieci. Małe, mało. Jedno aż nieporadne. Co ono ma z tego? Czy ma? I ile? I nagle wypatrzyłem tą piaskownicę napadem całego uczucia. Ogromnie dużo ma. Nie wie co, ale całe jest w piachu” – pisał w „Chamowie”, raporcie z "gorszej Saskiej Kępy", okolicy stojącej w opozycji do eleganckiej, wręcz snobistycznej sąsiadki. Sprawnie zamieniał nudę w literaturę o czym w piśmie „Autopotret” ciekawie pisała Elżbieta Rybicka. Podkreśliła, że Chamowo odblokowało (nomen omen) Mirona literacko. „Blokowanie”  postrzegał jako alternatywną formą bytowania, łuskał „drobiny radości” z monotonii,  był kąśliwy a zarazem bardzo humanistyczny, jako „stróż” i „latarnik” apelował „nadając z mrówkowca” żeby ludzie się mijali, ale nie ominęli. Piękne przesłanie. 

 

 

Kiedy pojawiamy się na Lizbońskiej 2, przy fatalnie pomalowanym bloku (aż chciałoby się przypomnieć wersy Sokoła: "Nie chcę więcej na ten barwny syf patrzeć / Na bloki, które mają kolor dozorczyni majtek / Albo ktoś zajmie się designem na poważnie / Albo pospolicie my ruszymy się po farbę"), życie toczy się swoim rytmem. Przyglądamy się pani pracującej przy rabatce przy klatce, siwemu panu przechadzającemu się w szlafroku z rękami trzymanymi z tyłu i nieufnie patrzącemu na wszystko, wąsatemu jegomościowi z reklamówką. Można szybko odczuć jak idealne podpatrywał Białoszewski, jak celny język wypracował.

 

  

 

JAZDÓW (Pl. Na Rozdrożu)

 

„Kiedy jesteśmy w Paryżu, czy nawet w Pradze, działa na nas to, że miasta  te mają miejsca nieoczywiste, które zaskakują przyjezdnych. Takie, w których chce się pobyć, bo ich klimat jest nie do powtórzenia w mieście, z którego przyjechaliśmy. I osiedle Jazdów sprawia, że Warszawa ma coś niespodziewanego. Sprawia, że ona ma duszę” – pisał Mariusz Szczygieł w „Gazecie Wyborczej”.

 

 

I miał rację, osiedle fińskich, prefabrykowanych domków modułowych jest niezwykłe. Oddano je na pierwszą rocznicę Powstania Warszawskiego. Konstrukcji stało ich 90, teraz już prawie czterokrotnie mniej.  Projektowała gwiazda światowej architektury, Alvar Aalto. Inspirował polskich architektów, wielu z nich na Jazdowie zresztą mieszkało. Oskar Hansen, ten od wyżej opisywanego „Pekinu” (ale nie tylko, bo też np. Rakowca), poświęcił Aalto studium. Łączyła ich „architektura rozumiana jako tło eksponujące procesy życia”.

 

 

Ale Jazdów to nie tylko domki. To pszczele ule, to galeria za furtką zachęcająca portretami m.in. Kazika Staszewskiego, Muńka Staszczyka, Tymona Tymańskiego i Vienia (swoją drogą, Legia jest bliska całej tej czwórce), to wiewiórki między drzewami i pięknie nasadzone kolorowe kwiaty. Nic tylko spacerować. 

 

 

  


    Legia Warszawa

Komentarze użytkowników

Komentowanie wymaga zalogowania się do systemu

Legia na YouTube

Legia na Facebooku

Legia na Twitterze

FANSTORE

Cena 89
PLN
Cena 114,50
PLN
Cena 119
PLN